Pułapka delikatności
Szlachetna wizja czynienia świata miłym, przyjaznym i wrażliwym degeneruje społeczeństwo, czyniąc je tak kruchym, że staje się zagubione, bezradne i niezdolne do radzenia sobie z przeciwnościami
Ludzie, z którymi mamy obecnie do czynienia, są znacznie delikatniejsi niż kiedykolwiek. Są inaczej wychowywani, jakby pod kloszem. A kandydaci na piłkarzy często chronieni są przez rodziców, których sensem życia jest stwarzanie dzieciom warunków do odnoszenia sukcesów. (...) Kiedy tacy młodzieńcy trafiają wreszcie do mnie, są wątli i delikatni, ponieważ dotąd na każdym etapie życia znajdowali się pod kloszem" - słowa sir Alexa Fergusona, legendarnego trenera angielskiego zespołu piłkarskiego Manchester United, zawarte w książce Mike’a Carsona "Menedżerowie. Jak myślą i pracują wielcy stratedzy piłki nożnej", nie pozostawiają złudzeń: odporność i twardość to cechy, które powoli odchodzą do historii.
I nie dotyczy to tylko młodzików, lecz także dorosłych - wydawać by się mogło silnych, pełnych hartu ducha mężczyzn. Tony Pulis, walijski trener, ogłoszony menedżerem sezonu 2013/2014 w Premier League, komentując obserwacje Fergusona, zgadza się, że ogromnie się zmieniliśmy. "Kiedy rozpoczynałem pracę i musiałem powiedzieć coś zawodnikowi w obecności całej drużyny, robiłem to bez wahania, nawet jeśli moje słowa mogły być krzywdzące. Dzisiaj w 90 proc. przypadków, kiedy muszę wyjaśnić jakąś sprawę z piłkarzem, biorę go na stronę i rozmawiam z nim w cztery oczy. Uważam, że piłkarze - prawdopodobnie odzwierciedlający stan społeczeństwa jako takiego - biorą wszystkie uwagi bardziej do siebie niż 20 lat temu" - zauważa Pulis.
Z tymi obserwacjami trudno się nie zgodzić. Dawniej piłkarze często walczyli o piłkę tak zażarcie, że trzeszczały kości. A dziś padają na murawę po muśnięciu przez rywala (a najczęściej sami z siebie, bo po co harować na boisku, skoro można wyłudzić rzut karny czy wolnego). Wspomnianą przez trenerów zmianę można nazwać jednym słowem: wydelikacenie społeczeństwa. Stajemy się przewrażliwieni na swoim punkcie, nie umiemy przyjmować krytyki, uwag, negatywnych opinii. Przez co przestajemy sobie zdawać sprawę np. z błędów, które popełniamy. Stworzyliśmy atmosferę, w której nikt nikogo nie chce urazić, zmieniamy nawet sposób wypowiadania się, dobierając odpowiednio łagodniejsze słownictwo. To zaś sprawia, że jesteśmy nieprzygotowani do porażki, gdy ta nadchodzi, wywołuje olbrzymi stres, który tłami szanse na powstanie z kolan. Co z kolei powoduje problemy psychiczne. Delikatność pojawiła się jednak nie tylko w naszych głowach. Również fizycznie staliśmy się słabsi, bo brak konieczności rywalizacji, wyrywania sobie siłą pozycji w społeczności, czyni nas leniwymi. Brakuje nam konsekwencji i uporu. Zanikające "męskie szatnie", czyli sytuacje, w których w mocnych, pełnych pretensji, a nawet wulgarnych słowach każdy ma prawo każdemu wytknąć błędy, żądając poprawy dla dobra drużyny, ogółu, można uznać za konsekwencję wdzierającej się w każdą dziedzinę społecznego życia politycznej poprawności, bezstresowego wychowywania i nowomowy, która zmieniając znaczenia słów, zmienia wrażliwość społeczną i w efekcie postrzeganie rzeczywistości. Problem w tym, że te z założenia szlachetne wizje kształtowania idealnych osobowości, budowy lepszego, bezkonfliktowego świata dzięki zaczarowywaniu go nowymi, pozytywnymi nazwami nie sprawdzają się, a wręcz stają się groźne dla społecznego rozwoju. Wystarczy choćby spojrzeć na galopujący wzrost chorób psychicznych.
Językowy klosz
Profesor Wojciech Cwalina ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie zwraca uwagę, że to właśnie język jest łatwym i wdzięcznym sposobem wpływu na innych. To on kształtuje rzeczywistość. - Zmiana znaczenia słów, przedefiniowanie terminów, interpretacji oznaczają zmianę oceny świata, rzeczywistości - tłumaczy.
- Już od ponad stu lat można zaobserwować budowanie od nowa wrażliwości społecznej - dodaje dr hab. Piotr Szukalski z Uniwersytetu Łódzkiego. To, co kiedyś było uznawane za proces naturalny - wyjaśnia socjolog - np. starzenie się ludzi, konflikty międzypokoleniowe, niepełnosprawność, dominacja mężczyzn nad kobietami czy agresja w rodzinie, dziś staje się nienaturalne. Zaczynamy sądzić, że sytuacja takich osób nie ma korzeni w naturze, tylko jest wytworzona przez społeczeństwo. - Dlatego próbujemy rozbudowywać wrażliwość na to, by swoim postępowaniem, mową nie sprawiać przykrości innym. Taki proces jest widoczny zwłaszcza w Polsce w ostatnich 20 latach. Zaczęliśmy stosować określenia, które nie są nacechowane negatywnie. Dziś już nie mówi się kaleka, nawet nie niepełnosprawny, tylko osoba z dysfunkcją ruchu. Nie ma starych, tylko seniorzy albo 50+. Zamiast bezrobotnych są poszukujący pracy, bo wtedy wydaje się nam, że zdejmujemy z nich odium nieudacznictwa - tłumaczy dr Szukalski.
Przodują w tym media, które kreują ten karykaturalny świat. Psychopata staje się człowiekiem z osobowością dyssocjalną, a psychoza maniakalno-depresyjna jest dziś zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym. W świecie anglosaskim dochodzi już do takich absurdów, że ślepego nazywa się osobą ze zniekształceniem wizyjnym, niskiego z wertykalnym, a zamiast określenia rasa biała bezpieczniej użyć nazwy kaukazoidalna. Te nowe pojęcia mają za zadanie nie tyle być bardziej precyzyjnymi z naukowego punktu widzenia, lecz głównie zdjąć powszechny negatywny wydźwięk dotychczasowych określeń. Tyle że takie czarowanie świata, czynienie go milszym w odbiorze, nie rozwiązuje rzeczywistych problemów takich osób. Sztuczne chronienie w szkole nieuka, któremu wciskamy do ręki papierek z diagnozą o dysleksji, pomoże mu tylko w krótkim okresie - gdy wychowany pod kloszem, wydelikacony i rozleniwiony młody człowiek wkroczy w życie dorosłe, brak nawyku pilności, ćwiczeń, może zmniejszyć jego szanse na karierę zawodową.
Naukowcy podkreślają, że taka zmiana języka to pierwszy etap głębszych przemian. Ponieważ język niesie ze sobą pewne wartości, jego zmiana pozwala pozbyć się stereotypów i powoduje zmianę sposobu zachowania. Zaczynamy wierzyć, że używanie sformułowań mniej naznaczających prowadzi do zmiany wartości, co w konsekwencji zmienia rzeczywistość. - Zaczynamy przy tym tracić umiejętność krytykowania. A bez niej sami stajemy się nieodporni na krytykę. Co w dłuższej perspektywie prowadzi do negatywnych konsekwencji, spadku efektywności działania społeczeństwa. Jeśli nie potrafimy wskazać błędów, a sami nie umiemy słuchać i modyfikować swoich zachowań pod wpływem uwag innych, zaczynamy te błędy powielać. Wtedy pozbawiamy się szansy na poprawę, rozwój - ostrzega socjolog z łódzkiej uczelni.
Wystarczy być sobą
Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z uniwersytetu stanowego Florydy, wskazuje, że ludzie wychowywani bez stresu - niekarani za błędy, nie tylko fizycznie, ale nawet słownie, nagradzani za samą chęć wykonania zadania, a nie jego wykonanie - nawet jeśli otaczają ich dobrobyt i bezpieczeństwo, mają najniższe poczucie własnej wartości od dziesiątków lat.
Z amerykańskich badań socjologicznych przeprowadzanych w kilku niezależnych ośrodkach naukowych w różnym okresie i na różnych grupach wynika podobny wniosek, który prof. Baumeister podsumowuje jednym zdaniem: "Zasady, które miały stworzyć generację szczęśliwych ludzi, paradoksalnie wykształciły pokolenie, któremu bardzo trudno znaleźć swoje miejsce w życiu".
W książce "Siła woli" psycholog z Florydy wraz z dziennikarzem naukowym Johnem Tierneyem udowadniają, że wychowanie nawet częściowo bezstresowe prowadzi do spadku motywacji. Opisują amerykańskie dzieci, które wypadają znacznie gorzej od swoich rówieśników z Japonii czy Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują dotkliwe kary za gorszą naukę. Okazuje się, że właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów.
Co więcej, sztuczne wzmacnianie u młodych ludzi poczucia własnej wartości, chwalenie bez powodu, niekarcenie za błędy powodują, że gdy dorosną, nie są w stanie poradzić sobie nawet z niewielkimi porażkami. - Przesadne zadowolenie z siebie może zabić największy talent - ostrzega Roy Baumeister.
Gdy psycholodzy z Uniwersytetu Iowa badali przez kilka lat ponad 20-tysięczną grupę uczniów ze szkół średnich, odkryli, że ci, którzy rozpoczynali naukę z głębokim przeświadczeniem o swoich ponadprzeciętnych możliwościach, wcale nie osiągali lepszych wyników od tych z niską wiarą w siebie. Zaobserwowano wręcz odwrotną zależność - sztucznie zbudowana, niemająca uzasadnienia w rzeczywistych możliwościach, wysoka samoocena stała się przyczyną kłopotów z nauką i radzeniem sobie w życiu.
Kolejne pokolenia pozbawione odporności wchodzą w dorosłe życie z fałszywym poczuciem wyjątkowości i nieograniczonych możliwości. Otoczenie, media, rodzina zamiast przygotować ich do walki z prozą życia, nieustannie wyolbrzymiają ich wątpliwe osiągnięcia i rzekome talenty, przekonując, że sukces jest w zasięgu ręki, że trzeba tylko chcieć, a chcieć, to móc. Pokolenie narcyzów codziennie spogląda w swoje smartfony, by na Facebooku niczym w krzywym zwierciadle upewniać się, że pod słitfociami doszły kolejne lajki mające być dowodem, że są to osoby wyjątkowe, piękne, podziwiane, najlepsze. Że prawdziwy świat, choć w rzeczywistości to tylko wirtualna fantazja, wciąż pozwala im marzyć o sukcesie, udanej miłości i rozwiązywaniu wszelkich kłopotów za pomocą jednego kliknięcia w ikonkę dłoni z podniesionym kciukiem. Zapatrzeni w elektroniczne ekrany karmią swoje ego pochwałami i zarozumialstwem, uznając to za siłę, a pokorę i skromność za słabość. Tracą w ten sposób nie tylko mentalny kontakt z rzeczywistością, lecz nawet praktyczne umiejętności. Wszak świat im nieustannie sączy do ucha, że wystarczy być sobą.
Życie w ochraniaczach
Z badań kondycji fizycznej prowadzonych cyklicznie przez warszawską Akademię Wychowania Fizycznego wynika, że 30 lat temu młodzi Polacy byli znacznie bardziej sprawni niż ich rówieśnicy obecnie. Na przykład uczniowie podstawówki z miejsca skakali w dal 129 cm, a teraz niewiele ponad metr; 600 metrów pokonywali średnio w 3 minuty 5 sekund, dziś są wolniejsi o prawie 40 sekund. A porównując siłę rąk, to już naprawdę tragedia - kiedyś uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7. I to mimo że młodzież XXI wieku jest lepiej odżywiona i zdrowsza, przynajmniej z medycznego punktu widzenia.
Wydawać by się mogło, że dzisiaj moda na uprawianie sportu jest powszechna, sklepy ze sprzętem są oblegane zimą i latem, stoki pełne są narciarzy, jeziora wodniaków, a ulice rowerzystów i biegaczy. Co z tego, skoro jak przyznają nauczyciele WF, instruktorzy i trenerzy, kondycję młodzi mają tak słabą, że już po krótkim wysiłku pojawia się zadyszka. Wydelikacony organizm i równie słaby charakter powodują, że zamiast zmusić się do pokonania bólu, wolą sięgnąć po kolejne ułatwienie, jeszcze bardziej oddychającą koszulkę, buty z jeszcze lepszą amortyzacją czy jeszcze łatwiejsze w prowadzeniu narty. Zamiast walczyć ze słabościami, zakładają ochronne maski. Niestety, zderzenie z prawdziwym życiem oznacza rzeczywisty ból. Przyzwyczajeni od małego do spadania na miękkie wykładziny na placach zabaw, bo ktoś dla złudnego bezpieczeństwa postanowił usunąć z nich twardy beton, nie potrafią sobie z tym bólem poradzić.
- Dzisiejsza koncepcja kultury zachodniej zakłada orientację temporalną, ukierunkowaną na przyszłość. Zakładamy, co chcemy osiągnąć, i dążymy do spełnienia tych oczekiwań, cały wysiłek koncentrując na eliminacji zagrożeń. Nie bierzemy pod uwagę np. wypalenia zawodowego czy kryzysu wieku średniego. Wystarczy, że założymy kolejny kask, kolejny ochraniacz. Karmieni aspiracjami, nie jesteśmy przygotowani na zderzenie z betonem, gdy rozbuchane plany rozbiegają się z mikrymi osiągnięciami. I o ile ból fizyczny po upadku z roweru da się jeszcze przetrwać, ból społeczny po rozbiciu tych aspiracji jest trudny do zniesienia - podsumowuje dr Piotr Szukalski.
Macho nie daje rady
Jego konkluzje zdaje się potwierdzać diagnoza zdrowia psychicznego Polaków - raport "Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej" z 2012 r. Wynika z niego, że 2,5 mln Polaków cierpi na zaburzenia lękowe, a prawie milion ma depresje i manie. Ponad trzy miliony ma problem alkoholowy, milion bierze narkotyki. Psychiatrzy obserwują lawinowy wzrost zachorowań, przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Specjaliści z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego mówią o 85 proc. pracowników, którzy czują wypalenie zawodowe. Z badania TNS OBOP z 2011 r. wynika, że taki sam wysoki procent z nas stresuje się codziennie. Światowa Organizacja Zdrowia zapowiada, że w 2020 r. depresja stanie się najczęstszą chorobą w krajach najbardziej uprzemysłowionych. A to oznacza fizyczne zagrożenie dla społeczeństw. W 2013 r. w Polsce 6097 osób popełniło samobójstwo. To aż o 1394 przypadki więcej niż rok wcześniej. Ze statystyk Komendy Głównej Policji wynika, że częściej życie odbierają sobie mężczyźni, którzy nie radzą sobie z dużą presją społeczną, wymagającą od nich spełnienia coraz większych oczekiwań.
- Odporność ma charakter relacyjny, jest wypadkową zasobów i wymagań. Gdy wymagania rosną, a zasoby pozostają takie same, wydaje się, że relatywnie spada odporność. To jednak tylko wrażenie, bo badania pokazują, że zasoby intelektualne wzrastają - uspokaja prof. Tomasz Maruszewski, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Sopocie. Jego zdaniem sytuacja nie jest z punktu widzenia społecznego niepokojąca, bowiem główną rolę w jej postrzeganiu jako złej i niebezpiecznej odgrywa heurystyka dostępności, czyli skłonność do przypisywania większego prawdopodobieństwa zdarzeniom, które łatwiej sobie uświadomić i zrozumieć. Stąd wrażenie, że świat tak bardzo się zmienia, choć w rzeczywistości zmienia się tylko nasz obraz świata.
- Stajemy się po prostu w coraz mniejszym stopniu społeczeństwem typu macho, bo kobiety wchodzą w coraz większą liczbę zadań do niedawna typowo męskich, zaś pierwiastek kobiecy odgrywa coraz większą rolę w życiu mężczyzn - uważa prof. Maruszewski. I choć w konsekwencji - kontynuuje ekspert - mężczyźni będą coraz bardziej wrażliwi, a kobiety bardziej twarde, to społeczeństwo jako takie pozostanie jednak na niezmienionym poziomie, gdyż te różnice się uśrednią.
W karbach cywilizacji
O tym, że ludzie stali się jednak mili i delikatni jak nigdy w historii, przekonuje z kolei amerykański psycholog, prof. Steven Pinker z Uniwersytetu Harvarda, którego cytuje Polski Portal Psychologii Społecznej Psychologia-Spoleczna.pl.
"W XVI-wiecznym Paryżu jedną z rozrywek publicznych było palenie kota. I to nie żadna przenośnia. Kot był opuszczany powoli na linie w rozpalony ogień. Zgodnie z tym, co mówi Norman Davies: obserwatorzy - w tym królowie i królowe, zwijali się ze śmiechu, kiedy zwierzęta wiły się z bólu, były przypiekane i ostatecznie zwęglane. Dzisiaj taki sadyzm byłby nie do pomyślenia w większości miejsc na świecie. Ta zmiana we wrażliwości to wymowny przykład być może jednego z najważniejszych i najbardziej niedocenianych trendów ludzkiej historii: przemoc stopniowo malała przez wszystkie okresy naszej egzystencji, a obecnie żyjemy prawdopodobnie w najbardziej pokojowym momencie istnienia naszego gatunku na ziemi" - pisze profesor Pinker.
Patrząc na wojnę w Syrii, okrucieństwo dżihadystów z samozwańczego Państwa Islamskiego czy choćby starcia na Ukrainie rzeczywiście dość trudno zgodzić się taką tezą. "Twierdzenie, iż przemoc zanika, może wydawać się czymś pomiędzy halucynacją a obscenicznością" - przyznaje wykładowca z Harvardu. Zwraca jednak uwagę, że najnowsze studia nad wpływem przemocy na ludzkość prowadzą do konkluzji, że okrucieństwo występuje "rzadko lub wcale w cywilizacji Zachodu, znacznie rzadziej w innych częściach świata, niż występowało w przeszłości, a kiedy już się zdarza, spotyka się z potępieniem ze strony opinii publicznej na całym świecie".
Doktryna szlachetnego dzikusa - kontynuuje amerykański psycholog - idea, że człowiek jest z natury dobrym i pokojowym zwierzęciem, które zostało sprowadzone na złą drogę poprzez wynalazki kultury, nie wytrzymuje zderzenia z najnowszymi naukowymi ustaleniami - że to właśnie coś w nowoczesności i jej kulturowych instytucjach czyni nas szlachetniejszymi i bardziej delikatnymi w stosunku do innych.
"Ilościowe dane patologiczne, takie jak prehistoryczne szkielety ze śladami ostrych narzędzi, będących najprawdopodobniej przyczynami zgonu, lub przebite strzałami, lub proporcje mężczyzn, którzy zginęli z rąk innych mężczyzn, sugerują, iż pradawne społeczeństwa były znacznie bardziej agresywne niż nasze" - przekonuje Steven Pinker. Dodaje, że procent ludzi, którzy walczyli, był znacznie większy, a i wskaźniki śmiertelności na polu bitwy są relatywnie znacznie większe niż współcześnie. "Gdyby dwie wojny światowe miały zabić identyczną proporcję ludności, która ginęła w wojnach plemiennych, to liczba zabitych nie wynosiłaby 100 mln, tylko dwa miliardy" - zauważa.
Profesor przypomina też, że w każdym zakątku świata można zaobserwować spadek liczby konfliktów, a te, do których dochodzi, znacznie częściej niż w ubiegłym stuleciu kończą się po negocjacjach porozumieniem niż krwawą walką do ostatecznego pokonania przeciwnika.
Dlaczego więc przekazy medialne i politycy kreują coś zupełnie odwrotnego? To właśnie efekt iluzji poznawczej - podkreśla naukowiec z Harvardu - sceny rzezi znacznie szybciej pojawią się na szklanych ekranach i pozostają dłużej i wyraźniej w pamięci niż obrazy pokazujące, ilu ludzi umiera np. z powodu starości. Psychologowie społeczni wyliczyli, że 80 proc. ludzkości fantazjuje na temat zabójstwa osób, których nie lubi. Wciąż uwielbiamy oglądać przemoc w telewizji, krwawo się rozprawiać z tabunami przeciwników w nawet niewinnych grach wideo. To, co uległo zmianie, to chęć wcielenia swoich fantazji w życie.
"Socjolog Norbert Elias zasugerował, że europejska nowoczesność zapoczątkowała proces cywilizowania, który odznacza się wzrostem samokontroli, planowania długoterminowego oraz empatii" - podsumowuje Steven Pinker.
Homo urbanicus
Powstaje pytanie, co jest złego w tym, że przestaliśmy się zabijać, tylko próbujemy rozwiązywać problemy przy stole. Zacznijmy od ewolucji, która nieuchronnie eliminuje degenerujące się gatunki. A tak właśnie w cywilizacji Zachodu postępujemy. Potrafimy wydłużać życie poza wszelkie sensowne potrzeby, praktycznie pozbyliśmy się większych zagrożeń, śmiertelnych chorób - umieralność z powodu wypadków czy infekcji jest najniższa w historii. Okiełznaliśmy naturę, minimalizując straty, gdy ta pokazuje pazur. Współczesna medycyna ratuje od śmierci niedorozwinięte płody, leczy krytycznie rannych, pozwala wegetować ciężko upośledzonym. Nasze europejskie i amerykańskie społeczeństwa powoli zamieniają się w homo urbanicus, człowieka miejskiego, zdolnego do życia tylko w swoim sztucznie zbudowanym świecie, gdzie ściśle wyspecjalizowane jednostki muszą ze sobą współpracować, by utrzymać równowagę. Specjalista od wymiany żarówki w samochodzie pomaga specjaliście od układania kwiatów, a spec od pozycjonowania stron internetowych wspiera zarządcę autostrady. Wszyscy, by przeżyć w tym nienaturalnym świecie, muszą przestrzegać nienaturalnych reguł, wspomagając się pigułkami przy byle przeziębieniu, otaczając się kaskami i ochraniaczami, by nie uronić kropli krwi, i powstrzymując się nawet od krytyki, na którą nie ma już miejsca w tym samonapędzającym się mechanizmie. Problem w tym, że ewolucja uruchomiła już swoje procedury bezpieczeństwa i zaczęła powoli naprawiać Ziemię - przynajmniej tam, gdzie rządzi homo urbanicus. Rodzi się coraz mniej dzieci, a te, które się pojawiają, są z każdym pokoleniem słabsze fizycznie, mniej inteligentne i przez to zaradne. Społeczeństwa zachodnie szybko się starzeją. I wkrótce zaczną wymierać. W odróżnieniu od społeczeństw wychowywanych w tradycyjny, raczej mocno stresowy sposób. Stają się silniejsze, bardziej zdeterminowane, nie mają - delikatnie mówiąc - problemu z prokreacją. Niestety, także z siłowym rozwiązywaniem sporów.
Profesor David C. Geary z Uniwersytetu Missouri, badając historię ludzkości, odkrył, że nasze mózgi zaczęły się kurczyć, gdy powstały kompleksowe społeczności, w których zaistniał ścisły podział pracy i powstały głębokie zależności między jednostkami. - Mózgi zaczęły się redukować, bo żyjący w takich społecznościach ludzie nie muszą być już tak sprytni jak łowcy, by przeżyć - zauważa prof. Geary. I wieści rychłe nadejście epoki idiokracji. To nawiązanie do filmu fantastycznego z 2006 r., opisującego historię żołnierza, "przeciętniaka wśród przeciętniaków", i niezbyt lotnej prostytutki, którzy zostają poddani eksperymentalnej hibernacji na rok. Budzą się jednak aż 500 lat później w nieznanym im świecie. Okazuje się, że są tam najmądrzejszymi ludźmi, bowiem poziom inteligencji w tym czasie obniżył się tak radykalnie, że zanikła nawet umiejętność liczenia i poprawnego wysławiania się.
"Jak ptaki na wyspach, które utraciły zdolność do latania, stajemy się gatunkiem, który traci zdolność do myślenia, ponieważ nie musimy już myśleć, aby przetrwać" - ostrzega amerykański naukowiec.
Psychologowie społeczni wyliczyli, że 80 proc. ludzkości fantazjuje na temat zabójstwa osób, których nie lubi. Uwielbiamy oglądać przemoc w telewizji, krwawo się rozprawiać z tabunami przeciwników w nawet niewinnych grach wideo. To, co uległo zmianie, to chęć wcielenia swoich fantazji w życie
@RY1@i02/2014/172/i02.2014.172.000000600.101.jpg@RY2@
Rafał Drzewiecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu