Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Rodzina (tylko) słowem silna

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

Witajcie w polskiej schizofrenii. Ośmiu na dziesięciu Polaków ceni nade wszystko rodzinę, ale... nie chcemy jej zakładać, nie decydujemy się na dzieci. A gdy ją mamy, to prześladujemy. Deklarowane wartości są fasadą, za którą kryją się frustracja i agresja

Poeta Karol Dusza-Roztocki lubił powtarzać, że "jedynym miejscem familijnej zgody bywa zazwyczaj grób rodzinny". Trudno się z nim nie zgodzić, bo polskie wynoszenie rodziny na piedestał i deklaracje o przywiązaniu do wartości rodzinnych to jedno, a rzeczywistość to drugie.

Na początek trochę liczb. W Polsce jest 6,1 mln rodzin (83 proc. to rodziny pełne), w których wychowuje się 10,8 mln dzieci do 24. roku życia. Według GUS standardowa polska rodzina to trzy osoby żyjące na 74 mkw., w mieszkaniu w bloku lub w domu na wsi. Co miesiąc wydają średnio 2872 zł. Najwięcej na jedzenie, utrzymanie mieszkania, komunikację. Najmniej na edukację i kulturę. Ich realne dochody spadają.

Polskie rodziny stają się coraz mniejsze. Przeciętna liczba osób w gospodarstwie domowym maleje. A inni specjaliści dodają, że proces degeneracji rodziny jako kluczowej, podstawowej jednostki identyfikacji społecznej, nie tylko w rozumieniu wymiernym, dopiero się zacznie. - Kryzys ekonomiczny źle wpływa na status rodziny. Teoretycznie powinna być ostoją trwałych, niepodważalnych wartości, punktem odniesienia w niespokojnym otoczeniu. Coraz więcej osób jednak nie widzi w niej oparcia, a bywa, że raczej obciążenie. liberalna, w której żyjemy, zawsze będzie w dużym stopniu promowała interes jednostki kosztem interesu wspólnoty, tylko od nas zależy, co uznamy za istotniejsze - tłumaczy dr Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Bez zobowiązań

Fasada wciąż jest całkiem ładna. CBOS w badaniu "Nie ma jak rodzina" odnotował, że wśród najważniejszych wartości, którymi według własnych deklaracji Polacy kierują się w codziennym życiu, szczęście rodzinne zajmuje pierwsze miejsce. Tak mówi aż 78 proc. z nas. Na drugiej pozycji znalazło się zdrowie, na trzeciej spokój oraz uczciwe życie. Praca zawodowa jest ważna dla mniej niż połowy ankietowanych. Tylko sześciu na stu pytanych sądzi, że bez rodziny można żyć równie szczęśliwie, jak wtedy gdy się ją ma. Dwie trzecie z nas deklaruje jednak, że nie tylko nie wyobraża sobie takiej egzystencji, ale to właśnie wśród najbliższych najchętniej spędza wolny czas. Jedynie czterech na stu Polaków przyznaje, że przebywanie z rodziną nie ma dla nich specjalnego znaczenia. Tylko co setny uznaje się za antyrodzinnego samotnika.

Tyle teoria. Jeśli jednak spojrzymy na liczby, obraz sielanki rodzinnej ulega zakłóceniom. Opierając się na Spisie Powszechnym GUS poinformował, że od 2002 r. o 3 pkt proc. spadła liczba osób pozostających w związkach małżeńskich (do 17,8 mln). W 2012 r. zawarto ok. 204 tys. ślubów - o blisko 3 tys. mniej niż rok wcześniej (liczba nowych małżonków zmniejszała się już czwarty rok z rzędu). Zdaniem GUS ta niekorzystna tendencja będzie mieć wpływ na zmniejszenie liczby urodzeń w kolejnych latach, co z kolei spotęguje problem ujemnego przyrostu naturalnego, który spowoduje w przyszłości radykalny, być może liczony w milionach spadek liczby mieszkańców Polski.

Liczba małżeństw jest coraz niższa, za to liczba osób pozostających w związkach nieformalnych wzrosła z 400 tys. w 2002 r. do 780 tys. w 2012 r. Aż o 30 proc. zwiększyła się również liczba osób rozwiedzionych. Dzisiaj jest ich w Polsce ok. 4 mln. Może to jeszcze nie kryzys rodziny pojmowanej w tradycyjnym znaczeniu, ale na pewno sygnał istotnych przewartościowań. Niemal 100-proc. wzrost liczby związków nieformalnych w ciągu 10 lat świadczy o tym, że choć Polacy tęsknią za stabilizacją, to obawiają się nadawać życiu sformalizowane ramy, zamykać je w tradycyjnych układach społecznych. Tak jest łatwiej, zawsze można, wzorem dzieci na podwórku, zabrać zabawki i wyjść z piaskownicy. Z dnia na dzień, bez uciążliwych formalnych konsekwencji.

- Wynika to ze zjawiska, które można określić jako korozję głębokich relacji międzyludzkich - ocenia Dorota Gromnicka, psychoterapeuta i współwłaścicielka Centrum Rozwoju i Psychoterapii "Strefa Zmiany". - Brakuje nam umiejętności bycia z drugim człowiekiem, załatwiania trudnych spraw. Poziom rozwoju społecznego osób najczęściej zawierających związki, czyli 30-, 40-latków, jest dzisiaj znacznie wyższy niż poziom ich emocji. W większości chcą mieć rodzinę, uważają ją za wartość godną szacunku, ale nie potrafią jej założyć, bo boją się odpowiedzialności. Nie chcą również rezygnować choćby z niewielkiej części swojej wolności, nie chcą się dzielić, są dla siebie najważniejsi - wyjaśnia.

Brak zdolności do skutecznego stawiania czoła poważnym problemom dobrze odwzorowują liczby. W ubiegłym roku rozwiodło się ponad 61 tys. par. Choć to o ponad 3 tys. mniej niż rok wcześniej, znacznie więcej niż w latach 1995-2002, kiedy orzekano 40-45 tys. rozwodów rocznie. GUS podaje, że w 2011 r. na każde 10 tys. istniejących małżeństw 72 zostało rozwiązanych orzeczeniem sądu, podczas gdy na początku lat 90. przerywanych w ten sposób związków było 50. W miastach, gdzie wciąż żyje się bardziej liberalnie, intensywność rozwodów jest ponad dwukrotnie wyższa niż na wsi i wynosi 92 na 10 tys. małżeństw.

Obcość i brak zrozumienia

Specjaliści z Gabinetu Psychologiczno-Psychiatrycznego "Syntonia" stworzyli katalog zaburzeń, które wpływają na problemy polskich rodzin. Podzielili je na dwie główne grupy i w każdej z nich utworzyli po kilka kategorii. Grupy te odpowiadają podziałowi na główne dziedziny naszego życia, czyli pracę i życie prywatne. Problemy w pierwszej grupie nietrudno wskazać, bo w jakimś stopniu dotyczą każdego z nas: utrata pracy lub takie niebezpieczeństwo, brak ofert na rynku, trudności w porozumieniu z przełożonymi, firmowy wyścig szczurów i syndrom oblężonej twierdzy, gdzie każdy broni za wszelka cenę swoich wpływów, często szkodząc innym. To czynniki, które fatalnie wpływają na organizm człowieka. Jeśli taka sytuacja utrzymuje się co najmniej kilka tygodni, nie wytrzymujemy nerwowo. Przychodzi wypalenie zawodowe, a nawet fizyczne dolegliwości. Zły wpływ na relacje rodzinne ma także niedopasowanie naszych osobistych predyspozycji do wymagań konkretnego zawodu i jego specyfiki.

W życiu osobistym na kondycję relacji rodzinnych źle wpływa nieustająca presja najbliższych dotycząca spraw codziennych. Obowiązki wynikające z ról odgrywanych w rodzinie, sztuczne celebrowanie świąt i uroczystości, z którymi związane są sytuacje powodujące stres (np. ślub, spotkania rodzinne), choroba kogoś bliskiego lub nas samych, śmierć bliskiej osoby. Dodatkowo destrukcyjnie na stan rodziny wpływają coraz gorsza komunikacja między małżonkami lub partnerami oraz dziećmi, wynikające z tego wyobcowanie i coraz większy brak zrozumienia. W rodzinach wielopokoleniowych nie bez znaczenia są tradycyjne konflikty pokoleniowe, brak zaangażowania w życie rodziny poszczególnych jej członków i trudności wychowawcze szczególnie dorastających dzieci.

Dlatego jedną z najpopularniejszych metod rozwiązywania rodzinnych problemów jest dzisiaj terapia. Jak przekonują psychologowie, w metodzie tej najistotniejsze jest opisanie ról, które odgrywają wobec siebie poszczególni członkowie rodziny. Że mama to mama, tata to tata, a dziecko to dziecko. I z tych naturalnych ról wynikają określone prawa i obowiązki. Że np. mama dzieckiem się opiekuje, tata odrabia z nim lekcje, a ono samo do swoich obowiązków zalicza dobrą naukę i mądre (ale nie ślepo poddańcze) posłuszeństwo rodzicom.

Dużą uwagę zwraca się tu na przekazy niewerbalne, często decydujące o sposobie odebrania informacji. Ważne jest, jak przekonują terapeuci, wybranie jednego sposobu komunikacji - komplementarnego, w którym jedna ze stron dominuje, lub linearnego, w którym partnerzy się uzupełniają. Jak mądrze tłumaczą specjaliści, wysyłanie i odbieranie komunikatów powinno mieć formę określonych reguł, których przestrzeganie obowiązuje wszystkich członków rodziny. Takie usystematyzowanie, a upraszczając, odnoszenie się do siebie zawsze z szacunkiem, a nigdy z agresją powinno prowadzić do uzdrowienia sytuacji.

O tym, że jest co uzdrawiać, świadczą zaś kolejne statystyki. W 2012 r. telefon interwencyjny Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia" dzwonił 13,7 tys. razy. Odkąd prowadzona jest statystyka, czyli od 1995 r., kiedy liczba ta wyniosła 800, do dzisiaj skala zjawiska zwiększyła się o ponad 1300 proc. Razem z sobotami i niedzielami niebieski telefon odzywał się 38 razy dziennie. W ciągu roku nie było ani jednej godziny (wliczając noce), w której z prośbą o natychmiastową pomoc nie zwróciłaby się ofiara przemocy domowej - nie tylko kobieta, także mężczyzna. Czasem jednocześnie dzwoniło po kilka osób. W Warszawie opanowanej przez menedżerów z żurnala, w służbowych samochodach z najnowszymi tabletami, wielkimi premiami i jeszcze większym ego, ale przy tym skrajnie sfrustrowanych, uruchomiono nawet specjalną stronę internetową pod nazwą Warszawski Portal Antyprzemocowy. Jej zadaniem jest informowanie o metodach pomocy dla osób dotkniętych prześladowaniem we własnym domu.

Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, aby zgłębić problem przemocy domowej, która często, choć nie zawsze, łączy się z patologicznym nadużywaniem trunków, przeprowadziła badania wśród osób, które tę przemoc stosują. Wynika z nich, że próba zbudowania jednolitego typu sprawcy musi być z góry skazana na niepowodzenie, bo każdy rodzinny dramat ma odmienne podłoże. Udało się jednak wyodrębnić u sprawców cechy wspólne. 40 proc. osób skazanych przez sąd za znęcanie się nad rodziną było ofiarami przemocy w dzieciństwie, a 65 proc. twierdziło, że było jej świadkami. Przemoc może wynikać z przekonań i może być narzędziem do narzucania poglądów. Wielu sprawców jest przekonanych, że władza, dominacja, kontrola i agresja, fizyczna i psychiczna, są wpisane w definicję mężczyzny i są oznaką męskości. Taka osoba chce kontrolować zachowania bliskich. Strasząc, grożąc, używając siły, sprawia, że członkowie rodziny podporządkowują się jej decyzjom, robią wszystko zgodnie z jej wolą. Sprawcy stosują dodatkowo zabiegi manipulacyjne, aby usprawiedliwić swoje zachowanie. Bagatelizują problem przemocy, próbują zrzucić odpowiedzialność za swoje zachowanie na inne osoby, twierdząc, że ofiary ich sprowokowały lub zasłużyły na karę. Dodatkowo niemal zawsze pojawiają się u nich problemy z emocjami. Ich okazywanie uważają za babskie. Powierzchownie sprawiają wrażenie osób silnych i mających poczucie wartości, w rzeczywistości są niepewni swojej pozycji, boją się ocen i sądów na swój temat.

- Tacy ludzie ugruntowują słuszne przekonanie o fasadowości wartości, które ogół Polaków podaje jako cenne w badaniach opinii. Wartości rodzinne bowiem wcale nie są dla Polaków najważniejsze. A przynajmniej nie dla dominującej części z nas - ocenia Leszek Mellibruda, psycholog, doradca firm, szef Active Business Mind. - W wielu wypadkach nawet osoby deklarujące, że praca nie ma dla nich takiego znaczenia jak rodzina, właśnie w pracę od rodziny uciekają. Mają wyśmienite uzasadnienie, bo na dobre życie rodziny, na wysokim poziomie muszą przecież zarobić. I to niemało. Muszą więc być poza domem 14 godzin na dobę, mają zajęte weekendy, nie są w stanie głęboko zaangażować się w rodzinne problemy, stać ich jedynie na powierzchowne aktorstwo - przekonuje Mellibruda.

Kto do garów?

Dodatkowo na rachityczność relacji rodzinnych wpływa wciąż niejednoznaczne postrzeganie roli kobiet przez mężczyzn. Rośnie wprawdzie liczba osób, które uważają, że równouprawnienie w życiu rodzinnym jest faktem (w 2013 r. uważało tak 81 proc. Polaków, siedem lat wcześniej 77 proc.), ale już w życiu zawodowym zdecydowanie faktem nie jest. 69 proc. z nas jest przekonanych, że kobiety pracujące na takich samych stanowiskach zarabiają mniej od mężczyzn, co zresztą potwierdzają statystyki. Średnie zarobki kobiet wynoszą 3,2 tys. zł, mężczyzn niemal 4 tys. zł. Co więcej, ponad połowa z nas uważa, że kobiety niepracujące zawodowo są gorsze od zatrudnionych, nieporadne życiowo, zagubione, mało wartościowe i ogólnie nieinteresujące. Tak są również traktowane w wielu wypadkach przez swoich pracujących mężów, którzy nie doceniają wysiłku włożonego w opiekę nad dziećmi i zarządzanie domem, które wymaga określonych, nie zawsze powszechnych umiejętności.

- Problem zagubienia i nieporadności bywa często fundamentem dekonstruowania rodziny. Podobnie jak małżeństwo zawarte z innych powodów niż miłość - jako ucieczka z opresyjnego psychicznie domu rodzinnego albo kompromis z rzeczywistością pod hasłem: nikt lepszy mnie nie chciał, trudno, biorę, co jest. Wcześniej czy później nastąpi eksplozja i wywrócenie do góry nogami istniejącego porządku - wyjaśnia Dorota Gromnicka.

Czy jednak możemy dzisiaj świadomie określać kondycję polskiej rodziny mianem kryzysu? To modne ostatnio słowo robi wielką, złą furorę w naszej codzienności od pięciu lat, ze względu na problemy gospodarcze świata, Europy i Polski. Ale czy w innym znaczeniu podstawowa jednostka społeczna jest rzeczywiście na ostrym wirażu, z którego może wypaść? Leszek Mellibruda przekonuje, że nie, a słowo "kryzys" w tym kontekście jest dzisiaj nadużywane. - Mamy do czynienia z koniecznością ponownego zdefiniowania tego, co jest rodziną. Świat zmienia się w tempie nigdy wcześniej nienotowanym, korektom podlegają również role społeczne, jakie ogrywamy, także jako członkowie wspólnoty rodzinnej. Lepszemu porozumieniu mogą służyć nowe formy komunikacji, ale mimo ich ogromu wielu z nas właśnie z wymianą myśli z najbliższymi ma problemy, które prowadzą do niezasypywalnych przepaści. Wielu z nas wydaje się, że stara polska zasada "co w sercu, to i na języku" służy budowaniu porozumienia. Dzisiaj, także w rodzinie, często służy ona raczej budowaniu barier, w przeciwieństwie do postaw znacznie bardziej wyrozumiałych i dopuszczających bezwarunkowo różnego rodzaju zachowania, co nie oznacza zgody na patologie - tłumaczy szef Active Business Mind.

Natalia Gutowska, psycholog z warszawskiego Gabinetu "Rodzice i Dzieci", jest podobnego zdania. Przekonuje, że dla wielu osób rodzina dzisiaj jest pojęciem szerszym, niż wynikałoby to z jej tradycyjnego postrzegania kilkanaście lub kilkadziesiąt lat temu, czyli nie zawsze oznacza klasyczny układ mąż - żona - dzieci.

- Istnieje wiele innych, już nie tak jak kiedyś krytykowanych rozwiązań układu między dwojgiem dorosłych a ich dziećmi. Wiele z tych rozwiązań jest nowych, budzi niepokój, sprzeciw, czasem podszyty lękiem. Ale nie musi wieść do kryzysu - tłumaczy Natalia Gutowska.

Mowa tu nie tylko o klasycznym męsko-damskim konkubinacie, czyli małżeństwie niezalegalizowanym, ale i o związkach jednopłciowych, których celem jest doprowadzenie do przełomu, w którym i takie rodziny, w nowym rozumieniu tego terminu, zasługiwać będą na pełnoprawne określanie tym słowem. Dzisiaj w Polsce ma tu już miejsce w kręgach liberalnych i lewicowych, gdzie nikogo szczególnie nie zaskakuje homoseksulana para wychowująca dziecko jednego z partnerów. Ale dla konserwatystów elementarną cechą rodziny wciąż jest, i zapewne zawsze będzie, związek kobiety i mężczyzny. Posiadanie dzieci będzie przez nich zawsze chwalone, ale nie jest warunkiem sine qua non domowego szczęścia.

August Comte, XIX-wieczny filozof i pozytywista francuski, twórca terminu "socjologia", autor najbardziej klasycznej definicji rodziny, do dzisiaj ma rację. Jego zdaniem "rodzina to podstawowa grupa społeczna, na której opiera się społeczeństwo" i trudno tej definicji zaprzeczyć. Pytanie tylko, czy w przyszłości jej stan określany dzisiaj przez niektórych kryzysem albo przynajmniej jego początkami, a na pewno wymagający częściowo nowej definicji, nie doprowadzi do rozkładu tego społeczeństwa. Bo czy ktoś o zdrowych zmysłach jest w stanie wyobrazić sobie naród, który przetrwa, składając się z wielkiej grupy indywidualistów, wolnych elektronów, które krążą w różnych kierunkach w sobie tylko znanych celach? To raczej trudne, o ile w ogóle możliwe. Siła jednostki zawsze jest mniejsza od siły wielkich mas. Nawet tych, które wydają się coraz bardziej bezsilne.

Żona, mąż, dzieci to częściej obciążenie niż oparcie, a nasza kultura stawia interes jednostki nad dobrem wspólnoty. W dodatku trwa bolesne przewartościowanie ról. Dlatego trwanie w rodzinie jest trudne. Tego naprawdę trzeba chcieć

@RY1@i02/2013/149/i02.2013.149.000001000.803.jpg@RY2@

Getty Images/Flash Press Media

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.