Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Skazani na wczasy

Ten tekst przeczytasz w

Łowienie ryb, zbieranie grzybów, przejażdżki rowerem. Koszykówka, siłownia, wideo i konsole do gier. Tym zajmują się więźniowie w zakładzie karnym w Krzywańcu. Tak ma być wkrótce w całej Polsce. Europejsko. Tylko gdzie podziała się kara?

Droga paskudna, popękany asfalt, koleiny, ostry żwir bombarduje podwozie. Jedziemy już 5 km w całkowitej głuszy. Pięknej. Wokół tysiące hektarów strzelistych drzew, gęsty dywan mchu. ZK Krzywaniec wyłania się nagle. Piętrowe okratowane budynki ledwo wystają ponad długi wysoki mur. Zwoje ocynkowanego drutu ostrzowego (zamiast kolców ma żyletki) wiszą na każdej krawędzi niczym pianka na brzegu kufla. Tylko brama ponura, jak z filmów, ciężka, stalowa, odrapana, z judaszem. To ta boczna, dla pracowników, bo główna wygląda imponująco, jak konstrukcja z modnego klubu techno. Zobaczymy ją później, od środka, teraz przed nami wycieczka w zamknięty świat więziennej codzienności.

Wchodzimy. Głuchy szczęk stalowego zamka odbija się echem. Nasz przewodnik wita nas z uśmiechem. Strażnicy też się uśmiechają. Ten nierzeczywisty, wręcz nachalny uśmiech wszystkich pracowników będzie nam towarzyszyć do końca. Uśmiechają się nawet więźniowie. Coś tu jest nie tak...

- Widzicie ten napis? - pyta funkcjonariusz służby więziennej, który przeszukuje nasze rzeczy, wskazując palcem na naszywkę z literami SW na mundurze. - Wiecie, co tak naprawdę oznacza? SW znaczy: służyć więźniom. Tu jest resocjalizacja pełną gębą. Trzeba podać im odpowiednie jedzenie o określonej porze, musi być ciepłe, smaczne, bo zaraz będą skargi. Ja często nie mam czasu zjeść śniadania i cały dzień chodzę głodny. Nieraz wracałem z kanapkami do domu - mówi z grymasem na twarzy.

Do Krzywańca chce każdy. Położony w środku lasu między Zieloną Górą a Żarami zakład karny, odcięty od świata, mimo to więźniowie z Wrocławia, Barczewa czy Szczecina sporo by dali, aby móc odbywać karę właśnie tutaj. Choć róża ma kolce. Sanatoryjne warunki to komfort niespotykany w innych ośrodkach odosobnienia, lecz złoty łańcuch trudno tu zrzucić - obecne kierownictwo, jak psioczą osadzeni, znacznie rzadziej niż w innych ZK zgadza się na wypuszczanie przed terminem. Coś za coś.

Ale wróćmy do zwiedzania. Kierownik kuchni zaprasza do gabinetu. Na stole stos papierów z menu na każdy dzień. Przeglądamy pierwszą z brzegu kartkę: 30 sierpnia 2013 r. Śniadanie wydawane w godzinach 6.30-7.00. Godziny sztywno określone, choć spóźnialskich nie ma. Pół litra herbaty nalewanej chochlą do naczynia własnego. Bo w Krzywańcu nie ma stołówki. Spożywa się w celach. Ci z oddziałów zamkniętych odbierają jedzenie przez otwory w drzwiach cel, ci z półotwartych podchodzą do okienka, jak w mlecznym barze. Dalej margaryna, kostka 25 g. Chleb, 200 g, sześć kromek. Cukier, dwie łyżeczki, sypany do naczynia własnego. Kiełbasa słoikowa z galaretką i majerankiem 90-95 g. Taki gruby plaster. Obiad między 12.30 a 13.35. Tak długo, bo chętnych sporo, a jedzenie musi być podane ciepłe. Więc dania wydawane są po kolei, oddziałami i piętrami. Kapuśniak, pół litra, naczynie własne. Ziemniaki 300 g, gałkownicą dwie-trzy kulki. Jaja sadzone, ścięte, inaczej więźniowie się skarżą. Surówka z ogórka gruntowego, z cebulą, ale bez śmietany. Herbata, cukier. Kolacja o 16.30: kawa zbożowa, margaryna, chleb, cukier, dżem truskawkowy, 100 g, jedna gałka. Zupa mleczna z ryżem, pół litra.

- Żadna jadłodajnia by się tego nie powstydziła - mówi z przekąsem kierownik kuchni. - Zapewnić zgodne z przepisami menu to sztuka cyrkowa. Dania nie mogą się powtórzyć przez 10 dni - dodaje. Każdy więzień musi mieć zapewnione 2600 kalorii dziennie. To minimum. 30 sierpnia było akurat 3020 kalorii. Ale to część problemu, prawdziwe puzzle są z normami poszczególnych diet. Ta podstawowa to 10 do 15 proc. białka, 20-30 proc. tłuszczów, reszta węglowodany. Jeśli ktoś chce się pobawić w wegetarianizm, zamiast kiełbasy dostanie ser, zamiast paprykarza - zupę mleczną. Te dwie diety są do wyboru. Nie trzeba mieć specjalnych wskazań lekarza. Tak się jednak składa, że więźniowie to wyjątkowo chorowite jednostki. Najczęściej udaje się im wymóc na medykach oświadczenia o konieczności przejścia na dietę lekkostrawną. Na 900 osadzonych kłopoty z żołądkiem ma 130. Wtedy zamiast kiełbasy słoikowej z galaretką dostają szynkę.

- Bywało, że mieliśmy aż 12 różnych diet. Teraz mamy dziewięć. Więźniowie decydują się nawet na zmianę wiary, by mieć lepsze wyżywienie. A my musimy sprostać takim wymaganiom - tłumaczy szef więziennego zaopatrzenia. Gdy jedna więźniarka uparła się, że nie ruszy ryb, specjalnie dla niej gotowano osobne posiłki. A to wszystko za 4,8 zł dziennie w przypadku diet podstawowych i 5,7 zł - przy specjalnych. - Trzeba jednak podkreślić, że kupujemy produkty po zupełnie innych cenach, hurtowych. Przykładowo szynkę mamy po 12 zł za kilogram, mielonkę i kiełbasę śląską po 6 zł, serdelki za 4,5 zł. Kilogram chleba kosztuje nas 1,6 zł, ziemniaków - 1,2 zł. Stawkę można więc spokojnie przemnożyć przez dwa, a nawet trzy, gdyby liczyć dla normalnego człowieka - podkreśla kierownik kuchni.

Stawka żywieniowa w szpitalach to 5-6 zł. Demagogia?

- A skarżą się na okrągło. Kiedy więzień narozrabia i zabiorą mu telewizor z celi, to przeważnie odbija się to na żywności. I piszą skargi, że nieświeże, śmierdzące, spleśniałe, mało i niesmaczne - mówi szef zaopatrzenia. Choć tak naprawdę system nawala raz czy dwa razy w roku. Raz przywieziono spleśniały chleb. - Od razu go wymieniliśmy - zastrzega. - Zresztą zobaczcie sami - dodaje i prowadzi nas do kuchni.

Pracują tam sami więźniowie. Właściwie więźniarki. Kobiety ubrane w białe kitle patrzą na nas ciekawie. To pierwszy nasz kontakt z osadzonymi. I znów ten uśmiech, jakby się umówili. Wielkie, czyste pomieszczenie, jak zaplecze restauracji. Tygodniowo obiera się tam 3,5 tony ziemniaków. Więźniowie zatrudnieni w kuchni obierają je od drugiej w nocy. Pracują do 7.30 i później mogą iść spać. Kobiety czyszczą podłogę, już wydały śniadanie, teraz przygotowują obiad. Zapach w niczym nie przypomina podłych garkuchni, właściwie nie ma zapachu - potężne wentylatory wysysają każdą drobinę znad olbrzymich srebrzystych kotłów.

Wchodzimy do magazynu. To tu skazani trafiają w pierwszej kolejności, gdy przywiezie ich więźniarka. Wąski korytarz, na ścianie zabawna grafika narysowana piórkiem przez skazańca. Okno z wąską ladą. Oddają rzeczy, dostają drelich i buty. To, co oddają, trafia na półki. Podpisane, w kartonach i workach poczeka 5, 10, 15 lat, aż właściciel odsiedzi wyrok. Półki zastawione walizkami, pudłami przewiązanymi sznurkiem, przypomina to trochę filmy z powojennych lat, gdy przesiedleńcy z workami na plecach stawiali się w punktach zbornych, by otrzymać na ziemiach odzyskanych przydział lokalu. W powietrzu unosi się zatęchły zapach przeszłości. Dwie młode dziewczyny, więźniarki, stają wyprężone na baczność. - One pomagają w magazynie - mówi szefowa "biura rzeczy oddanych na przechowanie". Same ubrane w ciuchy rodem z lat 80. dopełniają obrazu. W głowie kołaczą się widoki znane z muzeów obozów koncentracyjnych - stosy prywatnych rzeczy odebranych na kolejowej rampie. To niesprawiedliwe, krzywdzące porównanie, ale to tak trudne do pozbycia się myśli - te worki wiszące na hakach, zatęchłe kartony, rzędy chodaków, koszul, prześcieradeł, mocno zużytych koców...

- A to jest szafa pancerna. Tu trzymamy telefony komórkowe skazanych - mówi szefowa magazynu. Drzwiczki zaplombowane. - Nie wolno otwierać - zastrzega.

W Krzywańcu obecnie jest osadzonych 822 więźniów. W celach 2-, 3- i 4-osobowych. Żadnego ścisku, przeludnienia. W skład kompleksu wchodzą: zakład otwarty, półotwarty, zamknięty dla odbywających karę po raz pierwszy, dla młodocianych, recydywistów, kobiet z dziećmi. Jest też areszt śledczy. Wszystko obok siebie. Za 10-metrowym murem wybudowano więzienie w więzieniu - nowoczesny budynek, nazywają go Alcatraz - dla najbardziej niebezpiecznych więźniów. Tuż obok, w odległości jakichś 50-70 m, jest zakład dla matek z dziećmi z dużym placem zabaw. Są huśtawki i brodzik. Między drzewami rozwieszone sznurki z praniem. W oknach wiszą firanki z Kłapouchym i Puchatkiem. Mamy wrażenie, że to kolejny ośrodek wypoczynkowy. Nawet kraty w oknach nie burzą sielankowej atmosfery.

Kierowniczka domu dla matek z dziećmi tłumaczy, że dzieci nie są winne i że trzeba im oraz ich matkom stworzyć namiastkę normalnego życia. Trzy proste piętrowe budynki ustawione w kształcie litery U. Obok obszerny teren z alejkami do spacerów i placem zabaw. Potykamy się o pręty blokujące włazy do kanałów. - Zaspawane, żeby nikt tamtędy nie uciekł - tłumaczy kierowniczka. Uśmiechnięta oczywiście.

Wchodzimy na oddział. Takich wnętrz nie powstydziłoby się żadne przedszkole. Kolorowe sale pełne zabawek. I to tych z górnej półki. Płaski telewizor z wideo, stosy książeczek, klocków i misiów. Cele... To nie cele, tylko pokoiki z Ikei. Łóżeczka dziecięce obok drewnianych łóżek mam. Półki, szafki, krzesełka, widoczek z prospektu. Razi tylko krata na korytarzu, od podłogi do sufitu. Ale widzieliśmy taką samą w podstawówce, w której TVN nagrywał niedawno swój interwencyjny program. To była gminna szkoła. Otwarta, lecz z taką samą kratą.

- Krew by mnie zalała, gdyby ktoś taki ja skrzywdził moje dziecko i trafił do tego zakładu - mówi Francesca. Prosi, by tak ją nazywać. Ma 45 lat, czwórkę dzieci. Została skazana na 25 lat więzienia za zabicie męża. - To było po alkoholu, znęcał się, więc, no wiecie, nie wytrzymałam... - patrzy nam prosto w oczy, lekko się uśmiechając. Jakby na usprawiedliwienie dodaje, że jest uzależniona od alkoholu. - Ale się leczę. Tutaj - podkreśla. Gdy mówi, lekko drży jej szczęka. Widać chorobę. - Większość kobiet, które tu teraz siedzą, nie miała tak dobrych warunków na wolności i nie będzie miała, jak stąd wyjdą. Są takie, które nawet nie chcą wyjść - zdradza Francesca. Jak to nie chcą? - No nie chcą, bo tu jest jak na wczasach. Jedzenie, dach nad głową, rozrywki. Jak się nie podpadnie, a jeszcze dobrze trafi w celi na normalne osoby, to można tu całkiem dobrze żyć. A jak wyjdą i wrócą do swojego życia, przepadną. Po drugiej stronie krat, na wolności, nie ma przebacz, tam jest dla nich prawdziwa kara - przekonuje. I dodaje, że to więzienie ją uratowało.

W innych zakładach nie było tak różowo. Widzi to dobrze, jak przychodzą z innych ZK. Pracuje w więziennej przychodni. Te z Wrocławia przeważnie mają wszy. - W więzieniach szczególnie ciężko mają dziecioboje (kobiety, które zabiły własne dziecko - red.). Wiadomo, samosąd jest zakazany, ale jak się taka poskarży komuś, to będzie miała jeszcze gorzej. Klawisze znają hierarchię, ale do łaźni puszczają. A tam gwałty czy przypalanie papierosami. Podobnie traktowane są te więźniarki, które zabiły rodziców. - Francesca dobrze wie, co mówi, bo wcześniej była we Wrocławiu. - Tam to jest dopiero piekło - opowiada. - Krzywaniec to nagroda. To komfortowe więzienie, choć wiem, że to niesprawiedliwe. I głupio brzmi w ustach więźniarki - podsumowuje.

Podobnie mówi Ilona. Ma 30 lat i dwójkę dzieci. Siedzi za napad, którego dokonała z koleżanką. Była uzależniona od narkotyków, brakowało kasy na działkę. Zginął człowiek. Dostała 15 lat. Wcześniej była we Wrocławiu. - Tam było tragicznie. 12-14 osób w celi, Ukrainki, Mołdawianki, z nikim nie można się porozumieć, więzienie było jak rudera i tylko wiatr hulał w oknach - opisuje.

W Krzywańcu jest inne życie. - Można się do tego przyzwyczaić. Mam więcej czasu dla dziecka, niż miałabym na wolności - zauważa. A wolności kosztuje na całego. Ma 28 dni przepustek w ciągu roku. Na przepustce poznała chłopaka. Na przepustce zaszła w ciążę. W więzieniu kończy szkołę, wyleczyła się z nałogu. Gdy to opowiada, lekko drżą jej usta. Widać nerwy, choć nie jesteśmy pierwszymi dziennikarzami, z którymi rozmawia.

Krążąc po budynku, napotykamy dwie osoby. Kierowniczka domu dla kobiet tłumaczy, że to specjaliści z Warszawy, którzy przyjeżdżają do więźniów i prowadzą z nimi zajęcia. Pomagają im odreagować stres i uczą, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach. - One siedzą całymi dniami w jednym pomieszczeniu z dziećmi, przeżywają stres, trzeba im pomóc, wytłumaczyć, nie miały przecież prawidłowych wzorców w rodzinie, to my ich dopiero teraz uczymy, jak normalnie żyć, funkcjonować, wychowywać dzieci - przekonuje kierowniczka. - Tu siedzą matki, które nie powinny mieć dzieci. Widziałam, jak nimi ze złości rzucały. Ale z dzieckiem ma się lepsze warunki. I stałą pomoc. To jest jakiś pomysł na przetrwanie - szydzi Ilona.

Pomoc psychologiczna to wizytówka Krzywańca. "Dzięki tej terapii uświadomiłem sobie, iż jestem sprawcą przemocy. Uzyskałem świadomość własnych zachowań. Nabyłem umiejętności służące rozwiązywaniu konfliktów bez używania agresji. Nauczyłem się, czym jest związek partnerski oraz wiem, jak powinien on wyglądać" - czytamy na kartce wręczonej nam przez Marcina, więźnia z Alcatraz. Tu siedzą ci niebezpieczni. Marcin jest jednym z kilku, którzy zgodzili się rozmawiać z nami za darmo. Bo normalną stawką za rozmowę z dziennikarzami jest 300 zł. Przelewem na konto. Do wydania w więziennej kantynie. Całkiem dobrze zaopatrzonej, jak osiedlowy sklepik. Marcin dostał 3,5 roku za pobicie partnerki. Wrócił z pracy za granicą i zastał ją z kochankiem. Nie wytrzymał i kochanek wraz z partnerką zapamiętają chwilę słabości do końca życia. Z tym że to nie pierwszy jego wyrok. Wcześniej przeszedł przez Wrocław. Wysoki, duży, silny mężczyzna, w dresie, adidasach, z zegarkiem na ręku i z modnymi okularami, opowiada, jak tam było. - Wyjdę stąd inny, niż bym wyszedł z ZK we Wrocławiu - przekonuje. Tam płakał wieczorami i się bał. - To państwo w państwie - mówi podniesionym głosem. - Jest alkohol, narkotyki, obskurne łaźnie. Nie wiem, czy bym tam odsiedział wyrok do końca - mówi.

Patrzy nam prosto w oczy i prosi: napiszcie koniecznie, że każda przemoc jest nieusprawiedliwiona. - Napiszecie, bo wiecie, musicie napisać. Napiszecie prawda? - pyta nerwowo. Kilkukrotnie to powtarza, pociera dłonie, napina potężne mięśnie i wierci się na krześle.

Wszyscy osadzeni w Krzywańcu mają szansę na odreagowanie w hali sportowej. W poniemieckiej auli są nawet freski sprzed II wojny światowej przedstawiające ćwiczenia zdrowej nordyckiej młodzieży. Cztery-pięć razy w tygodniu najbardziej zatwardziali przestępcy mogą tu ćwiczyć koszykówkę czy siatkówkę pod okiem trenera. - Czasami daję im rower na przejażdżkę. Chodzą też na ryby, zbierają grzyby. To wszystko ma wspomagać proces resocjalizacji - tłumaczy trener.

Alcatraz to pachnący nowością zamknięty oddział. Naszpikowany elektroniką, jest chlubą polskiego więziennictwa. Szerokie, jasne korytarze. Cele po prawej i lewej, jak w robotniczym hotelu. W środku metalowe prycze, osobna, osłonięta toaleta, bez drzwi, tylko z zasłoną. Umywalka i kosz na śmieci. Okno przesłonięte szybkami z mlecznym szkłem, ustawionymi pod kątem tak, że widać tylko niebo.

Spacerniak jak w amerykańskim filmie. Cztery gołe ściany, kilkanaście metrów kwadratowych, od góry zabezpieczone siatką. Kilkanaście takich boksów, w niektórych urządzenia z siłowni, sztangi do podnoszenia ciężarów, ławeczki do wyciskania. Na górze jeden strażnik, nie jest w stanie dojrzeć każdego. Kilkunastoosobowa grupa skazanych wkracza sprężystym krokiem do spacerniaków, jakby niewidzialną różdżką dzielą się na poszczególne boksy. Spacerują bardzo szybko, nienaturalnie szybko. Gdy patrzymy na nich przez oka stalowej siatki, wytrzymują wzrok. Jeden z nich przekazuje coś koledze, ten spogląda na nas i pokazuje środkowy palec. Oczywiście z firmowym, krzywańskim uśmiechem na ustach.

Alcatraz to wisienka na więziennym torcie. Stąd nie można uciec. Przynajmniej jeszcze nikomu się nie udało. Próba ucieczki w ostatnich latach była raz. Więźniarka przedostała się poza parkan zakładu. Z tym że siedziała w zakładzie półotwartym, więc w miarę swobodnie poruszała się po sanatorium. Wspięła się po murze w rogu magazynu, gdy nie było aż tylu zasieków. Właściwie nikt nie wie, co jej strzeliło do głowy. Więźniowie zgodnie mówią, że nie w głowie im ucieczka. W końcu gdzie im będzie lepiej?

- W każdym zakładzie są inne przywileje i inne zasady. My tu wywalczyliśmy skargami wiele - mówi Sebastian, skazany na dożywocie. Przed rozmową spotkaliśmy go w sali, gdzie razem z kilkoma więźniami malują obrazy i przygotowują się do wystawy. Sebastian to prawdziwy artysta. Tak, pana obrazy zrobiły na nas duże wrażenie. Tak jak pana - powiedzmy - dokonania. W końcu na dwukrotne dożywocie trzeba zasłużyć.

Sebastian opowiada, że w Krzywańcu poprawiło się w ostatnich latach. Teraz ma zajęcia sportowe pięć razy w tygodniu, siłownię trzy razy, należy do grupy biegowej i chodzi na koszykówkę i siatkówkę. - Sami sobie to wywalczyliśmy. Należy nam się to - podkreśla. Nie podejmuje rozmowy, gdy pytamy, czy to nie przesada - takie atrakcje dla takich jak on. W końcu jest groźnym przestępcą, bez szans na resocjalizację. Gdy zostawiają nas z nim sam na sam, gdy siada tuż przy nas, zaciska dłonie i zaczyna emocjonalnie opowiadać, jakich nieprawidłowości dopuszczają się klawisze, robi się nieprzyjemna atmosfera.

- Przy całym szacunku, ale to pan jest sprawcą poważnych przestępstw - nieśmiało zauważamy. - Wciąż piszę skargi na wszelkie naruszenia przepisów. Z zemsty wpuścili mi do celi 125-kilogramowego psychopatę. Rzucił się na mnie, ale umiem się bronić i mogło się to skończyć dla niego tragicznie. To taki ich sposób na niepokornych - odpowiada Sebastian.

Kierownictwo więzienia takie zarzuty przyjmuje ze stoickim spokojem. - Tu są setki kamer. Rejestrowany jest praktycznie każdy ruch więźnia. Kadra w odróżnieniu od dawnych czasów ma odpowiednie wykształcenie. Nie cenzurujemy też listów więźniów do urzędów, a to w większości skargi - zapewniają szefowie jednostki. Prawda. Na bramie głównej, na piętrze jest centrum operacyjne więzienia. Na kilkunastu monitorach widać każdy zakamarek zakładu. Są podglądy nawet w celach. Zabawnie wyglądają tylko czarne paski w intymnych miejscach. Ponoć są zaprogramowane na stałe.

Przed bramą kłębi się tłumek - to więźniarki z zakładu otwartego. Pracują na zewnątrz, w firmach, które podpisały umowę z więzieniem. Szefowie Krzywańca proszą, by napisać, że zakłady karne to atrakcyjne ośrodki dostarczające wykwalifikowanej i taniej siły roboczej. Taniej, bez żadnych podtekstów, prawo nakazuje bowiem płacić więźniom co najmniej minimalną pensję. Lecz ich chęć do pracy jest nieoceniona. Gorzej z zaufaniem, bo gdy pracownice wracają, obwąchują je psy wyspecjalizowane w wykrywaniu narkotyków. Codzienna rutyna jest zasadna, bo co jakiś czas są próby przemycenia np. papierosów z marihuaną. Niemniej normalna etatowa praca jest, zdaniem ekspertów, najlepszą metodą wychowawczą dla skazanych.

Po zakończeniu odbywania kary skazani mogą także liczyć na pomoc. Urzędy pracy to im dają w pierwszej kolejności oferty. Są zobowiązane szukać im zatrudnienia nawet w innych regionach. Urzędnicy dzwonią i żebrzą o etat dla opuszczających zakłady karne. Niesprawiedliwe?

Ze statystyk wynika, że resocjalizacja w Polsce to fikcja. Ponad połowa skazanych po raz pierwszy wraca za kraty. Fikcją jest też pomoc dla ofiar przestępstw. Gdy patrzymy na warunki, jakie zobaczyliśmy w Krzywańcu, nasuwa się pytanie: czy prawa człowieka należą się sprawcom, czy ofiarom? Pewnie i tym, i tym. Tylko co w tym wszystkim jest karą?

Krew by mnie zalała, gdyby ktoś taki jak ja skrzywdził moje dziecko i trafił do tego zakładu - mówi Francesca. Prosi, by tak ją nazywać. Ma 45 lat, czwórkę dzieci. Została skazana na 25 lat więzienia za zabicie męża

@RY1@i02/2013/198/i02.2013.198.000000800.812.jpg@RY2@

@RY1@i02/2013/198/i02.2013.198.000000800.813.jpg@RY2@

Alcatraz to zamknięty oddział dla niebezpiecznych więźniów

@RY1@i02/2013/198/i02.2013.198.000000800.814.jpg@RY2@

W Domu Matki i Dziecka skazane mogą wychowywać dzieci do 3. roku życia

@RY1@i02/2013/198/i02.2013.198.000000800.815.jpg@RY2@

Krzywaniec szczyci się sportowymi zajęciami. Organizuje m.in. półmaraton

@RY1@i02/2013/198/i02.2013.198.000000800.816.jpg@RY2@

mat. prasowe (4), Lech Muszyński/PAP

Oddział dla matek z dziećmi wygląda jak przedszkole z placem zabaw

Rafał Drzewiecki

Ewa Maria Radlińska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.