Uszy po sobie
Mocny jesteś tylko w gębie - to powiedzenie jak ulał pasuje dzisiaj do większości z nas. Choć jest nam niewygodnie, boimy się zrobić cokolwiek, by to zmienić. Dopóki będzie nam brakować odwagi cywilnej, w naszym kraju nic nie pójdzie po naszej myśli
Nie ma takich błędów, których nie popełniliby Polacy - mawiał Winston Churchill. Dzisiaj jego stwierdzenie można twórczo rozwinąć. Błędów popełniamy mniej, nie ma bowiem takich działań, które chciałoby się nam podejmować. Nie zmienia tego nawet spektakularny sukces grupy oburzonych warszawiaków, którzy doprowadzili właśnie, dzięki 166 tysiącom ważnych podpisów, do referendum w sprawie odwołania prezydent miasta Hanny Gronkiewicz-Waltz. Innych przykładów aktywności i obywatelskiej odwagi trzeba by ze świecą szukać.
Jesteśmy coraz mniej społeczeństwem, o ile w ogóle kiedykolwiek nim byliśmy, a coraz bardziej biernymi jednostkami, których aktywność sprowadza się jedynie do dbania, i to też bez większego zaangażowania, o podstawy naszej egzystencji. Czyli dach nad głową, pełny talerz, coś, co można zarzucić na plecy, i grający na okrągło telewizor. Reszta mało nas interesuje. A walka o swoje już zupełnie nie. - Polacy to potomkowie szlachciców, choć często jedynie mentalni, to czasem bardziej szlacheccy od oryginałów - ocenia dr Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Wolimy promocję własnych osiągnięć, zamknięcie w niszowych strukturach, indywidualizm. Z drugiej strony na naszą bierność wpływa kryzys gospodarczy, który nigdy i nigdzie nie sprzyja budowaniu pozytywnych zbiorowych postaw. Ludzie w swojej masie ubożeją, walczą o podstawy przetrwania. I to się dla nich liczy. Tylko to - dodaje ekspert.
Nie grozi nam intelektualny ferment, będący zawsze fundamentem społecznych zmian, nie chce nam się brać udziału w działaniach wspólnotowych, niczego nowego nie kreujemy. W wielu wypadkach ta indolencja wynika z atakujących nas zewsząd obaw i strachu. Współczesny Polak jest kłębkiem nerwów, który kompletnie utracił zdolność ochrony swoich praw i przywilejów. Nie umie zaangażować się w spór, brakuje mu argumentów, a często w ogóle nie chce ich szukać, bo nie wierzy w ich skuteczność. Nie pokłóci się z sąsiadem, który organizuje co weekend huczne, głośne balangi, choć jego dzieci nie mogą przez to spać, nie zwróci uwagi menelowi, który oddaje mocz na przystanku, nie będzie walczył ze złym traktowaniem dziecka w szkole przez innych uczniów i nauczycieli, nie upomni się na bazarze, że sprzedawca pietruszki wydał mu o złotówkę mniej, niż powinien, nie postawi się pracodawcy, który stale dokłada mu obowiązków, obniża pensję i grozi zwolnieniem. Nie obali rządu obiboków, który jedynie obiecuje, ale zamiast rzetelnej pracy sprzedaje ludziom bajki i brednie. Nie wyjdzie na barykady, by siłą zaprotestować przeciw ustawom, które stawiają Kowalskiego na z gruntu przegranych pozycjach. Po prostu łyknie to wszystko jak małpa kit. Ludźmi takimi jak my dzisiaj bardzo łatwo sterować. Wystarczy nam wmówić, że może być znacznie gorzej, że jak przyjdzie inna partia i inny rząd, to zamiast wolności, jaką mamy dzisiaj, wszystkich zamknie się do więzienia. Obawy rosną, pytania znikają.
Zbieranina mięczaków
Niemodny dzisiaj, bo niesłusznie zdaniem części opiniotwórczych elit kojarzący się z polskim kołtunem Roman Dmowski już w "Myślach nowoczesnego Polaka" wydanych w 1903 r. piętnował tradycyjne polskie wady: bierność, lenistwo, niezdolność do zbiorowej pracy i niezdyscyplinowanie. Pisał tak: "Cudzoziemiec, zajmujący się z daleka losami Polski, a nie znający nas bliżej, musi nas sobie wyobrażać jako naród twardy, żyjący ciągłą troską o byt, naród, dla którego walka stała się żywiołem. Tymczasem my jesteśmy w istocie jednym z najmiększych, najłagodniejszych narodów w Europie, najbardziej skłonnym do życia bez troski, nie tylko marzącym o spoczynku na łonie wolnej ojczyzny, ale spoczywającym bez ceremonii na łonie zakutej w kajdany, narodem mającym głęboki wstręt do walki, chętnie załatwiającym się z wrogami czapką, papką i solą. Pochodzi to stąd, że podstawą naszego charakteru jest bierność. Pozyskiwała nam ona już nieraz miano narodu kobiecego, a występowała dotychczas jako ogólna i stała wada nasza oraz zdawała się nieodłączna od naszego typu rasowego. Bierność naszego charakteru i kultura tej bierności w wychowaniu nadaje specyficzny układ naszym stosunkom rodzinnym i społecznym. W żadnym kraju tak jak u nas żony nie rządzą mężami, dzieci rodzicami, a młodzież społeczeństwem".
Czyż ten obraz, być może chwilami przerysowany, ale tylko minimalnie, nie jest aktualny do dzisiaj? Przecież wciąż, jak zawsze w ciągu ostatnich 200 lat, siedzimy niczym mysz pod miotłą i nie jesteśmy w stanie zmusić się do postaw obywatelskich budujących świadome, odpowiedzialne, egzekwujące wewnętrzne obowiązki społeczeństwo. Wielu z nas bezgranicznie wierzy w klasyczne konserwatywne stwierdzenie Margaret Thatcher: Who is society? There is no such thing! There are individual men and women and there are families (nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo, są mężczyźni, kobiety i rodziny). Po co więc próbować budować coś, co i tak nie ma szansy istnieć?
Brak postaw obywatelskich w naszym przypadku nie objawia się jednak tylko zewnętrzną biernością i stawianiem akcentów nad życiem indywidualnym bądź rodzinnym. Przekłada się również na przekonanie, że nie warto się wychylać, ponieważ wtedy łatwo o kontuzję, łatwo dostać po głowie, która długo się goi. A ponieważ nieustannie podważamy sens pracy zbiorowej i zbiorowego wsparcia jednostki, nie wierzymy w to, że jeśli zdarzyłoby się nam coś złego, przedstawiciele owej zbiorowości nam pomogą. Przeciwnie, nie mamy złudzeń, że na ich oczy akurat wtedy spadnie dziwna zaćma. W praktyce ta teoria wygląda tak, że kiedy widzimy w autobusie odurzonych troglodytów zaczepiających dziewczynę, wolimy zaczytywać się szalenie ciekawą książką. Albo właśnie musimy wysiąść, bo to nasz przystanek. Bardziej niż starcia z podpitymi buszmenami boimy się jednak wspomnianej społecznej zaćmy, tego, że nawet jeśli bandytom się postawimy, inni pasażerowie będą udawać, że nic się nie dzieje, ot, sprzeczka kilku młodzieńców z charakterem. I niestety mamy rację, bo Polacy jako grupa nie istnieją, nie liczą się zupełnie. Tymczasem efekty takiej sprzeczki mogą okazać się tragiczne, bo uliczni kozacy nie mają ani zdrowego rozsądku, ani hamulców. Jak niewydolni musimy być, że jako społeczeństwo nie jesteśmy w stanie przeciwstawić się 2-3 wyrostkom, oni za to mocni wspólną siłą potrafią sterroryzować kilkanaście, kilkadziesiąt osób.
- Grupowo jesteśmy sparaliżowani od 20 lat. Nasza społeczna aktywność skończyła się w 1989 r. - ocenia dr Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Kluczową przyczyną jest brak umiejętności ludzi do zmieniania rzeczywistości, która ich otacza. Tego brakuje nam szczególnie, a bez tego nasza aktywność musi polegać jedynie na narzekaniu. Wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego nie jesteśmy w stanie uwierzyć w siłę sprawczą naszych działań i ich podejmować.
A niech nas męczą
Przykład kolejny, dzisiaj, w czasach korzystnych dla pracodawców, mniej dla pracowników, niestety dotyczący większości z nas. Z badań przeprowadzonych przez Mazowieckie Centrum Profilaktyki Uzależnień i Wydział Nauk Humanistycznych SGGW wynika, że obecnie dziesiątki tysięcy osób w Polsce są w stanie znosić rozmaite służbowe upokorzenia, by tylko utrzymać pracę. Prawie połowa ankietowanych (46 proc.) przyznaje, że często lub bardzo często spotyka się ze złym traktowaniem i wulgarnymi odzywkami ze strony szefa. Niewiele mniej badanych (41 proc.) jest gotowych to tolerować, byle ich tylko nie zwolniono. Co gorsze, część kobiet zgadza się np. na molestowanie seksualne, jedną z najpodlejszych form przemocy w pracy. Z innego badania - "Polski Barometr Pracowniczy" przeprowadzonego przez TNS Polska i Research.NK - wynika z kolei, że zwolnieniem najbardziej zagrożone są osoby zatrudnione w telekomunikacji, mediach, finansach i usługach informatycznych. Ogółem ponad 40 proc. Polaków boi się, że w ciągu najbliższego roku straci pracę, w tym 12 proc. jest o tym niemal przekonane. Trudno zatem się dziwić, że przywaleni nowymi obowiązkami, pod stałą presją utraty zatrudnienia, nie jesteśmy w stanie uderzyć pięścią w stół. Zdolne do tego są jedynie związki zawodowe, które organizują strajki, ale i w tej dziedzinie jest coraz gorzej. Z danych GUS wynika, że mimo coraz bardziej odczuwalnego kryzysu i spowolnienia gospodarczego w Polsce w zeszłym roku odbyło się tylko 17 strajków, o 36 mniej niż rok wcześniej. Polacy coraz rzadziej pracują na tradycyjnej umowie o pracę. Zmniejsza się odsetek tych, którzy należą do związków, spada również poparcie społeczne dla związkowców i organizowanych przez nich akcji. Częściej niż wcześniej jesteśmy przekonani, że liderzy tych struktur bardziej niż o interesy zwykłych zatrudnionych dbają o własne apanaże. Bardziej niż na reprezentowaniu pracowników zależy im na budowaniu własnego wizerunku, które może zaowocować transferem do świata politycznego. Takich przypadków było już wiele, wystarczy wspomnieć ambicje prezydenckie Mariana Krzaklewskiego czy trasfer do PiS Janusza Śniadka. Zresztą obecny szef NSZZ "Solidarność" też raczej sprzyja partii Jarosława Kaczyńskiego. A OPZZ od lat jest powiązane z SLD. Nieufność personalna powoduje, że nie kupujemy tradycyjnych związkowych postulatów i nie wierzymy w skuteczność ich działania.
Bądź posłuszny
Dodatkowo bierność mamy zakodowaną dość głęboko i trudno ją będzie wyplenić. - Większość ludzi żyje pod dyktando tego, o czym myślą i czego oczekują od nich inni. Wychowani w klimacie posłuszeństwa autorytetom straciliśmy szacunek dla siebie. Zrzucamy odpowiedzialność za własne życie na innych, w sobie nie widząc problemu - diagnozuje Michał Pasterski, doradca i trener personalny, właściciel LifeArchitect.pl.
Pierwszą przyczyną takiego stanu rzeczy jest nasze wychowanie. Wielu z nas tak właśnie zostało przyuczonych - bądź grzeczny, nie wychylaj się, słuchaj dorosłych, bądź posłuszny. Wpasuj się w otoczenie, nie wyróżniaj się, nie odstawaj. Posłuszeństwo zostało nam wpojone tak mocno, że walka o swoje racje bywa nie lada wyzwaniem. Drugą przyczyną, zdaniem specjalistów, jest brak umiejętności samostanowienia, projektowania własnego życia. Łatwiej jest myśleć, że jest ono wynikiem losowych wydarzeń, niż wierzyć w to, że można je krok po kroku realizować według własnych potrzeb.
- W momencie gdy tracimy poczucie odpowiedzialności, tracimy również kontrolę i możliwość kształtowania rzeczywistości. Skoro nasze życie nie zależy od nas, to jak my sami możemy je zmieniać? Lekarstwo jest jedno, i to dość banalne. Uznanie, że to my sami jesteśmy kowalami własnego losu. Jeśli nie podejmiemy aktywności, żadne zmiany nas nie czekają - dodaje Michał Pasterki.
Zdaniem dr. Jacka Kucharczyka, szefa Instytutu Spraw Publicznych, o to podejmowanie aktywności będzie jednak raczej trudno, bo w wielu wypadkach osobiście nie odczuwamy radykalnego spadku jakości życia. Jest gorzej, ale jeszcze nie rewolucyjnie. Widzimy wprawdzie degrengoladę publiczną i to, że jakość polityki spada z roku na rok na łeb, na szyję, ale ani nas to szczególnie nie oburza, ani nawet za bardzo nie interesuje. Przyjęliśmy do wiadomości, że polityka to bagno, które brzydko zalatuje, i nie planujemy w niej ani biernie, ani czynnie uczestniczyć. - Wyraz publiczny swojemu niezadowoleniu jesteśmy w stanie dać jedynie wtedy, gdy bieda zagląda nam głęboko w oczy. Gdy problemy dotykają nas bezpośrednio i bardzo dotkliwie - tłumaczy dr Kucharczyk.
W tym kontekście naturalne są niskie frekwencje w wyborach. Jak wyliczyło Biuro Analiz Sejmowych, Polacy w porównaniu z mieszkańcami innych państw postkomunistycznych głosują wyraźnie rzadziej i jest to zjawisko trwałe. Po przemianach ustrojowych w 1989 r. jako regułę przyjęliśmy ogólny brak zainteresowania sferą polityczną. O ile w wyborach parlamentarnych 4 czerwca 1989 r. wzięło udział rekordowe 62 proc. z nas, potem było już tylko gorzej. Frekwencja nigdy nie zbliżyła się do tego poziomu, wahając się od 40,5 proc. (2005 r.) do 53,8 proc. (2007 r.). Jeszcze wyraźniej lekceważymy wybory europejskie. Pod tym względem głosujemy najrzadziej spośród państw UE. W państwach Europy Środkowo-Wschodniej średnia frekwencja wynosi ok. 70 proc., w Polsce około 50 proc. Potem jednak, choć na wybory nie chodzimy, chcemy rozliczać polityków z ich działań i niemal zawsze jesteśmy z nich niezadowoleni. Choć to prawda, że zwykle powodów do zadowolenia nie ma.
Czy po obecnej sytuacji, ogólnego społecznego marazmu i promocji postaw indywidualnych, możemy w ogóle spodziewać się jakichkolwiek zmian? Czy jest szansa, że odwaga cywilna, której brakuje nam niemal we wszystkich aspektach życia, zostanie przywrócona? Eksperci są w tej kwestii sceptyczni.
- Łatwiej zawiedzione nadzieje wyrazić na forach internetowych czy portalach społecznościowych, niż podejmować bardziej konkretne działania twarzą w twarz z zagrożeniem - ocenia Izabela Albrycht, prezes Instytutu Kościuszki. - To swoisty wentyl bezpieczeństwa dla negatywnych nastrojów społecznych. W wielu wypadkach definitywnie wystarczy, by rozładować emocje.
