Przyduszeni kumoterstwem
Pingwiny potrafią korzystnie zinterpretować powiedzenie "ręka rękę myje". My jeszcze nie
Przez protekcję się urodził, przez protekcję do szkół chodził, przez protekcję dyplom dostał, przez protekcję wielkim został, przez protekcję szukał żony, przez protekcję zbił miliony, protekcji brał ciągle lekcje, nawet umarł przez protekcję".
Ten wierszyk nieznanego autora z końca XIX w. jest doskonałym wstępem do rozważań o dzisiejszym charakterze kolesiostwa i kumoterstwa - głównych zjawisk zamkniętych w powiedzeniu "ręka rękę myje". O ile jednak większości z nas kojarzy się ono zgodnie z jego pierwotnym założeniem - negatywnie, tak dzisiaj można już kusić się o szukanie w tym stwierdzeniu także cech pozytywnych. Bo nie każda umyta ręka musi oznaczać coś złego. Bywa przeciwnie. Ten podział - na złe i dobre konotacje - staje się coraz wyraźniejszy.
Układ jest wszędzie
Za Wikipedią: "Kumoterstwo to wzajemne popieranie się ludzi związanych przynależnością do jakiejś grupy czy pokrewieństwem, zwykle dla osiągnięcia pozycji społecznej lub korzyści materialnych, nieopierające się na ocenie wartości tych osób, lecz na fakcie znajomości. Kumoterstwo jest pojęciem nieco szerszym niż nepotyzm, gdyż dotyczy nie tylko krewnych, ale znacznie częściej przyjaciół i znajomych. Jest na tyle powszechnym zjawiskiem na całym świecie, że w demokratycznych państwach postuluje się tzw. przezroczystość wszelkich procedur w życiu publicznym".
Polacy, naród z założenia niezadowolony, zbiór wiecznych malkontentów, zawsze widzą szklankę do połowy pustą. Kolesiostwo jest wszędzie, nic nie da się załatwić, jeśli się kogoś nie zna, nie tylko w skomplikowanych sprawach, lecz także i w prostych. Zanim zaczniemy cokolwiek robić, jesteśmy niemal pewni, że się nie uda - bo wszędzie układ. Po co się zatem czymś zajmować, skoro wysiłek i czas na to poświęcony będą stracone?
Ten pesymizm ma odbicie w badaniach. Niemal 70 proc. z nas jest pewnych, że rzeczywistość, w której funkcjonują, idzie w złym kierunku, ponad połowa ocenia warunki swojego życia jako złe lub najwyżej przeciętne. Aż co trzeci Polak do tego spodziewa się, że będzie jeszcze gorzej, a tylko 10 proc. jest zdania, że sytuacja powinna się poprawiać.
Skoro w czarnych barwach widzimy otaczający nas świat, to nasze interpretacje rzeczywistości również muszą być negatywne. - "Ręka rękę myje" to dla nas dzisiaj bardzo precyzyjny przekaz. Zawsze negatywny. Utrwalający stare przyzwyczajenia, konserwujący poprzednie układy - ocenia dr Jacek Wasilewski, kulturoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. - To stwierdzenie siłą rzeczy implikuje nam pewnego rodzaju zabrudzenie, niejako wymusza złą ocenę, przywołuje fatalne skojarzenia. Inaczej niż na przykład "czyste ręce", które w założeniu kojarzą się dobrze, bo z wykonanym już porządkiem, zaprowadzoną, a więc istniejącą schludnością - dodaje Wasilewski.
Kolesiostwo, nepotyzm, protekcjonizm. Już nie udajemy, że nie są to immanentne polskie cechy. Nawet osoby publiczne mówią o tych przywarach bez ogródek. Radna Platformy Obywatelskiej z Siemianowic Śląskich Dorota Połednik w liście do premiera Donalda Tuska, za który została zawieszona w prawach członka PO, zarzuciła lokalnym działaczom partii "rozdawnictwo posad, brak jawności podejmowanych decyzji, brak jakiejkolwiek debaty i dyskusji, a także wizji działania, z wyjątkiem wizji przetrwania". Były wicepremier Roman Giertych w jednym wywiadów rzucił bez ogródek: "Kolesiostwo jest obecne na każdym szczeblu władzy, ale szczególnie na szczeblu samorządowym". Słynący z krytyki działań poprzedniego ministra obrony narodowej Bogdana Klicha gen. Waldemar Skrzypczak również prosto z mostu wypalił: "Najgorszą rzeczą, do której doprowadziło kierownictwo MON (czyli Klich - aut.), był upadek moralny w wojsku i zabicie autorytetu. Wojskowi nie ufają już kierownictwu. Wszystko przez to, że w ministerstwie największe znaczenie miały kolesiostwo i układy interesów".
Niektórym jednak się chce. Chce się z opisanymi patologiami walczyć. Na Facebooku działa profil Poznajmości.info, którego zadaniem jest informowanie o nieprawidłowościach przy zatrudnianiu na stanowiskach publicznych. Ma tylko pół tysiąca fanów (piosenkarka Edyta Górniak ma 30,5 tys., a piłkarz Christiano Ronaldo 60 mln), więc siła jego oddziaływania w praktyce jest niewielka. Szkoda, bo można tu znaleźć realizację negatywnego aspektu powiedzenia "ręka rękę myje" w praktyce.
Najciekawsze nagłówki. "Syn polityka już zarabia, tata też ma u niego etat". "Syn działacza PO wiceprezesem. Po prostu przyniósł CV". "Praca dla córki i bratowej w Szkole Podstawowej w Miączynie, posada dla synowej w Starostwie Powiatowym w Zamościu. Przypadek czy efekt zaradności Bożeny Ilczuk, dyrektorki miączyńskiej podstawówki i radnej powiatu?". "Synekury dla wiernych pretorian Pani Prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz". "Córka wicepremiera Janusza Piechocińskiego pracowała w rządowej agencji". "Apoloniusz Tajner po cichu mianował swojego syna (bez papierów i konkursu) trenerem juniorów". "PiS dogadał się z PO, dzielą między siebie stanowiska". "Jak ustawić konkurs dla kogoś, czyli posadka dla znajomych królika". "Krystian Jarubas, brat marszałka województwa, zostanie powołany na wicedyrektora Powiatowego Urzędu Pracy w Busku-Zdroju. - Skoro mój brat i koledzy z PSL piastują wysokie stanowiska, to ja nigdzie mam nie pracować? - pyta zdziwiony - biedactwo z PSL-u". Takich patologii można znaleźć tu znacznie więcej.
- To jednoznaczne przykłady tandetnego kumoterstwa. W ich kontekście postrzeganie naszego przysłowia zawsze musi być złe - przekonuje Tomasz Łysakowski, psycholog, trener biznesu. - W takich i podobnych im przykładach nie można nawet próbować doszukiwać się pozytywów, nie ma tu najmniejszego pola manewru.
Pingwini wzór
Gdyby jednak zapomnieć o typowo polskim charakterze przysłowia, można by się pokusić o wypracowanie nowej, idącej pod prąd definicji. Bo czy zawsze musi być tak, że jeśli "ręka rękę myje", to właściciele tych rąk zasługują na potępienie? Nie. Bywa że zasługują na uznanie, pytanie tylko, w jakich okolicznościach działają i jak my zinterpretujemy ich zachowanie.
Robert B. Cialdini w książce "Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka" pisze, że jedną z fundamentalnych zasad ludzkiej psychologii jest reguła wzajemności. Oznacza ona ni mniej, ni więcej to, że ludzie działają na siebie w pewnym stopniu jak lustra - to, co dają innym, wraca do nich. Jeżeli komuś pomogliśmy, na przykład w ważnej życiowej sytuacji, dając mu pracę, to ta osoba zawsze będzie miała wobec nas dług wdzięczności. Będzie podprogowo dążyła do tego, aby nam podziękować, będzie naszym permanentnym dłużnikiem, także w sytuacji, w której w praktyce nie będziemy od niej żadnej szczególnej wdzięczności wymagać.
Jak przyznaje Tomasz Łysakowski, właśnie dzięki regule wzajemności już dawne społeczeństwa, oczywiście znacznie mniej skomplikowane niż współczesne, długo przed pojawieniem się pieniądza jako swego rodzaju miary wdzięczności, wypracowały system wsparcia właśnie dzięki wymianie przysług. Co więcej, ta specyficzna kooperacja doskonale funkcjonuje cały czas np. w świecie zwierząt. - Popatrzmy na pingwiny. Opracowały specjalny kod, w ramach którego informują się o swoich potrzebach, np. o tym, że mają na grzbiecie pasożyty. A ponieważ własnymi dziobami nie dosięgają do własnych pleców, proszę o pomoc innych członków stada. Ale wymaga się od nich wzajemności. Kiedy inni są w potrzebie, te bez robaków zajmują się plecami chorych. Kiedy dochodzi do złamania obowiązującej reguły, konsekwencje bywają tragiczne. Osobnik, który nie chce grzebać dziobem w plecach innych, gdy sam znajdzie się w potrzebie, nie może liczyć na wsparcie grupy. Pasożyty mnożą się na nim do tego stopnia, że po pewnym, dość krótkim czasie doprowadzają do jego śmierci. W tej sytuacji zasada "ręka rękę myje" nie niesie zatem żadnego negatywnego ładunku, przeciwnie sprzyja nawiązywaniu i utrzymywaniu więzów z innymi przedstawicielami stada - opowiada Tomasz Łysakowski.
W PRL wspomniana reguła wzajemności była nawet jednym z fundamentów istnienia społeczeństwa. Gdyby rodzina, koledzy, znajomi czy sąsiedzi nie mogli na siebie wzajemnie liczyć, nękani pustkami w sklepach, być może zamachnęliby się na system znacznie szybciej. A tak trwali w tym niewygodnym gorsecie, bo wprawdzie szynki w sklepach nie było, ale jak się pojechało na wieś, to 2 kilogramy od chłopa, który właśnie zaszlachtował świnię, dało się kupić. Przy okazji kupowało się też mleko, jajka, masło. Po cichu, bo państwo zawłaszczyło oficjalnym obrotem żywnością i szczelnie go kontrolowało, a nagie haki w sklepach były elementem szachowania społeczeństwa przez lata. Tu reguła wzajemności była dość prosta. My dajemy pieniądze, chłop towar. I po problemie.
Tak samo mało skomplikowany mechanizm wymiany prostych usług funkcjonował w innych dziedzinach życia. Jeśli trzeba było popilnować dzieci z kilku mieszkań na jednej klatce schodowej, najpierw zajmowała się tym sąsiadka z parteru, potem z drugiego pietra, a potem z dziesiątego. I tak wkoło, aż do momentu, kiedy dzieci urosły. Ktoś komuś oddał meble, ten zrewanżował się kartkami na cukier. Ktoś zabrał czyjeś dziecko na działkę za miasto, w zamian mógł liczyć na np. darmowe korepetycje z matematyki. Ktoś wreszcie załatwił komuś pracę, przez co ten pomógł mu znaleźć dobrego lekarza dla schorowanej matki bez kolejki. I tak dalej. Było to możliwe także dlatego, że wbrew sytuacji politycznej niepewności i minimalnemu zaufaniu do struktur opresyjnego państwa Polacy mieli przed 1989 r. znacznie większe zaufanie do siebie nawzajem. Dzisiaj jest ono na nieporównywalnie niższym poziomie.
- Zasada "ja pomogę tobie, ty pomożesz mnie", która wtedy była jedną z cementujących życie społeczne Polaków, ma się bardzo dobrze do dzisiaj. Zdarza się, że nadaje jej się patologiczne znaczenie, bo bywa, że niesie ze sobą i patologie. Ale w wielu wypadkach jest jednoznacznie dobra, i o tym też trzeba pamiętać - tłumaczy Izabela Kielczyk, psycholog, doradca kadry menedżerskiej. - Reguła ta ma dzisiaj szczególnie znaczenie w biznesie, gdzie na dobrej znajomości opierają się setki kontraktów, a polecenie jest takim sposobem zarządzania jak każdy inny, z tym że znacznie łatwiej coś dzięki temu załatwić, nawet to, co wydaje się nie do załatwienia.
Jasny podział
Zdaniem ekspertki trzeba jednak jednoznacznie rozróżnić dwa rodzaje znajomości czy nawet, choć to słowo kojarzy się źle - kumoterstwa. Dobry jest ten, który obowiązuje w biznesie prywatnym i nie łączy się z łamaniem norm, szczególnie prawnych. Zły - każdy dotyczący sfery publicznej.
Wyobraźmy sobie taką sytuację. Rada nadzorcza prywatnej spółki nienotowanej na giełdzie, zarządzanej jedynie na ryzyko właścicieli, szuka nowego prezesa. Czy musi przechodzić przez skomplikowaną formalną procedurę jak spółka państwowa? Czy może tę drogę skrócić i wskazać kandydata, który jest jej znany, ma odpowiednie kwalifikacje i wszystko wskazuje na to, choć gwarancji nie ma, że poradzi sobie z obowiązkami? Oczywiście, taki scenariusz jest dopuszczalny, bywa nawet wskazany. Czy tutaj obowiązuje zasada "ręka rękę myje"? Jak najbardziej. A czy jest zła? Bynajmniej, jest dobra, ponieważ spółką zaczyna szybko i sprawnie kierować menedżer mający zaufanie rady, co w danej chwili było najważniejsze.
Czy złe jest podpisanie kontraktu wartego np. 10 mln zł z firmą, która dowiodła już przy dwóch innych umowach, że jest warta zaufania bez sprawdzania ofert innych przedsiębiorstw, które być może mogłyby być tańsze? Oczywiście, że nie jest złe, o ile obie strony mają pewność co do swoich intencji, to znaczy jedna będzie na czas płacić, a druga zgodnie z harmonogramem wywiązywać się z zaplanowanych prac. To po prostu zwykła handlowa decyzja ograniczająca ryzyko powstania nieprzewidzianych kosztów w wypadku nawiązania współpracy z firmą atrakcyjniejszą cenowo, ale zupełnie nieznaną, taką, której nie można być pewnym.
Ale sprawa mocno się komplikuje, kiedy w tych samych przypadkach wychodzimy poza sferę prywatną, sięgając po publiczne pieniądze. Tu jest inaczej. Zasady opisane wyżej nie są w tym wypadku wyznacznikami dobrego, sprawnego biznesu, ale już łamaniem prawa zamówień publicznych, które może sugerować bardzo nieczyste intencje to prawo łamiących i narazić na konsekwencje karne. W sferze publicznej, gdzie z uwagi na dysponowanie publicznym groszem każdą złotówkę ogląda się przed wydaniem z kilku stron, jakiekolwiek półlegalne promowanie kogokolwiek, nawet jeśli na danych stanowisku sprawdziłby się on najlepiej spośród kandydatów, jest niedopuszczalne, a jeśli do niego dochodzi, mamy do czynienia z klasycznym rozumieniem kolesiostwa. Ze zjawiskiem jednoznacznie negatywnym. Tak samo jest ze zlecaniem prac zewnętrznym firmom. Każdy tryb pozaprzetargowy z automatu jest podejrzany, bez względu na okoliczności, w jakich jest stosowany.
- Ten podział pokazuje, że w społeczeństwach rozwiniętych, w przeciwieństwie do plemiennych czy kastowych, jasna jest definicja tego, co dobre, i tego, co złe. Obowiązują tu jasne reguły dla wszystkich, patologia jest patologią, a zaburzenie jest zaburzeniem. Czyli powiedzenie "ręka rękę myje" dotyczy zjawisk negatywnych. I taki ma też odbiór społeczny - dodaje Jacek Wasilewski. A w opinii Izabeli Kielczyk duże znaczenie ma tu działanie stereotypu, czyli wieloletnie ugruntowane przekonanie, że mianem tym określamy jedynie relacje negatywne. Tomasz Łysakowski jest tymczasem zdania, że o ile rzeczywiście tak jest, w przyszłości wcale tak być nie musi. - Znajomości w biznesie są zjawiskiem jednoznacznie pozytywnym. Podobnie zasada wzajemności, która jest motorem rozwoju. Bazą ważnych nieformalnych kontaktów jest reagowanie na potrzeby naszych partnerów. Wtedy oni reagują na nasze, bez czego żaden biznes nie jest możliwy - ocenia Łysakowski.
Czytaj Senekę
Tak naprawdę to sami nie wiemy, co o tych trudnych relacjach myśleć. Często interpretujemy je tak, jak nam akurat pasuje. Czy to wzajemne wspieranie, nawet jeśli narusza się prawo, jest złe, czy może dobre? Ten brak zdecydowania widać choćby w ocenie ikony nepotyzmu, czyli dawania pracy członkom rodziny - tak w biznesie prywatnym, jak i w sferze publicznej - urzędach czy spółkach Skarbu Państwa. Z badań CBOS wynika, że 61 proc. z nas uważa, że krewnych nie powinno się zatrudniać, bo nie można obiektywnie ocenić ich kompetencji i kwalifikacji. 30 proc. jest jednak zdania, że można dać im pracę, gdyż rodzina często najwięcej wie o ich przygotowaniu i kompetencjach. Opinie takie wyrażane są obecnie wyraźnie rzadziej niż jeszcze trzy lata temu. Wówczas tego rodzaju argumentację zasadności zatrudniania członków własnej rodziny uznawało 36 proc. badanych.
Pogląd, że można zatrudniać krewnych, ponieważ w tym przypadku wiedza o ich kompetencjach i przygotowaniu jest najpełniejsza, zdecydowanie najczęściej podzielają najmłodsi badani (od 18. do 24. roku życia - 43 proc.), w tym zwłaszcza uczniowie i studenci, którzy jako jedyni częściej reprezentują ten pogląd. W dużym stopniu wynika to także z tego, że obecnie właśnie ludziom młodym najtrudniej znaleźć ciekawe i dobrze płatne zatrudnienie bez wykorzystywania jakichkolwiek koneksji.
Największe poparcie dla rozdawania etatów w rodzinie wyraża zatem ta grupa, dla której stała, stosunkowo bezpieczna posada może być dobrem reglamentowanym, szczególnie cennym, o ile w ogóle dostępnym. Jednocześnie, jak wiadomo z innych badań, nepotyzm należy do najbardziej powszechnych patologii naszego życia publicznego, i nie tylko, i jako taki jest powszechnie piętnowany, częściej jednak jedynie na poziomie deklaracji, a nie praktyki. Ośmiu na dziesięciu Polaków uważa, że wśród urzędników państwowych i polityków częstym zjawiskiem jest upychanie krewnych lub znajomych w urzędach i innych instytucjach, a tylko co 12. z nas wierzy, że to rzadkie zjawisko.
Jeszcze ciekawsze są wyniki badań na temat korupcji. Teoretycznie jedynie jeden na czternastu badanych przynajmniej raz w życiu znalazł się w sytuacji, kiedy próbowano mu wręczyć łapówkę. Niby tylko co jedenasty dorosły Polak był zmuszony dać łapówkę. Zjawisko to zatem jest właściwie wydumane. Ale 9 na 10 z nas uważa, że jest to dzisiaj kluczowy polski problem. Co więcej, tylko 14 proc. badanych dostrzega zmniejszanie się w ciągu ostatnich dwóch lat zakresu tej patologii, dwukrotnie więcej zaś (30 proc.) jej rozszerzanie. Najbardziej skorumpowane dziedziny życia społecznego to - zdaniem ankietowanych - polityka oraz służba zdrowia, a w dalszej kolejności również sądownictwo i prokuratura oraz działalność urzędów samorządowych i centralnych.
- Musisz żyć dla innych, jeśli chcesz żyć z pożytkiem dla siebie - mawiał Seneka Młodszy, rzymski filozof, pisarz i poeta. Są sytuacje, w których wzajemne wsparcie ten pożytek przynosi. Podręcznikowe kolesiostwo, wbrew pozorom, nigdy.
Czy zawsze musi być tak, że jeśli ręka rękę myje, to właściciele tych rąk zasługują na potępienie? Nie. Bywa, że zasługują na uznanie, pytanie tylko, w jakich okolicznościach działają i jak my zinterpretujemy ich zachowanie
Marcin Hadaj
@RY1@i02/2013/173/i02.2013.173.000000800.805.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/173/i02.2013.173.000000800.806.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/173/i02.2013.173.000000800.807.jpg@RY2@
Getty Images/Flash Press Media
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu