Dziennik Gazeta Prawana logo

Znikąd donikąd

30 czerwca 2018

Na własne oczy

Tramwaj linii numer siedem przemierza Warszawę z północnego wschodu na południowy zachód. Rusza z pętli na Szmulowiźnie, objeżdża Stadion X-lecia, wydostaje się na most Poniatowskiego, przepycha się przez Aleje Jerozolimskie i dociera na pętlę na Okęciu. Szmulowizna to taka dzielnica, gdzie kwaterunkowa bieda i stada młodych, drapieżnych złoczyńców. Okęcie to tam, gdzie brzuchy lądujących samolotów, hurtownie, krzykliwe reklamy na billboardach i zatrute oddechy tirów, wydostających się z miasta na południe i zachód. Jerozolimskie to jedne z najdroższych na świecie metrów kwadratowych pod sklepy, firmy, restauracje i najtańsze prostytutki. Jedziesz siódemką i masz własny film o mieście. Może się wydawać, że trasę ktoś ułożył tak, by pokazywać przez okna mozół, który ludzie zwykli nazywać cywilizacją. A przystanki powyznaczał niczym stacje wielkomiejskiej męki. (...)

Drogi ludzi, którzy wysiadają z tramwaju numer siedem, prowadzą w rozmaite miejsca, rysując swoistą mapę miasta.

Przystanek Szmulowizna: miasto upadłe

Pani Jadwiga ma siedemdziesiąt lat i o nic już nie dba. Ani o buty, ani o rajstopy, w których jedenastoletni kundel Pikuś z uporem wyrywa kolejne dziury, domagając się łaski pogłaskania. Źle wygląda pani Jadwiga, sama widzi, że gorzej, niżby wskazywały lata i piękna emerytura, siedemset złotych prawie, gdy tak siedzi na dziwacznej, porośniętej trawą, porzuconej betonowej konstrukcji tam, gdzie Szmulowizna ewidentnie się kończy. Jakieś dwieście metrów za pętlą tramwajową siódemki przebiega nasyp kolejowy i pod tym nasypem ktoś porzucił zwał betonu, na którym pani Jadwiga przysiadła z kundlem Pikusiem. Złe życie, zła dzielnica, źli ludzie.

Mieszka w przedwojennej kamienicy z zatęchłą klatką schodową, jak większość mieszkańców Szmulowizny. W pokoju z kuchnią, jak większość. Przepracowała czterdzieści lat to tu, to tam, głównie w fabryce (części do tramwajów). Jak większość? Nie, teraz większość nie pracuje nigdzie. Zwłaszcza młodzież. Większość młodzieży chuligani. Straszne złodziejstwo. Wczoraj jechała ciężarówka z dostawą do kiosku. Przyhamowała na skrzyżowaniu, do tylnych drzwi rzuciło się kilku chłopaków. Jednego pani Jadwiga zna. Trzynaście lat, ojciec pije, matka pije. Rabowali w biały dzień, na oczach ludzi. Powinno być, jak za okupacji: ile lat, tyle batów. Nie ma innej rady dla młodych. Na tę ich złość, na podłość, na nienawiść. Jak oni starych ludzi nienawidzą! Wysiądzie stary człowiek z tramwaju, a oni idą z tyłu i krzyczą: - Ty stara k. Pani Jadwiga rozbebesza starą, na wieczność przytroczoną do ręki torbę na zakupy, uśmiecha się, ale zaraz poważnieje. W drżącej dłoni ma pojemnik z gazem łzawiącym. - Coś się stało z ludźmi, ze światem, że aż tyle nienawiści.

Przystanek Brzeska: miasto zamknięte

Wysiadasz z tramwaju tam, gdzie wlot Brzeskiej, a dalej - Ząbkowska. Ta Brzeska i Ząbkowska to jedyna prawdziwa starówka w Warszawie. Najprawdziwsza secesja. Brzeską i Ząbkowską trzeba powąchać i usłyszeć. Odór wódy i nigdy niecichnące przekleństwa. Miasto zamknięte, żyjące własnym życiem. - Folklor - mówią z zachwytem ci, którzy znikają za piękną, kutą kratą od numerem 6, tam gdzie niedawno była knajpa rybna, a teraz jest skład i pracownia konserwacji starych mebli. Stanowski ojciec historię sztuki studiował w Paryżu, Stanowski syn - w Moskwie, na słynnej "Strogonowce", gdzie do wiedzy o antykach dodają praktyczne umiejętności przywracania ich do życia. Stanowscy na Brzeskiej, w starym magazynie mają dwa tysiące starych mebli. U Stanowskich meblują się aktorzy, dyplomaci, kiedyś meblowała się inteligencja, ale zbiedniała. Teraz zastąpiły ją "młode wilczki". To są ci, którzy robią karierę w centrum miasta. Reklama, adwokatura, wiadomo.

Stanowscy otworzyli warsztat na Ząbkowskiej w 1981 r., a potem ten drugi - na Brzeskiej. Wybrali Ząbkowską, a potem Brzeską, bo były tanie. Stanowski ojciec ma wizję przyszłej Brzeskiej i Ząbkowskiej. Jedyna prawdziwa starówka w Warszawie - cała pod szklanym dachem! Ulica zamieniona w piękny pasaż, fronty kamienic wymuskane, na czterech kondygnacjach ekskluzywne sklepy, galerie, renomowane kancelarie prawnicze, kawiarnie. Jak w Meksyku na przykład. Tysiąc restauracji pod wspólnym dachem. Ale wśród radnych w gminie Praga, powiada Stanowski, nie ma wizjonerów.

Przystanek Stadion: miasto bazar

Kiedy jedziesz pierwszą poranną siódemką, masz wrażenie, że miasto należy do dozorców i Azjatów. To trwa krótko, może pół godziny zaraz po piątej, gdy w kierunku Stadionu X-lecia ze wschodu i zachodu Warszawy jadą Azjaci i Azjatki. Wietnamczycy głównie. Starzy "stadionowcy" widzą, że wietnamski sektor niezauważalnie, błyskawicznie prężnieje, potężnieje, rozpełza się, wciskając w wolne szczeliny, oplótł nawet perony pobliskiego dworca autobusowego. Mali ludzie w gigantycznych, dwukondygnacyjnych "szczękach". Tysiące skośnookich, czarnowłosych mrówek, posługujących się biegle polskimi liczebnikami. Kłębią się wśród tajlandzkiej tandety. Pudła marnych tekstylnych butów, wiązki byle jak uszytych T-shirtów, piramidy słomkowych kapeluszy... Sprzedają to tysiącom rosłych, złotozębych przybyszy zza wschodniej granicy. Ci wysypują się o świcie z dwustu autokarów (codziennie pod Stadionem parkuje dwieście autokarów) i zaczynają krążyć między szczękami niczym mozolne żuki, ciągnąc za sobą umocowane na dwukółkowych wózkach pasiaste torby.

Około południa kłębowisko stygnie, zamiera, a pod gigantycznym napisem "Bazar Europa" pozostają kopce wypatroszonych opakowań, pogniecionych jednorazowych kubków, umazanych papierowych tacek. Kilka kilometrów miasta usłanego śmieciem. Kilka hektarów pobojowiska.

Handel na Stadionie ma zniknąć w 2000 r. Dwadzieścia siedem i pół tysiąca zatrudnionych tam Polaków będzie się buntować. Czarnowłose, skośnookie mrówki niezauważalnie i błyskawicznie wcisną się w jakieś szczeliny.

Przystanek most: miasto zakorkowane

Tam, gdzie jest główna brama na stadionowy bazar, przy rondzie Waszyngtona, miasto się zatyka. Korkuje się do mostu Poniatowskiego. Jak u wlotu na każdy warszawski most. Po południu korkuje się z odwrotnej strony. Tramwaj jest wtedy zatłoczony i cuchnący, ale jedzie. Ze średnią szybkością 17-18 kilometrów na godzinę, bo z taką średnią szybkością jeżdżą warszawskie tramwaje.

A ludzie z tramwaju patrzą z wyższością na ludzi z polakierowanych metalicznie aut. Auta stoją. (...) W Warszawie na tysiąc mieszkańców przypada 400 aut, więcej niż w Berlinie albo Wiedniu. Powstaje metro. Obecnie w ciągu doby drążone są średnio dwa metry tunelu. W ciągu piętnastu lat patroszenia miasta zbudowano 13 kilometrów podziemnej kolejki.