Jak zamordować pomysł
Niski poziom polskiej odwagi wynika w dużym stopniu z negatywnych doświadczeń historycznych. Szczególnie tych, których ofiarą padła Polska i Polacy po 1945 r. Spuścizną PRL, wciąż psującą nam społeczną krew, są wzajemna nieufność obywateli w stosunku do siebie i do państwa, widzianego jako struktura typowo opresyjna, postrzeganie państwa jako siły wrogiej, likwidacja tradycyjnych wzorców postaw i zachowań społecznych, skrajny egoizm, a drugiej strony roszczeniowość. Po wojnie wskutek nowych porządków społeczno-politycznych zdecydowana część Polaków przekształciła się w bezwolną, bezrefleksyjną antyspołeczną magmę, której fundamentalnym celem było przetrwanie. W takich warunkach trudno było oczekiwać odwagi do walki o cokolwiek, co nie było kromką chleba. Tym bardziej że najpierw walka ta mogła zakończyć się kulą w łeb albo łagrem, a potem wyrzuceniem z pracy, szykanami w stosunku do rodziny czy regularnym utrudnianiem życia.
Komunizm spowodował, że większość Polaków nie traktowała PRL jak swojego państwa, lecz jako obcą strukturę zniewolenia, którą należało oszwabić i wydoić, jak tylko się dało, oczywiście nie dając się przy okazji złapać. Sukces przynosiło cwaniactwo i zagarnianie pod siebie, wyśmiewane były działania prospołeczne. Ważne nie było to, by być, ale by mieć. "Cisze budziesz, dalsze jedziesz" - powtarzano za naszymi "przyjaciółmi" ze Wschodu. Właśnie ta postawa ogólnego olewactwa legła u podstaw większości światopoglądów Polaków żyjących dzisiaj. Jest bardzo wygodna, ponieważ pozwala wmówić sobie, że bliższa koszula ciału, że nie warto się stawiać w obronie jakichkolwiek idei, bo liczy się tylko nasz jednostkowy interes. Kraj, społeczeństwo, lokalna wspólnota - co to w ogóle za pojęcia? Kogo one dzisiaj jeszcze interesują?
Profesor Tomasz Domański z Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego w badaniu "W poszukiwaniu portretu Polaków" pisze tak: "Jesteśmy społeczeństwem zdezintegrowanym. Nasza ekspresja indywidualna się rozwija, choć ekspresja zbiorowa na tym cierpi. Nadmiernie eksponujemy interesy własne, zapominając o zbiorowym instynkcie samozachowawczym. Musimy przywrócić sens globalnemu myśleniu o rzeczach ważnych i wspólnych. Pewne rzeczy można i należy wykonywać osobno. Pewnych rzeczy nie można i nie wolno robić oddzielnie. Musimy nauczyć się szerszego spojrzenia na wiele spraw, szerszej i pełniejszej perspektywy widzenia. Nowego widzenia przyszłości. Złożoność zjawisk, procesów oraz projektów, z którymi będziemy mieli w przyszłości do czynienia, wymagać będzie od nas umiejętności integrowania działań wielu różnych partnerów i podmiotów. Wierzmy, że to, co chcemy zrobić, wtedy na pewno się nie uda. Lubimy długo debatować nad obiektywnymi i subiektywnymi trudnościami realizacji najprostszego projektu. Negatywne myślenie predestynuje nas do roli idealnego szefa »biura mordowania pomysłów«. Lubimy wymyślać nowe idee, by następnie równie szybko i skutecznie je unicestwiać. Lubimy »mordować« nowe pomysły. Świat postrzegamy w kategoriach walki i konkurencji, a nie twórczej współpracy. Naszych znajomych i współpracowników traktujemy często jako konkurentów i wrogów, a nie jako partnerów i sojuszników, od których zależy nasz wspólny sukces. Nie rozumiemy, że społeczeństwo oparte na wiedzy wymaga otwartości i swobodnego przepływu informacji, a nie hermetyczności i braku dostępu do informacji".
Trudno odmówić profesorowi racji. I trudno w tym kontekście mieć nadzieję, że czcze gadanie zastąpi twórcze działanie. To w naszym kraju na razie nie jest możliwe.
Posłuszeństwo zostało nam wpojone tak mocno, że walka o swoje racje bywa nie lada wyzwaniem. Do tego brak nam umiejętności samostanowienia, projektowania własnego życia
@RY1@i02/2013/163/i02.2013.163.00000050b.802.jpg@RY2@
east news
Marcin Hadaj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu