Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Polska ma dać, my będziemy brać

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 27 minut

Państwo musi być silne, ma nas chronić i utrzymywać. A my w zamian pokażemy mu figę z makiem

Pytanie bardzo patetyczne: czym jest dla nas Polska? Odpowiedź bardzo przyziemna: z jednej strony dojną krową, która ma zapewnić nam nie tylko bezpieczeństwo, ale i naukę, mieszkanie, a nawet pracę. Z drugiej strony prześladowcą, którego należy unikać i przed nim się bronić. Od państwa chcemy dostawać jak najwięcej. A poświęcać mu jak najmniej.

Nasza postawa daje mocno do myślenia. Jest antypaństwowa i cwaniacka. A czy nam się to podoba, czy nie, duża część dzisiejszych problemów Polski bierze się z tego, że to, co możemy państwu dać, i to, czego od niego żądamy, to dwie zupełnie różne rzeczy. Nie ma między nimi równowagi.

Wyszarpać, ile się da

W filmie Marka Koterskiego "Dzień świra" jest scena, w której grupa osób rozciąga polską flagę, każdy w swoją stronę. Efekt łatwo przewidzieć - materiał pęka, ale każdy bohatersko dzierży w dłoni wyszarpany fragment. Ma dowód na własny sukces, choć całość już nie istnieje. Dzisiaj polską flagę trzyma 38 mln rąk i każdy chce dla siebie jej kawałka.

Potwierdzają to badania CBOS ("Aktualne problemy i wydarzenia", 6-12 czerwca 2013 r., reprezentatywna próba losowa dorosłych mieszkańców Polski n=1010). Oczekiwania Polaków wobec państwa są astronomiczne. Niemal wszyscy uważają, że powinno zapewnić każdemu obywatelowi bezpieczeństwo (99 proc.) oraz poszanowanie jego własności prywatnej (98 proc.). Dominuje opinia, że rolą państwa jest zapewnienie każdemu obywatelowi minimalnego dochodu (95 proc.) oraz bezpłatnej opieki lekarskiej (95 proc.). Niewiele mniej osób (88 proc.) uważa, że Polacy powinni mieć prawo do bezpłatnej nauki na studiach wyższych. Zdecydowana większość (84 proc.) oczekuje, że Polska zagwarantuje każdemu mieszkanie, a także pracę zgodną z kwalifikacjami (81 proc.) lub jakąkolwiek pracę (80 proc.). Co więcej, ponad połowa z nas jest przekonana, że państwo powinno zapewnić każdemu dobrobyt (53 proc.).

Zdaniem CBOS społeczna definicja obowiązków kraju wobec obywatela składa się na określone rozumienie roli państwa. Na podstawie deklaracji badanych można powiedzieć, że Polakom bliska jest wizja państwa, które poprzez swoją aktywną rolę w kreowaniu ładu społeczno-gospodarczego zaangażowane jest w życie obywateli. Mając wybór między państwem minimum (stojącym jedynie na straży praworządności i wolności obywateli) a państwem opiekuńczym, opowiadamy się za tym drugim modelem.

Promocji opiekuńczości sprzyjają trudne ekonomicznie czasy. Zdaniem dr. Rafała Chwedoruka, politologa z Uniwersytetu Warszawskiego, bieda, którą odczuwa spora część Polaków, powoduje, że najbardziej interesuje nas zaspokajanie najprostszych potrzeb. Jeśli spojrzeć na dane z badania, rzeczywiście się to potwierdza. W niemal wszystkich kategoriach powinności państwa w porównaniu z latami 1996 i 1999 mamy dzisiaj wzrosty. Zwłaszcza jeśli chodzi o zapewnienie bezpłatnej opieki lekarskiej (z 90 do 95 proc.), stałej pracy zgodnej z posiadanymi kwalifikacjami (z 78 do 81 proc.) lub jakiejkolwiek stałej pracy (z 70 do 81 proc.) oraz zapewnienie każdemu obywatelowi dobrobytu (z 42 do 53 proc.).

Naszą postawę trudno jednak określić inaczej jak mianem hipokryzji. Bo jeśli chodzi o to, co my, Kowalski z Nowakiem, możemy zaproponować swojemu państwu, udajemy Greka. Najlepiej byłoby, gdybyśmy nie musieli dawać nic. Jeśli już coś dać musimy, to im mniej, tym lepiej - bo czym jest wysiłek jednostki na rzecz tak dużego tworu, jakim jest państwo? Zdaniem większości z nas nie ma on znaczenia. Dlatego nie chce nam się ruszyć palcem w bucie, by obywatelsko poprawić w Polsce to, co jest w zasięgu naszych możliwości. To również znajduje odbicie we wspomnianym badaniu.

CBOS podaje, że od grudnia 1999 r. znacząco zmniejszył się odsetek osób przekonanych, iż obowiązkiem obywatela jest płacenie podatków od dochodów osobistych. Obecnie aż co piąty z nas (20 proc.) jest przekonany, że podatki są złem, którego należy unikać, kiedy to tylko możliwe. I zrobimy wszystko, nawet posuniemy się do metod nielegalnych, aby zapłacić jak najmniejszy PIT lub uzyskać pełne zwolnienie.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat istotnie zmalała również grupa osób zaliczających do obywatelskich obowiązków udział w wyborach i referendach. 23 proc. z nas jest pewnych, że wyborcza aktywność nie ma sensu, nie interesuje się tymi zagadnieniami, a nawet dla zasady je lekceważy, ponieważ z nonszalancką obojętnością traktuje sprawy kraju. Mniej osób niż w 1999 r. uważa, że państwo może poprosić obywatela o czasowe sprawowanie obowiązków publicznych, np. funkcję ławnika w sądzie. Co trzeci z nas jest przekonany, że ten wkład w polski wymiar sprawiedliwości nie powinien leżeć w sferze obywatelskich powinności, a jedynie ewentualnych możliwości.

W razie wojny bronić Polski raczej nie zamierzamy, liczymy na wsparcie krajów NATO, a sami weźmiemy nogi za pas. Zmalał bowiem odsetek osób zaliczających do powinności obywatelskich służbę wojskową mężczyzn (z niemal połowy do 35 proc.). Wciąż także mylnie uważamy (prawie 60 proc.), że naszym obowiązkiem nie jest informowanie odpowiednich władz o działaniach ludzi, którzy nie przestrzegają prawa, a czego jesteśmy świadkami. Jazda po pijanemu samochodem, niewożenie dzieci w fotelikach, niesprzątanie po psie, wyrzucanie śmieci do lasu nie są dla nas wystarczającymi powodami do napiętnowania. Nie do końca przekonani jesteśmy również w kwestii pomagania policji w schwytaniu przestępcy. Uważamy, że donoszenie na innych ludzi, nawet mających konflikty z prawem, byłoby małostkowym przykładem zawiści, a nie szlachetną dbałością o wspólne publiczne dobra.

Z jednej strony zatem państwo stało się dla nas studnią bez dna, z drugiej - traktujemy je jako zło konieczne, myśląc o nim często jak o źródle patologii. Dlatego bronimy się przed nim i jego mackami wszelkimi możliwymi sposobami. Prawie połowa Polaków pracuje, pracowała lub zna kogoś, kto pracował na czarno. Druga połowa umiałaby wskazać co najmniej jedną osobę, która niezgodnie z prawem pobiera nieprzysługujące jej zasiłki dla bezrobotnych lub z pomocy społecznej. Podobnie jest z terminowym płaceniem rachunków lub rat kredytów. Niemal co trzeci z nas sam ma z tym problemy lub zna kogoś, kto je ma. Staramy się unikać płacenia mandatów, licząc, że biurokratyczna machina nie przemieli na czas wniosku pozwalającego na sądowe ściągnięcie z nas pieniędzy. W Szwajcarii osoba, która wejdzie do autobusu i nie skasuje biletu, może się spodziewać natychmiastowej reakcji innych pasażerów, a także donosu na policję. W Polsce, w dużych miastach, na części tras bilet kasuje jedynie jedna trzecia pasażerów. A ponieważ koszty komunikacji rosną, umyślne gapiostwo przekłada się także na powolny, ale stały wzrost cen biletów. Za pasażerów na gapę w końcu płacą zatem ci, którzy są uczciwi.

Bliższa ciału koszula

Specjaliści przekonują, że nasz antyobywatelski tumiwisizm wywodzi się nie tylko z czasów PRL, ale ma jeszcze starszy rodowód. - Historycznie w Polsce zawsze istniała dychotomia, utrzymująca się do dzisiaj - tłumaczy dr Rafał Chwedoruk. - Był to podział na szlachetnych i skundlonych, tych, którym chce się zabiegać o kształt spraw publicznych, i tych, którzy byliby idealnym materiałem na niewolników. Szlachta, przynajmniej teoretycznie, zabiegała o państwo. Chłopi widzieli jedynie czubek własnego pługa, nie angażowali się zbyt mocno w cokolwiek, co nie dotyczyło ich obejścia - dodaje dr Chwedoruk.

Dzisiaj w dużym stopniu, przynajmniej mentalnie, jesteśmy spadkobiercami tych drugich. Wyższa klasa społeczeństwa w największym stopniu została zdziesiątkowana wojną. Niezbyt łagodnie, przynajmniej w pierwszym okresie, obszedł się z nią również PRL, promując "kulturę gumiaków". Egoizm, buta, chamstwo, brak manier i zbydlęcenie obyczajów - to były nasze główne masowe cechy przed 1989 r. Niestety, w dużym stopniu są one aktualne.

A do tego zaraźliwe, dotykające wcześniej czy później pierwotnie zdrowych jednostek społecznych, ludzi, którym jednak coś się chce, na czymś zależy. Jak dowodził w jednej z klasycznych prac socjologicznych David Riesman, w świecie konsumpcji człowiek zewnątrzsterowny zastąpił człowieka wewnątrzsterownego: "Zamiast jednostki kierującej się wewnętrznymi zasadami, dysponującej wewnętrzną busolą, pojawił się typ osobowości nastawionej przede wszystkim na reakcje innych ludzi, wyposażonej w rodzaj czułego radaru pozwalającego wychwytywać sygnały nadawane przez innych. Orientujemy się na oczekiwania innych, to oni wyznaczają standardy naszego zachowania". Jeżeli zatem standardem jest zagarnianie do siebie i niewkładanie żadnych dóbr do worka z napisem "publiczne", to mimo że jednostki próbują się temu przeciwstawić, wcześniej czy później ich starania muszą być skazane na niepowodzenie.

- Wartości publicznych nie cenimy, bo nie wierzymy w siłę zbiorowości. To dla nas jakiś miraż, ułuda, chimera. Za to bliższa ciału koszula. Wolimy rodzinę, tu znajdujemy mniejszą lub większą satysfakcję. Państwu nie wierzymy, jest dla nas złe, każe nam płacić podatki, a jednocześnie mamy wrażenie, że aby chodzić do lekarza, trzeba być wyjątkowo zdrowym, bo chorzy na stanie w kolejkach nie mają siły. Nie wierzę, że w czasie łatwym do wyobrażenia się to zmieni. W Polsce dobro publiczne zawsze będzie na ostatnich miejscach w hierarchii ważności - tłumaczy dr Jacek Wasilewski, socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Zdaniem specjalistów jedynym usprawiedliwieniem postaw rodem z "kultury gumiaków", choć też niepozwalającym na pełne, skuteczne umycie rąk, wydaje się postępowanie polityków, którzy zgodnie z klasycznymi zasadami państwowości powinni wytyczać kierunki działań i popychać ludzi ku ambitnym zadaniom. Nasi przywódcy są tymczasem dilerami stanowisk, demiurgami zamieszania i wtórnego happeningu. Ktoś mógłby powiedzieć, że tak się dzieje na całym świecie. Faktycznie, ale mimo to inne społeczeństwa potrafią dbać o wspólne interesy znacznie efektywniej niż my. To oznacza, że dystans, jaki dzieli nas od Zachodu w tym zakresie, nie jest nawet minimalnie mniejszy niż 25 lat temu.

- Polacy nie ufają sobie, nie ufają państwu, to główna przyczyna wielu różnego rodzaju problemów - ocenia prof. Janusz Czapiński, znany psycholog, autor Diagnozy Społecznej. - Nie znamy szczegółowych norm i wartości umożliwiających członkom społeczeństwa skuteczne współdziałanie, a bez niego nie można zbudować trwałych postaw obywatelskich. Pogłębia się za to nieufność.

My, demokraci

Intelektualistów wszelkich epok do czerwoności rozgrzewało jedynie kilka kwestii. Jedną z nich zawsze pozostawało państwo - jako byt prawny, czasem skomplikowany przykład organizacji, miejsce do życia. Kołem zamachowym myślowego fermentu był ich stosunek do tej właśnie struktury - od apoteozy przez obojętność i cynizm po niechęć lub nienawiść. Arystoteles pisał w "Polityce": "Człowiek jest z natury stworzony do życia w państwie, taki zaś, który z natury, a nie przez przypadek, żyje poza państwem, jest albo nędznikiem, albo nadludzką istotą".

Frederic Bastiat, XIX-wieczny francuski ekonomista wolnorynkowy, pisarz i polityk, nie miał wątpliwości, że "państwo jest wielkim, fikcyjnym bytem, w którym wszyscy próbują żyć kosztem wszystkich innych". Edward Abramowski, polski filozof i działacz socjalistyczny, dorzucał: "Państwo pragnie życie skrępować ustawą i poddać jego przyrodzoną rozmaitość normom przymusowym, jest obrońcą wyzysku, organizacją, gdzie prawdziwa wolność jednostek staje się nieziszczalną nigdy utopią".

Ale dzisiaj, zapewne nieświadomie, chyba najczęściej opieramy się na tym, co pisał Bertrand Russell, brytyjski filozof, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1950 r.: "Państwo to abstrakcja, nie odczuwa przyjemności ani bólu, obce mu są nadzieje czy obawy, to, co wydaje nam się jego celem, jest w istocie celem jednostek, które nim kierują. Gloryfikowanie państwa okazuje się gloryfikacją rządzącej mniejszości. Żaden demokrata nie będzie tolerował tak rażąco niesprawiedliwej teorii". A że większość Polaków to demokraci, do tego niemal zawsze nieomylni - nic dodać, nic ująć.

Jeśli chodzi o to, co my, Kowalski z Nowakiem, możemy zaproponować swojemu państwu, udajemy Greka. Najlepiej byłoby, gdybyśmy nie musieli dawać nic

@RY1@i02/2013/193/i02.2013.193.00000020a.802.jpg@RY2@

corbis/fotochannels

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.