Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Zakrzyczany dialog

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Mówimy, lecz nie dyskutujemy. Słyszymy, ale nie słuchamy. Jesteśmy społeczeństwem samotnych egoistów, odruchowo reagujących tylko na proste komendy

Przyzwyczajamy się do łatwych w odbiorze jednostronnych komunikatów. Zmęczeni codziennością wolimy oglądać rozrywkową sieczkę czy buszować w internecie, niż rozmawiać z ludźmi. Bo to wymaga wysiłku, uwagi, szacunku dla tych, do których mówimy lub których słuchamy. Nie ma dialogu bez próby zrozumienia stanowiska czy punktu widzenia odmiennego od naszego. Gdy nie jesteśmy ciekawi innego spojrzenia, gdy egocentrycznie przyznajemy rację tylko sobie, kończy się rozmowa. Co jest zamiast niej? Slogany, które zbyt łatwo przyjmujemy za prawdę, i krzyk, by przebić się z własnym widzimisię.

Pół wieku temu niemiecki psycholog i filozof Max Wertheimer sprecyzował rozróżnienie propagandy i edukacji jako przeciwstawnych pojęć, które kształtują społeczeństwo. Propaganda - według jego definicji - usiłuje oddalić nas od samodzielnego myślenia, refleksji i, co za tym idzie, przemyślanego działania. Manipuluje uprzedzeniami i emocjami, by narzucić odbiorcom wolę propagandystów. Edukacja jest prodemokratyczna - wyposaża nas w umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji poprzedzonych krytycznym namysłem i dyskusją. Jej sednem jest merytoryczna debata, która pozwala przeanalizować problem z różnych perspektyw.

- Jeśli demokrację rozumiemy jako wzorzec relacji społecznych, to opiera się ona właśnie na dialogu. Podczas festiwalu "Solidarności" rozmowy toczyły się od świtu do nocy. Bez umiejętności dialogu nie byłoby u nas zmiany systemu. Po 1989 r. prowadziliśmy debaty nad planem Balcerowicza, wprowadzeniem podatku dochodowego, powszechną prywatyzacją - zauważa prof. Krystyna Skarżyńska ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej (SWPS), członek Komitetu Psychologii PAN.

Pierwsza demokratyczna władza (przynajmniej jej niektórzy przedstawiciele) chciała i potrafiła rozmawiać oraz edukować. Niestety gotowość nowej władzy do dialogu ze społeczeństwem szybko wygasła. Także mniej czasu znajdowali na rozmowy między sobą zwykli ludzie. Jedni z nas, motywowani potrzebą indywidualnego sukcesu, zaczęli przedkładać "mieć" nad "być z ludźmi". Inni, którzy zostawali w tyle i czuli się przegrani, także - choć z innych powodów - ograniczyli kontakty. Materializacja świadomości stała się faktem, zgubiliśmy sens solidarności, stając się obojętnymi wobec innych, a często wzajemnie wrogimi samotnikami.

Walka dla walki

- Jedną z głównych przyczyn zaniku społecznego dialogu jest ostra polaryzacja sceny politycznej i rozumienie polityki jako bezpardonowej walki, gry o sumie zerowej, gdzie jedni polują na drugich, aby ich pogrążyć. Wroga się nie słucha, nie prowadzi z nim dialogu. W stadzie wilków nie ma miejsca na demokrację. Wewnątrz dużych partii każdy, kto w swoich wypowiedziach odbiega od głównego nurtu, zaczyna być traktowany jak zwolennik wroga. To zamyka poważną dyskusję nie tylko między ugrupowaniami i wewnątrz nich; zawęża także komunikację partii ze społeczeństwem, ogranicza do jednostronnych, prawie reklamowych przekazów - podkreśla prof. Skarżyńska.

Prodemokratycznej rozmowy politycznych przeciwników nie ma w mediach. Demokracja zaś, dodaje psycholog, potrzebuje wyedukowanych obywateli. Bez takiej edukacji, którą powinni prowadzić także politycy, trudno uruchomić w społeczeństwie potrzebę analizy czy krytycyzmu wobec rozmaitych projektów. Brak poważnej rozmowy w ważnych dla obywateli sprawach prowadzi do konfliktów. - Sądzę, że gdyby wprowadzeniu OFE towarzyszyło więcej debat, a mniej reklam, które przekonywały odbiorców do poszczególnych funduszy wyłącznie na podstawie peryferyjnych, nie merytorycznych przesłanek, nie byłoby dzisiaj tak ostrego konfliktu - zauważa Skarżyńska. - Ale skoro nie wymagamy wysiłku umysłowego od siebie, to także nie wymagamy od innych. Nie naciskamy dostatecznie silnie na polityków, by zaczęli z nami i między sobą poważnie rozmawiać - dodaje.

Duch bezwzględnej rywalizacji, który przeniknął do polityki, nadał jej charakter silnie konfrontacyjny. Wprawdzie dążenie do utrzymania władzy wszelkimi środkami było jest i będzie cechą "wybrańców narodu", jednak obecnie walka stała się wartością samą w sobie. - Politycy stracili wizję urządzania kraju. Większość nie wie, do czego chce doprowadzić, a są i tacy, którzy nawet nie wiedzą, o czym mówią. To gra własnych interesów, a komunikacja ze społeczeństwem polega na bezproblemowych przekazach. Nawet jak ktoś ma pomysł, to lepiej tego nie przedstawiać publicznie, nie ujawniać bolesnych skutków jego wprowadzenia w życie, bo nastąpi ostry atak adwersarzy. Głównym dziś problemem polityków jest to, jak powiedzieć, by nic nie powiedzieć, ale żeby nikt nie mógł się do tego przyczepić. Bo z konkretów można być w przyszłości rozliczonym - ocenia prof. Wojciech Cwalina z SWPS.

Ten konfrontacyjny stan się umacnia, ponieważ zdaje egzamin. Co cztery lata wciąż głosujemy na tych samych ludzi. - Sam się temu dziwię. Społeczeństwo jest bezrefleksyjne, nie ma chęci do poznawania i analizowania tego, co mówią politycy. Brakuje chęci, siły i czasu. I edukacji, by tropić fałsz. Nie każdy ma naturalną zdolność zauważania, że to mowa o niczym. Edukacja jest konieczna, bo nie wystarczy ogłosić, że ktoś kłamie. Zwolennika PO nie przekona taka informacja tylko dlatego, że tak napisał "Nasz Dziennik" - tłumaczy prof. Cwalina.

Zanik dialogu, zarówno w przestrzeni publicznej, jak i prywatnej, doprowadził do deprecjacji wartości słów, ich znaczeń. - Pan kłamie! - strzela w studiu polityk A. - Pan głupoty opowiada - odparowuje polityk B. A prowadzący zaciera ręce, bo meritum nieważne, liczy się rosnąca oglądalność. Dawniej takie wypowiedzi były największą obrazą i ich autor stawał na ubitej ziemi. Czy dziś oburza nas, kiedy słyszymy słowa "kłamca" czy "głupi"? Czy źle oceniamy człowieka, który je wypowiada? Nie, bo przestaliśmy analizować informacje. Zresztą nie ma czego analizować, bo zamiast informacji mamy slogany.

Spirala milczenia

Na przestrzeni kilkudziesięciu lat polityka zaczęła oddalać się od ludzi. Powstało przekonanie, że stała się za trudna, bo potrzeba fachowej wiedzy, by ją zrozumieć. Rozum odłożono więc na półkę, stawiając na emocjonalną więź z twardym elektoratem danej partii. - Żeby wyrwać się z takiej więzi, trzeba poznać kogoś równie emocjonalnie ważnego. Tylko kto mógłby stać się takim autorytetem? Politycy nie, naukowcy nie, media nie... Brakuje w naszym otoczeniu ogólnie akceptowanych liderów opinii - mówi prof. Wojciech Cwalina.

Marne pocieszenie, że to nie jest cecha tylko polska. Robert Entman, profesor spraw międzynarodowych w George Washington University, przekonuje, że choć ostatnie 20 lat przyniosło ogromne możliwości dostępu do informacji politycznych, Amerykanie nie zwiększyli swojego zainteresowania tymi tematami. Przeciwnie - ich wiedza zmalała. Entman wskazuje na błędne koło, w którym znaleźli się politycy, opinia publiczna i media Prosty przekaz informacji obniża poziom publiczności, a niewyedukowana publiczność domaga się tylko bezproblemowych wystąpień, najlepiej emocjonalnych show. Profesor z Waszyngtonu alarmuje, że rezultatem jest demokracja bez obywateli.

- Gdy przeprowadzono w USA badania w trakcie kampanii wyborczej, okazało się, że Amerykanie uważnie i chętnie słuchali kandydatów, których przynależność do partii nie była określona. Gdy tylko pojawił się na ekranie podpis, że to człowiek z konkretnego ugrupowania, zainteresowanie gasło, bo uruchamiał się stereotyp. To właśnie one tłumaczą nam cały świat - konkluduje prof. Cwalina.

Dochodzi to tego opisany przez niemiecką politolog Elisabeth Noelle-Neumann mechanizm spirali milczenia. Gdy jakaś grupa społeczna ma świadomość posiadania poparcia opinii publicznej, chętnie głośno wypowiada swoje poglądy. W przeciwnym przypadku, gdy poglądy te nie znajdują miejsca w głównym nurcie, ludzie zachowują milczenie. Następuje spiralny proces wyciszania jednych i wzmacniania innych opinii. Co więcej, ci, którzy głośniej krzyczą, przeceniają swoją siłę, a gdy mniejszość próbuje werbalizować swoje oczekiwania, grupa silniejsza atakuje ich ad personam, dewaluuje przeciwne poglądy, stawiając argumenty niemerytoryczne. - Zjawisko spirali milczenia powoduje, że z przestrzeni społecznej znika opinia jakiejś części społeczeństwa - podkreśla prof. Krystyna Skarżyńska.

W efekcie otwarta, szeroka dyskusja zostaje zablokowana. Nie chcemy wysłuchiwać zdania osób, które się z nami nie zgadzają. Dzieje się tak, gdyż nie umiemy sobie radzić z dysonansem, który powstaje, gdy nasz rozmówca ma inne zdanie. Złościmy się i gniewamy, bo burzy nasze postrzeganie świata, zakłóca porządek rzeczywistości, w który uwierzyliśmy, w którym czujemy się bezpiecznie. Przykry dysonans jest tym większy, im sprawa jest dla nas ważniejsza, wiąże się z naszymi wartościami i tożsamością. Najłatwiejszą obroną jest wtedy atak na rozmówcę, dewaluacja jego kompetencji lub przypisywanie złych intencji. Im bardziej jesteśmy w jakąś sprawę zaangażowani, tym bardziej boli nas różnica zdań.

Hasła na sztandarach

Strach przed innym to już niestety nasza przywara narodowa. Jesteśmy społeczeństwem, któremu brakuje zaufania. Z badania CBOS z 2012 r. wynika, że 74 proc. Polaków wyznaje zasadę daleko idącej ostrożności w stosunkach z ludźmi, których nie znają. Odstajemy w tej konkurencji od reszty Europy. Ta nieufność, podejrzliwość, nieustanna obawa, że ktoś nas chce wykiwać, powoduje, że nie jesteśmy też skorzy do spotkań. - W badaniu European Social Survey Polacy zajęli trzecie miejsce od końca, jeśli chodzi o częstość kontaktów towarzyskich z osobami spoza rodziny. Mniej towarzyscy od nas są tylko Grecy i Węgrzy - przytacza wyniki sondażu Skarżyńska.

Najbardziej otwarci są Skandynawowie oraz Niemcy i Francuzi. Jakże to kłóci się z powszechnymi w Polsce sądami o zimnych Szwedach i gorących południowcach. To właśnie skutek naszego zamknięcia na świat, na poznawanie nowego. Nam wystarczy film "Grek Zorba". - Nie zdajemy sobie sprawy, że brak osobistych kontaktów z ludźmi i deficyt społecznego zaufania to początek nieszczęścia. Nie tylko zmniejszania szans rozwojowych społeczeństwa, lecz także poważnych konsekwencji dla zdrowia, nie tylko psychicznego. Badania skandynawskie, a także prowadzone w innych krajach Europy Zachodniej i w USA, pokazują, że kto więcej rozmawia, ten ma mniejsze problemy z nadciśnieniem. U takich osób mniej notuje się udarów i chorób psychosomatycznych - zauważa Krystyna Skarżyńska.

Co ważne, posiadanie wielu bliskich znajomych i częstsze z nimi kontakty sprzyjają szybszemu zdrowieniu i mniejszej śmiertelności przy poważnych chorobach. Dyskusja z osobą o innych poglądach daje też możliwość zmiany, poznania innych punktów widzenia. Daje dodatkową energię. Ci, którzy ograniczają swoje funkcjonowanie do kręgu osób myślących tak samo, zaczynają mieć złudne poczucie, że cały świat tak myśli. A jeżeli tak - to jest to społeczny dowód słuszności dla moich poglądów. Złudzenie to zamyka poznanie, ogranicza innowacyjność, zarówno jednostek, jak ich całych społeczności. - Rozmawiamy, siedząc samotnie przed ekranem komputera lub telefonu. Sytuacja, w której kilka zaprzyjaźnionych osób przebywających w tym samym pomieszczeniu nie ma ze sobą kontaktu, bo jest zajęta rozmową na chacie, nie należy już do rzadkości. Czy jesteśmy bardziej samotni niż nasi dziadkowie? Chyba tak. A może po prostu mamy inne potrzeby - być może następne pokolenia nie będą odczuwały samotności, bo stanie się ona normą - zastanawia się Beata Chmielewska, zastępca dyrektora Instytutu Psychologii Zdrowia.

W sondażach wciąż zapewniamy, że rodzina jest dla nas najważniejsza, lecz statystki obnażają kłamliwość tych czysto wizerunkowych deklaracji. Z danych GUS wynika, że w 2008 r. Polacy zawarli ponad 90 tys. małżeństw, w 2012 r. już tylko nieco ponad 72 tys. W 2008 r. było 28 tys. rozwodów, rok temu już 32 tys. Przez 10 lat o 63 proc. wzrosła liczba związków partnerskich.

- Hasła ze sztandarów dla pokolenia, które urodziło się 30-40 lat po wojnie, mają zupełnie inne znaczenie. Są częścią odległej historii i trudno oczekiwać, żeby budziły takie same emocje, jak dawniej. Żyjemy w innej rzeczywistości, w świecie trochę innych wartości i w zrozumiały sposób to one są dla nas ważniejsze - tłumaczy Beata Chmielewska.

Psychologowie dodają, że skutki społeczne takich postaw już widać - rodziny przestają się tworzyć, mniej rodzi się dzieci, a społeczeństwo się starzeje.

Rachityczne jaskółki

Pytanie, jaka przyszłość nas czeka, do czego doprowadzi krzyk zamiast dialogu? Naukowcy mówią o kilku scenariuszach.

Pierwszy jest - powiedzmy - ostrożnościowy. Generalnie nic się nie poprawi, stan obecny tylko się utrwali, lecz bez nowych zgubnych skutków. Problemy znane już dziś pozostaną, będzie dochodziło tylko do przesileń, gdy jedna grupa społeczna zacznie krzyczeć głośniej, potem druga i kolejna. Główny nurt współczesnej polityki jednak się nie zmieni. - To najbardziej prawdopodobny scenariusz. Ani mediom, ani politykom nie opłaca się wchodzić w konkrety, są zainteresowani oglądalnością. Musi być nieustanny show. Wydaje się, że nawet alternatywne formy komunikacji - internet - nie wpłyną istotnie na przepływ informacji i jej powszechny społeczny odbiór - przypuszcza prof. Wojciech Cwalina z SWPS.

Drugi scenariusz zakłada społeczne zmęczenie bylejakością świata polityki i pojawienie się oczekiwań rządów autorytarnych. Populiści znajdą swój elektorat i mogą sięgnąć po realną władzę. - Analizy psychospołeczne pokazują, że to nie tylko kryzys ekonomiczny pcha ludzi ku autorytarnym rządom, lecz także z pozoru bardziej subtelne sprawy, jak efekty porównywania się z innymi, odczucie relatywnej deprywacji (czyli względnego gorszego położenia jakiejś grupy społecznej), wykluczenia, upokorzenia. To poczucie społecznej niesprawiedliwości daje impuls do szukania i popierania ludzi, którzy "wreszcie zrobią z tym porządek" - opisuje prof. Krystyna Skarżyńska. - Trzeba jednak zaznaczyć, że jesteśmy w strukturach europejskich, gdzie są mechanizmy chroniące przed zbytnim populizmem poszczególnych rządów. U nas osoby pokroju Putina na razie nie widać - uważa prof. Wojciech Cwalina.

Kolejnym scenariuszem jest pogłębienie rozwarstwienia w społeczeństwie, gdzie polityka stanie się zupełnie obca, frekwencja wyborcza spadnie poniżej akceptowalnego progu i wyniki głosowania przestaną być legitymacją wybranych. - Wtedy pojawią się nowe formacje. I nie chodzi tu o te same osoby w nowych szatach, tylko o zupełnie nową jakość. Być może młodzi ludzie aktywnie uczestniczący w sieciach społecznościowych spróbują wkroczyć do realnego świata polityki - zastanawia się prof. Cwalina. O zagrożeniu związanym z takim rozwiązaniem mówią wyniki badań prowadzonych dwa lata temu przez prof. Krystynę Skarżyńską. Okazuje się, iż osoby organizujące społeczne protesty robią to głównie z motywów osobowościowych, a nie dlatego, że są nastawione prodemokratycznie. - Nie kapitał społeczny pcha liderów tych ruchów do działania, ale raczej ich psychologiczny dynamit wewnętrzny, ekstrawertyczność, duże zapotrzebowanie na stymulację - zastrzega autorka badań.

I wreszcie scenariusz ostatni, który zakłada gwałtowne przekroczenie punktu krytycznego społecznej akceptacji. Może być wywołany np. nowym kryzysem, który znacznie mocniej niż obecny uderzy w gospodarkę. Może to być też jakiś globalny kataklizm o długofalowych skutkach. - Może długotrwała, globalna awaria systemów elektronicznych byłaby jakimś przełomem - dywaguje Beata Chmielewska z Instytutu Psychologii Zdrowia.

- W wywołanym kryzysem czy kataklizmem przesileniu pojawią się oddolne inicjatywy przebudowania demokracji. Struktury europejskie powinny jednak ustabilizować sytuację - pociesza prof. Cwalina.

I mówi o pierwszych jaskółkach, zwiastunach nadziei. To społeczne zachowania na poziomie lokalnym, gdzie samorządowcy chętniej dyskutują o potrzebach swoich mieszkańców. - W gminie z budżetem zaledwie 30 mln zł konieczna jest merytoryczna dyskusja, jak wydać te pieniądze. I ona się tutaj odbywa. Mamy przykłady wielu miast, w których prezydenci wygrywają w kolejnych kadencjach bez względu na partyjne wojenki na górze - dodaje psycholog.

Paradoksem jest jednak niska frekwencja w takich wyborach, niższa niż w parlamentarnych, choć emocje związane z zagłosowaniem są znacznie większe dla lokalnych społeczności. Jaskółki zmian są, jak widać, na razie dość rachityczne, choć dobrze, że w ogóle się pojawiają.

Wszak, jak pisał już Adam Mickiewicz, "Nic pożądańszego a nic trudniejszego na ziemi, jak prawdziwa rozmowa".

Skoro nie wymagamy wysiłku umysłowego od siebie, to także nie wymagamy od innych. Nie naciskamy dostatecznie silnie na polityków, by zaczęli z nami i między sobą poważnie rozmawiać

@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.000001500.804.jpg@RY2@

@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.000001500.805.jpg@RY2@

Getty Images/Flash Press Media

Rafał Drzewiecki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.