Przystanek Pałac: miasto zdeprawowane

Miasto dusi się, jest jak tłuste zwierzę z chorym krwiobiegiem. Tramwaj w godzinach szczytu przypomina nabrzmiałą żyłę. W centrum, na skrzyżowaniu Jerozolimskich z Marszałkowską, żyła pęka co chwilę. Kolejną falę pasażerów wsysa podziemny labirynt. Tanie staniki na łóżkach polowych, kobiety z naręczami rajtuz na ramionach. Handel, handel, handel. Nieujarzmiony, ścigany przez paradnie umundurowanych strażników miejskich. Władze raz po raz wypowiadają mu wojnę, ostateczną rozprawę. W gazetach piszą wtedy, że to wstyd, żeby w centrum miasta handlować stanikami na łóżkach polowych. Że centrum miasta to miejsce na kulturę, naukę.

Ale handel nie znika. Nawet Pałac Kultury i Nauki żyje z handlu i handlem.

Otoczony pierścieniem bud-straganów niezmiennie, na przekór wieloletnim dyskusjom, śmiałym projektom i zapowiedziom, jest centralnym obiektem miasta, wręcz jego architektonicznym symbolem.

Zaraz po nastaniu demokracji w 1991 r. dyrektorem architektonicznego symbolu miasta został Waldemar S. Rządził centralnym obiektem stolicy przez cztery lata. Bez najdrobniejszej kontroli, przy bezgranicznym zaufaniu ówczesnego prezydenta, jak ten sam publicznie oświadczał. Następnie w sprawie dyrektora Waldemara S. prokuratura wszczęła śledztwo. Po wielu miesiącach drobiazgowego dochodzenia sporządzono akt oskarżenia, wedle którego dyrektor Waldemar S. przelewał na własne konto część wpływów z bud-straganów. Czterdzieści trzy tysiące sześćset złotych - policzyła prokuratura. Dyrektora zwolniono, budy-stragany stoją, wynajęcie metra kwadratowego w Pałacu Kultury i Nauki kosztuje czterdzieści dolarów za miesiąc. Po przeciwnej stronie Jerozolimskich sprzedają się kobiety. 20 złotych za numer. 6 dolarów mniej więcej.

Przystanek Dworzec Centralny: miasto cuchnące

Tramwaj zatrzymuje się na wysepce pomiędzy przysadzistą bryłą dworca a strzelistym Marriottem. Podziemie. Niepojęta mieszanina. Bezdomni. Urzędnicy w delegacji, zawsze za ciepło albo za lekko ubrani. Kieszonkowcy. Eleganccy klienci sklepu z angielskimi herbatami. Narkomani. Ci z biur po czterdzieści dolarów za metr: młodzi i pewni siebie, w nienagannych garniturach. Poprzez obezwładniający, wszechobecny fetor ciągną za sobą strużki dobrych zapachów.

Gazety czasem piszą: "Dworzec śmierdzi. Śmierdzą rampy wokół dworca i okolice stacji Śródmieście. Smród towarzyszy wychodzącym z przejść podziemnych. Nieświeże powietrze wydobywa się z tuneli od strony Ochoty i Powiśla. Cuchnie w holu głównym". A wtedy Dyrektor Odpowiedzialny za Sprzątanie odpowiada gazetom: "Staramy się zabić ten smród. Stosujemy specjalne amerykańskie środki. Sęk w tym, że one są bardzo drogie. Cieczą z pięciolitrowej bańki, która kosztuje 50 zł, jesteśmy w stanie spryskać jedynie otoczenie holu kasowego lub przejście pomiędzy Centralnym a Śródmieściem, tj. ok. 200 metrów kwadratowych".

Dyrektor Odpowiedzialny za Sprzątanie jest fatalistą: - Dopóki na dworcu będą się gnieździć bezdomni i narkomani, nie jesteśmy w stanie zwalczyć niemiłych zapachów.

Przystanek plac Zawiszy: miasto olśniewające

(...) Między Centralnym a Zawiszy rośnie teraz miasto, które w przyszłości pokazywane będzie jako Warszawa lat dziewięćdziesiątych. Szklane prostopadłościany. Lustrzane wieże.

Kiedy dziś dojeżdżasz siódemką na plac Zawiszy, to możesz przeczytać na wielkim płocie, ogradzającym betonową, ponurą jeszcze wieżę, wielkie nazwisko: Vahap Toy. Pan Toy jest fińskim architektem, który zaproponował dla Warszawy ową wieżę i nazwał ją wieżą turecką. Wieża turecka będzie ogromna: 31 kondygnacji. W wieży tureckiej będzie zawsze "wiosenna temperatura i wilgoć". Na szczycie wieży tureckiej powstanie lądowisko dla helikopterów, jezioro oraz ogród botaniczny, nie mówiąc o panoramicznej restauracji niejako wiszącej nad Alejami Jerozolimskimi. Pan Vahap Toy twierdzi, że akwarium (na rzucie półksiężyca) wewnątrz wieży tureckiej będzie największym akwarium na świecie. A ściągnięte z Brazylii granity będą najcenniejszymi granitami na świecie.

Niektórzy polscy architekci i urbaniści są zaniepokojeni. Mówią, że wieża turecka nie pasuje do tej części miasta, będzie brzydka, nowobogacka, nadęta i śmieszna. Pan Toy odpowiada, że wieża turecka będzie piękna i być może wyznaczy nowy kierunek w rozwoju miasta. Ci, którzy widzieli, co pan Toy zrobił w Stambule, mówią, że pan Toy jest wielki.

Przystanek Banacha: miasto dziadowskie

Targowiska, bazary, targowiska. Naprzeciw wieży tureckiej jest targowisko, a gdy dalej na zachód jedziesz siódemką, to też mijasz kolejne targowiska. Przy Banacha jest wielkie targowisko. Staniki, kobiety z naręczami rajtuz, zwały używanej odzieży po dwa złote sztuka na polowych łóżkach. I dziadostwo. Dziadostwo to są przedmioty wygrzebane ze śmietników. Stare czajniki, pojedyncze talerze, zepsute żelazka, wyrzucone książki (te śmiertelnie zaczytane i te Bóg wie po co napisane), kawałki kabli, pordzewiałe druty, zachodzone buty. - Dziadostwo - mówią z pogardą ludzie, którzy przechodzą przez dziadowską alejkę przy Banacha. A zbieracze dziadostwa zrazu żwawi, hałaśliwi, rozgadani, nawołujący się nawzajem, klnący obrzydliwie i jeszcze obrzydliwiej spluwający, tym obrzydliwiej, im więcej pogardy we wzroku przechodzących, z biegiem dnia jeden po drugim pogrążają się w sen, w błogostan, w obojętność, w znieczulenie. Tym solidniejsze, im więcej wokół butelek po tanim winie.

Przystanek szpital: miasto w zawale

Dziadowską alejką można dojść do szpitala. Największy w Warszawie. Prawdziwy szpital wielkomiejski. Osiemnaście miejsc do intensywnego ratowania zawałowców jest stale zajętych.

W niedzielę albo święto połowa tych, co wysiądą z siódemki, idzie do szpitala. Z sokiem w kartonach, z pomarańczami, z nadzieją. W szpitalu jest tysiąc dwieście łóżek. Co roku trafia tam czterdzieści jeden tysięcy pacjentów. Dwa tysiące umiera.

Przystanek Okęcie: miasto na zły tydzień

Od szpitala przy Banacha siódemka oddala się od centrum. Miasto jakby obniża się, karłowacieje, nawet wysokość latarni nikczemnieje. Wszystko z powodu bliskości lotniska.

Pan Zdzisław lubi końcówkę trasy siódemki, kiedy w sobotę rano jedzie na pętlę. Tramwaj kołysze się miarowo, wyhamowuje z tym samym zawodzeniem na równo oddalonych przystankach. Lubi też pętlę na Okęciu. Czasem postoi godzinkę, żeby popatrzeć na brzuchy samolotów, bo zwykle startują pod wiatr, na zachód i wtedy z pętli widać dokładnie ich brzuchy. Kiedy już się napatrzy, staje wśród staczy.

Stacze stoją na Okęciu prawie zawsze. Łapią okazję. Bo pekaes nie zawsze chce się zatrzymać tam, dokąd jadą. Pan Zdzisław mieszka pod Białą Rawską. W Warszawie robi. Co się trafi, raczej całościowe roboty. Wyburzanie ścianek, malowanie, wylewanie betonu. Od roku kolega go wyciągnął, w zimie była przerwa. W garażu śpią, tam gdzie robota.

Nie ma kłopotu, zawsze złapie jakiegoś tira. Trzeba stać i machać, nie zrażać się. Wsiądziesz, od razu jest gadka. O Warszawie najpierw. Tydzień wytrzymasz, ale na bożą niedzielę ciągniesz do siebie. Patrzysz na to mrowie w tramwajach, w autobusach, w lakierowanych autach. Jaki jest sens w tym wszystkim? Ot, gonitwa znikąd donikąd.

Ewa Wilk © Polityka sp. z o.o. S.K.A. 1991-2014

(skróty pochodzą od redakcji)

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.