Zastaw się, a pokaż się
Przysłowia mądrością narodu? Nawet jeśli nie, to warto się zastanowić, czy w jakikolwiek sposób nas jeszcze określają. Zrobimy to w naszym nowym cyklu. Dziś "Zastaw się, a postaw się", czyli o gościnności. Za tydzień "Ręka rękę myje", czyli o kolesiostwie
@RY1@i02/2013/168/i02.2013.168.000000800.804.jpg@RY2@
W 1947 r. Konstanty Ildefons Gałczyński, wytykając przywary Polaków, napisał w Teatrzyku Zielona Gęś skecz o małżeństwie dyrektora Nikodema i dyrektorowej Geni Zapszczykulskich, krótkowidzów ze sztucznymi szczękami, którzy nie mieli pieniędzy na zorganizowanie wystawnych imienin:
"- Jutro twoje imieniny, Nikodemie. Przyjdzie jak zwykle 80 osób. Za co, ach, za co kupimy wódki i kiszki? - zapytała zatroskana żona.
- Nie martw się, Geniu. Jakoś to będzie. Honor rodziny Zapszczykulskich nie zostanie splamiony, choćbyśmy mieli nawet sprzedać nasze zęby i okulary - odpowiedział mąż".
I jak powiedział, tak zrobili. Gdy 80 Gości Imieninowych w szale zabawy pyta, gdzie solenizant, dyrektor Zapszczykulski wchodzi majestatycznie, wsparty na ramieniu wiernej małżonki. Złączeni dozgonnym uściskiem oboje demonstrują zawieszaną na dwojgu piersiach tekturę z następującym napisem: "Nic nie widzimy i nie możemy przemówić, ponieważ sprzedaliśmy nasze zęby i okulary. Natomiast jesteśmy bardzo szczęśliwi. Pijcie i jedzcie. Honor Zapszczykulskich ocalony". Na zakończenie skeczu osiołek Porfirion, mistrz puenty, komentuje: "Na Zapszczykulskich patrzę okiem pełnym trwogi. Zastaw się, a postaw się - ot, stare nałogi".
Czy obecnie, w wolnym, demokratycznym kraju należącym do zjednoczonej Europy, 70 lat po drwinach wyśmiewających polskie przywary i nadmierną dumę, nałóg ten wciąż nas trawi? Niewątpliwie tak, lecz choć kpiny poety nadal boleśnie kąsają i przysłowie "Zastaw się, a postaw się" odnosi się do podobnego co dawniej zachowania rodem z czasów sarmackich, jego przyczyny i zamierzony skutek opierają się już na innych przesłankach, niemających wiele wspólnego z mitem gościnności.
Dyktat gościnności
Narodził się on 400 lat temu, gdy sarmatyzm, przynajmniej w swojej początkowej formie, najmocniej kształtował umysłowość i obyczajowość szlachty, stając się spójnym zestawem wartości rodzinnych i narodowych. Silne przywiązanie do tradycji, obyczajów, podtrzymywania kontaktów towarzyskich, celebrowania wszelkich świąt i wydarzeń, wszystko to było okazją do hucznego biesiadowania. Największe polskie dzieła literackie pełne są opisów wielodniowych uczt, gdzie stoły uginały się pod misami pełnymi mięsiwa, a alkohol lał się strumieniami. Wymóg zaspokojenia głodu i pragnienia gości był tak wielki, że nie wahano się pożyczać pieniędzy, by móc podkreślić dostatek gospodarza. Chętnie podejmowano nie tylko przyjaciół i krewnych, lecz także nieznajomych, zwłaszcza tych z zagranicy, którzy przynosili wieści ze świata na zapomniane wiejskie szlacheckie posiadłości. Gdy przejedzeni i przepici obcokrajowcy wracali do swoich ojczyzn, opowiadali o wyjątkowej gościnności polskiej szlachty, opinię podtrzymywali kronikarze, opisując hojność i wystawność, choćby była ona na kredyt.
Ową gościnność sami w końcu uznaliśmy za narodową cechę i karmimy się tym pięknym wyobrażeniem od dziesięcioleci. Z sondażu Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych przeprowadzonego w 2011 r. wynika, że aż 87 proc. z nas twierdzi, że cechą, która najlepiej charakteryzuje Polaków, jest właśnie gościnność. Dość paranoidalny wynik, skoro większość nas w tym samym badaniu nie chce widzieć obcokrajowców w naszym kraju, a prawie połowa uważa, że odbierają nam pracę.
- Bo polska gościnność to sfera mitu, a nie rzeczywistości. Nasze społeczeństwo się zindywidualizowało i sprywatyzowało. Wystarczy spojrzeć na zamknięte osiedla, wysokie mury willi i wszechobecną nieufność - podkreśla kulturoznawca dr Mirosław Pęczak z Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Tłumaczy, że z punktu widzenia nauk społecznych gościnność jest cechą będącą konsekwencją charakteru więzi społecznych. Występuje tym częściej, im są one silniejsze. Jednak więzy te są znacznie mocniejsze na południu Europy niż na północy.
- Lubimy się porównywać do południowców, wskazując na podobny temperament czy wspólnotę katolicyzmu. Lecz Polska coraz bardziej staje się północna. To z tą częścią kontynentu mamy więcej związków kooperacyjnych, częściej z Niemcami niż np. z Włochami. A gościnność? Na kolacji wigilijnej wprawdzie stawiamy dodatkową zastawę dla zagubionego wędrowca, lecz gdy zrobiono badania wcieleniowe, okazało się, że nikt nie przyjął obcego pod swój dach - nie pozostawia złudzeń dr Mirosław Pęczak.
- Cała Europa po II wojnie światowej uległa wpływowi śródziemnomorskiej kultury kulinarnej - dodaje prof. Jarosław Dumanowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk polskich kulinariów. - Radość z jedzenia, celebracja posiłku, finezja potraw - to wszystko znacznie bardziej przenika dziś Europejczyków niż biznes i pieniądze. W Polsce wprawdzie wciąż odczuwamy dyktat gościnności, która nakazuje nam obrażanie się, gdy ktoś odmówi poczęstunku albo chce wyjść wcześniej z przyjęcia, jednak nasza gościnność przechodzi z nawyku do odświętności - zaznacza.
Świętowanie codzienności
Wspaniałe kulinarne przedwojenne tradycje najpierw komuna polała chlorem - jak to trafnie określiła Maryla Musidłowska, dziennikarka zajmująca się tematyką kulinarną, współprowadząca portal Magdy Gessler SmakiŻycia.pl. Potem na miejsce PRL-u weszły korporacje i przemysł żywieniowy, którego celem jest masowa produkcja po jak najniższych kosztach. Lokalne targi rolne zabiła ofensywa supermarketów, gdzie liczy się niska cena, a słabą jakość zakrywają atrakcyjne kolorowe metki, na których tylko uważny, dociekliwy konsument wyczyta, że dżem morelowy nie jest morelowy, tylko "o takim smaku", a szynka wędzona wędzarni nie widziała, tylko naszpikowano ją sztucznym zapachem.
- Jedzenie to dziś najważniejsze pole bitwy. Z powodu złego odżywiania choruje więcej osób niż przez epidemie. Koncerny wmawiają nam, że oferują zdrowe towary, a tak naprawdę zależy im na sprzedaniu jak najtaniej wyprodukowanych ersatzów jedzenia. W Polsce mają znacznie łatwiej, bo brakuje nam zmysłowości w jedzeniu. Tej erotyzującej otoczki, flirtu przy spożywaniu potraw. Dlatego nie mówmy o polskiej gościnności, bo gościnni są ludzie, którzy kochają jedzenie. Ludzie zmysłowi, którzy uwielbiają oddawać się przyjemnościom. A nam się wydaje, że nie mamy na to czasu ani pieniędzy - mówi Maryla Musidłowska. I dodaje, że dużo bardziej gościnne są narody południowe i wschodnie, Hiszpanie, Włosi czy Gruzini, dla których od wieków celebracja jedzenia, świętowanie jest częścią codzienności. Nie ma tam lęku przed obcymi, a każdy gość, czy to krajan, czy obcokrajowiec, jest tak samo przyjaźnie witany.
- Reakcje rodaków na przyjezdnych są zaś podszyte lękiem, boimy się obcych, to nasza narodowa dziedziczna trauma. Lubimy się raczej spotykać w zaprzyjaźnionym i oswojonym gronie - zauważa Basia Starecka, redaktor, wicenaczelna magazynu kulinarnego "Kukbuk".
Gdy do tego lęku dodamy ostentacyjny konsumpcjonizm, pogoń za niedościgłym zachodnim światem dobrobytu i wręcz kulturowy przymus osiągnięcia materialnego sukcesu, otrzymamy destrukcyjną mieszankę.
- Gromadzenie dóbr bywa (nie tylko w Polsce) miarą własnej wartości, przekonania, że jest się lepszym od innych. A także sposobem poszukiwania szczęścia. Jednak poczucie dobrostanu oparte tylko na dobrach doczesnych to droga donikąd, podążając nią, wpadamy w pułapkę hedonistycznego młynu - zauważa dr Dorota Krzemionka-Brózda z Instytutu Psychologii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktor naukowy czasopisma "Charaktery".
Poczucie szczęścia, przyjemności i spełnienia po zaspokojeniu potrzeb materialnych jest bowiem krótkotrwałe. Wierzymy, że nowy dom, lepszy samochód uczyni nas szczęśliwszymi. Przez moment rzeczywiście jest miło. Ale szybko przyzwyczajamy się do lepszej sytuacji. Ze złudzenia, że szczęście można powiększać, biorą się postęp i rozwój ekonomiczny. Ale w tej pogoni za kolejnymi dobrami wpadamy w pułapkę: nowy samochód szczęścia nam nie da, ale jego utrata - w wyniku kraksy czy kradzieży - na pewno nas unieszczęśliwi. W bilansie psychicznym liczą się głównie straty. Zyski wyznaczają jedynie możliwą wielkość i rodzaj strat. A żeby czuć się równie dobrze, musimy biec coraz szybciej.
Ta spirala nie ma końca: zaczyna się od płonnej nadziei na raj, a kończy nieustającą ucieczką przed piekłem. Trudno jednak jest się zatrzymać w świecie, gdzie na każdym kroku podsyca się w nas potrzebę posiadania i konsumowania jako potwierdzenia własnej wartości. Więcej, potwierdzenia własnego istnienia: "Jestem tym, co mam", "Konsumuję, więc żyję" - pod takimi hasłami mógłby się podpisać niejeden z nas.
Wypromować siebie
Konsumpcja staje się strategią promocji własnej osoby, w myśl zasady: tyle jestem wart(a), na ile mnie stać. Zastaw się oznacza: pokaż temu drugiemu - sąsiadowi, koledze - że jesteś lepszy od niego, stać cię na więcej. Porównania z innymi są bowiem łatwo dostępnym sposobem utwierdzania się we własnej wartości. Choć zawodnym: zawsze możemy znaleźć kogoś, kto ma więcej, i będziemy mu zazdrościć.
- Kreowanie wizerunku i dbałość o niego to symbol naszych narcystycznych czasów. Współczesna kultura skłania do skupiania się na własnym ego - dodaje psycholog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Za narcystyczną pogonią za blichtrem kryje się nie tyle zachwyt nad sobą, ile niepewna samoocena i wieczna obawa, że nie jesteśmy warci tyle, ile byśmy chcieli. Trwamy więc w wiecznej niepewności i wygórowanych oczekiwaniach - ocenia dr Dorota Krzemionka-Brózda.
Stąd masowy, nieustanny popyt na kredyty konsumpcyjne, które pozwalają ten stan niepewności łagodzić. Pożyczamy na wysoki procent, by nabyć rzeczy czy usługi, na które nas realnie nie stać, ale które poprawiają nasz wizerunek. Perfekcyjnie wykorzystują to bankowcy i handlowcy. Gdy zbliżają się komunie, sezon na wesela, studniówki czy święta Bożego Narodzenia, rozpoczyna się bombardowanie ofertami okazjonalnych pożyczek.
- Obowiązek nadmiaru i jego eksponowanie to spadek rustykalny, norma wywodząca się głównie ze wsi, z kultury chłopskiej. A już celebracja takich okazji jak komunie to ewenement w skali światowej. Aberracja cywilizacyjna jak sarmatyzm - zauważa dr Mirosław Pęczak. Dodaje jednak, że jako społeczeństwo powoli mieszczaniejemy, zasada "zastaw się, a postaw się" pojawia się incydentalnie, nie jako sposób życia, tylko przy wielkich okazjach. W codziennym trudzie oszczędność zaczyna być pożądana, czy też raczej konieczna.
"Zastawiamy się" już bowiem nie po to, by pokazać swoją gościnność, która przestała być naturalną potrzebą, tylko by poprawić swoją samoocenę, zaspokoić głód sukcesu, osłabić strach, że jesteśmy gorsi, bo mamy mniej. Nie "postaw się", a "pokaż się" stało się wyznacznikiem dobrego samopoczucia.
- Wesele ma być dziś niezapomnianym wydarzeniem dla gości. Na tym zależy parze młodej. Powinno być zapamiętane, dlatego musi się czymś wyróżniać - przyznaje Alicja Mierzejewska, konsultantka ślubna z firmy Perfect Moments. Według specjalistki od organizacji weselnych przyjęć, choć menu pozostaje raczej tradycyjne, choć często tradycyjny rosół z makaronem jest już zastępowany kremem z borowików, reszta oprawy musi być wyjątkowa. W kościołach pojawiają się występy sopranistów, skrzypków czy chóru, na sali bankietowej lśnią lampiony, wokół strzelają fajerwerki, a całość jest udekorowana pod ulubiony kolor pary młodej czy z wykorzystaniem motywu związanego z ich hobby lub pracą.
Głód autoprezentacji, zwłaszcza rodziców, jest tak silny, że nieśmiałe sugestie młodych, że woleliby przeznaczyć te pieniądze np. na rozpoczęcie biznesu albo spłatę kredytu, nikną wobec surowych spojrzeń seniorów rodu.
Tęsknota za tradycją
Doktor Dorota Krzemionka-Brózda tłumaczy, że na konsumpcję ponad stan i pokazywanie, że posiadam więcej niż inni - brat, sąsiad czy kolega z pracy - bardziej podatne są osoby posiadające ja niezależne. W słynnej pracy "Kultura i ja" ("Psychological Review", 1991 r.) amerykańscy psycholodzy, prof. Hazel Rose Markus z Uniwersytetu Stanforda i Shinobu Kitayama z Uniwersytetu w Michigan, opisali dwie formy istnienia w świecie. Ja niezależne, będące cechą kultury angloamerykańskiej, jest nastawione na ekspresję siebie i swoich potrzeb, indywidualny sukces jako miarę samooceny, bycie lepszym niż inni i autoprezentację, co przeradza się czasem w narcyzm. Z kolei Azjaci mają ja współzależne, nastawieni są na dostrzeganie w sobie mankamentów po to, by się doskonalić. Miarą ich samooceny są dobre relacje z innymi i harmonia współistnienia z nimi. Demonstracyjna konsumpcja ponad stan w myśl zasady "zastaw się, a postaw się" byłaby nietaktem i naruszeniem tej harmonii.
A polskie ja gdzie się mieści? Nie jesteśmy takimi indywidualistami, jak Anglosasi. W naszym systemie wartości i przywiązaniu do rodziny ujawnia się rys kolektywistyczny. Choć można sądzić, że po transformacji systemowej z 1989 r. i po wejściu w gospodarkę rynkową przesunęliśmy się w kierunku indywidualizmu i ja niezależnego. I coraz częściej bierzemy udział w wyścigu: kto ile ma, ile zrobił, na co go stać itd. W tym wyścigu, psychologicznie, nie ma jednak zwycięzców. - Brniemy w kierunku komercjalizacji i indywidualizacji, odchodzimy od gościnności, ale jednocześnie pozostaje w nas tęsknota do tradycji - przyznaje prof. Jarosław Dumanowski.
Może dlatego taką popularnością cieszą się spotkania przy grillu, nad wodą, na balkonach czy podwórkach kamienic. Kulinarnie są one często bardzo proste, lecz należy traktować je jako kruchy pomost między zmysłowością jedzenia a zaspokajaniem głodu. Zalążek poszukiwań naturalnych smaków, nawet jeśli większość grilluje gotowe, niejadalne zestawy z hipermarketów. Dziś zjedzą wysuszoną, spaloną karkówkę, jutro być może spróbują czegoś bardziej finezyjnego.
- Zaczynamy szukać jakości w smaku, wracamy do rzeczy prostych, tradycyjnych. Widać potężny trend zrozumienia posiłków, dbałości o siebie, o zdrowie. Nastał już przesyt egzotyką, najedliśmy się już sushi. Wkracza slow food, rodem wprawdzie z Włoch, lecz opierający się na naszej kuchni lokalnej - cieszy się historyk kulinariów z toruńskiej uczelni.
Wtóruje mu Maryla Musidłowska, wskazując, że choć za komuny polskie tradycje kuchenne mocno podupadły, młodzi ludzie najpierw sięgnęli w zastępstwie po zagraniczne wzorce, a teraz - widząc bogactwo obcych smaków - próbują odnaleźć je w naszych narodowych potrawach.
- Musimy dbać o lokalnych producentów, którzy biorą odpowiedzialność za swoje produkty. Na Zachodzie małe rynki doskonale radzą sobie z konkurencją masowej, taniej produkcji. W Polsce tylko od nas zależy, czy oni upadną, bo państwo ich nie wspiera - nie kryje żalu specjalistka od kulinariów.
Podobnego zdania o polskiej kuchni jest Barbara Starecka z magazynu "Kukbuk". - Po czasach niedostatku, gdy na stołach przy okazji spotkań towarzyskich królowała słynna sałatka jarzynowa zwana kaczym żerem, paluszki i leczo, czyli jadło dostępne ówczesnym kieszeniom i gustom, nastał czas dobrobytu - na półkach i w naszych portfelach. Kiedy zaspokoiliśmy pierwszy głód, zaczęliśmy szukać bardziej wyrafinowanej rozrywki kulinarnej. Chcemy zachwycać naszych gości. Leczymy w ten sposób również kompleksy, bo wciąż nie wierzymy, że jesteśmy już rozwiniętym społeczeństwem - przekonuje autorka bloga NakarmionaStarecka.pl.
Lecz widzi w tym i dobre strony, bo choć w serwisach opiniujących polskie restauracje, jak np. Gastronauci.pl, wciąż kryterium zachwytu pozostaje to, że jest dużo i tanio jak w supermarkecie, zaczyna się pojawiać otwartość na wyrafinowane doznania smakowe, gdzie liczy się jakość, a nie ilość.
- Jesteśmy w sytuacji, że wszystko możemy kupić. Frajdę zaczyna więc sprawiać nie tylko samodzielne przyrządzanie posiłków, lecz także domowa produkcja - chleba, sera, piwa, masła. Ludzie zaczynają się wymieniać w internecie przepisami, produktami. Powstają serwisy, jak ZakwasowaMapaPolski.blog.pl, gdzie dzielą się zakwasem potrzebnym do pieczenia chleba. To mistyka, bo mówi się, że zakwasu nie można sprzedać czy tak po prostu oddać, tylko trzeba się nim podzielić. A więc poznać ludzi, którym się go podaruje. To tworzy silne społeczności o wspólnych kulinarnych zainteresowaniach - opisuje Basia Starecka.
I podsumowuje, że 20 lat dobrej historii polskiej kuchni pracuje pozytywnie na przyszłe pokolenia. - Nabieramy lepszych nastrojów, mamy lepsze relacje z drugim człowiekiem, a w świecie tak szybko się zmieniającym, pełnym niebezpieczeństw, wielką wartością staje się zaufanie. Jedzenie staje się formą komunikacji, apolityczną i nieznającą granic - podkreśla dziennikarka.
Może to sposób, by odnaleźć zagubioną polską gościnność. Znów zacząć witać przybyłych chlebem i solą. Własnoręcznie upieczonym. Wtedy warto nawet zastawić się, by poznać się.
Zastaw się oznacza: pokaż temu drugiemu - sąsiadowi, koledze - że jesteś lepszy od niego, stać cię na więcej. Porównania z innymi są bowiem łatwo dostępnym sposobem utwierdzania się we własnej wartości
@RY1@i02/2013/168/i02.2013.168.000000800.805.jpg@RY2@
Getty Images/Flash Press Media
Rafał Drzewiecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu