Przesunąć środki w kierunku rodzin
Radzi prof. dr hab. Aleksander Surdej, współautor raportu na temat kosztów wychowania dzieci
@RY1@i02/2014/110/i02.2014.110.00000020b.802.jpg@RY2@
mat. prasowe
Aleksander Surdej jest kierownikiem Katedry Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie i opiekunem naukowym raportów Centrum im. Adama Smitha na temat kosztów wychowania dzieci w Polsce
Dlaczego straszy pan horrendalnymi kosztami wychowania dzieci?
Raport opracowany z moim udziałem jest przeznaczony przede wszystkim dla władz publicznych - aby dostrzegły, że tak jak można budować rodzaj bezpieczeństwa ekonomicznego dla starszych, tak równie dobrze można przesuwać środki w kierunku rodzin z dziećmi. To one ponoszą koszty wychowania dzieci, a korzyści z pojawienia się nowych obywateli dzielą z innymi, w tym z państwem.
Te liczby mocniej niż do rządzących przemawiają jednak do wyobraźni rodziców.
Ludzi racjonalnie kalkulujących wydatki faktycznie mogą przerazić. Ale w ostatecznym rozrachunku chodzi o to, by nie zostawiać ich z przeświadczeniem, że z tymi wydatkami zostają sami. Tym razem zaproponowałem przyjęcie pewnych widełek, żeby nie było trzeba tłumaczyć, że to koszty uśrednione.
Wielu patrzy z niedowierzaniem i woła: ja wychowałem taniej.
Oczywiście, że można taniej. W Kanadzie autor podobnego raportu w obawie przed katastroficzno-tragicznym brzmieniem przedstawił wyliczenia minimalne. Koszty z 9-12 tys. dol. spadły do 4 tys. dol. Tylko co to oznacza? U nas też pewnie można by ścisnąć wydatki do 40 tys. zł na jedno dziecko, ale pod warunkiem że ktoś żyje na co dzień z kalkulatorem i ołówkiem w ręku, korzysta ze wsparcia rodziny, wybiera najtańsze, często używane rzeczy. Ale większość obywateli zachowuje się zgodnie ze wzorcem społeczeństwa, w którym żyje.
Na czym opierał pan swoje wyliczenia?
Podstawą jest płaca minimalna - ona wyznacza poziom minimalnej konsumpcji dla osoby dorosłej. Trzeba brać pod uwagę koszty bezpośrednie i pośrednie. Pierwsze liczymy, patrząc, o ile wzrastają wydatki rodzin z dziećmi w porównaniu z bezdzietnymi. Widzimy, jak zmienia się model konsumpcji w rodzinie z dziećmi. Druga pozycja to wydatki pośrednie, czyli utracone korzyści. Doba ma 24 godziny i trzeba z czegoś rezygnować, choćby z pracy.
Poza tym przedstawiam dwa wyliczenia. Pierwsze to koszty identyfikowalne (jedzenie, odzież itd.). Wynoszą one 150-170 tys. zł na jedno dziecko do 20. roku życia. Bez liczenia kosztów pośrednich, czyli korzyści utraconych. Drugie wyliczenie pokazuje, że koszty małego dziecka to około 0,4 proc. kosztów, jakie przypadają na dorosłego człowieka. A w przypadku dzieci powyżej 14. roku życia - 0,6 proc.
Ale przecież jest tyle zmiennych. Nie da się zaplanować wydatków na dziecko na 20 lat w przód.
Ma pani rację. Współcześnie generalnie chcemy wiedzieć, ile co kosztuje. W takich czasach żyjemy. Ta tendencja jest nieunikniona. Gdy Szkoci dyskutują na temat wystąpienia z Wielkiej Brytanii, to też ważą koszty i korzyści.
Rozmawiała Barbara Sowa
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu