Dziennik Gazeta Prawana logo

Przystanek, raj i pułapka

30 czerwca 2018

Czy już masz gosposię ze Wschodu?

Masza budowała rakiety kosmiczne. Luba kończyła konserwatorium, grała na skrzypcach w filharmonii. Gala pracowała w fabryce żarówek. Teraz sprzątają w Polsce, jak tysiące kobiet przyjeżdżających do nas z Rosji, Białorusi i Ukrainy. Doprowadzają do połysku świeżo dorobione wille, chowają dzieci zaganianej polskiej klasy średniej, która pierwsze pieniądze zdobywała szorując wille niemieckie i pilnując francuskich dzieci.

Oksana (27 lat, z zawodu szwaczka) podczas ostatniej wizyty w domu policzyła, że z jej wsi wyjechało do Polski ponad sto osób. - U nas ciężko. Szczególnie ciężko, kiedy chłop pije. A piją wszyscy.

Gdy przyjechała do Polski, zdziwiły ją trzy rzeczy: - Ciągle: przepraszam i przepraszam, w sklepie, w autobusie, a nie: odejdź, jak u nas. Drugie to krany z dźwignią zamiast kurka, a trzecie, że mężczyźni przychodzą po pracy trzeźwi.

Przystanek

Mąż Oksany też pije, ale jest tu z nią w Polsce, znalazł pracę u kamieniarza, dobrze zarabia, więc Oksana znosi to jego picie z łagodnym fatalizmem, bo wiadomo, że wódka jest dla mężczyzny jak powietrze. Razem z innym ukraińskim małżeństwem wynajęli malutki domek pod Warszawą. Zimą śpią w swetrach, bo szkoda pieniędzy na opał, więc grzyb grubym kożuchem pokrył już ściany. Dla grzyba Oksana także ma wyrozumiały uśmiech. - To i tak luksus - mówi. - Nasi mieszkają tu po dziesięciu w jednym barakowozie. Nie ma co narzekać.

Od rana do 16 opiekuje się dzieckiem, popołudniami sprząta. Co parę miesięcy jeździ do domu odwiedzić dwuletniego synka, którym zajęła się teściowa. Wracając do Polski, żeby zaoszczędzić, wiezie kompoty, słoiki smalcu, wódkę i zamrożone mięso. - To blisko, pięć godzin autobusem - tłumaczy. - Może i to mięso trochę pocieknie, ale da się zjeść.

Zarobione złotówki zmienia na dolary i wiezie do siebie. Stawiają duży, dwupiętrowy dom. - Skończyć jak najszybciej i wracać do synka, bo tęskno - planuje. Na razie jeszcze konkretnie nie myśleli, jak ten dom utrzymają. Przed wyjazdem mąż zarabiał trochę dorywczo jako mechanik samochodowy, a ona ostatnią pracę straciła w 1993 r. Potem już tylko stała na birży, czyli w biurze dla bezrobotnych, czasem handlowała na bazarze. Pewnie mąż będzie dalej jeździł do Polski.

Masza ukończyła Politechnikę Lwowską i jako inżynier elektronik przepracowała ponad 20 lat w zakładach produkujących urządzenia do rakiet kosmicznych. Nie może powiedzieć jakie, bo podpisała zobowiązanie o zachowaniu tajemnicy. Jej urządzenia jechały do Moskwy, gdzie były montowane do rakiet, potem na bajkonurski kosmodrom, a stamtąd wystrzeliwano je w kosmos. To były złote lata: spokojne życie, dobra pensja, nawet samochód kupili. Po rozpadzie imperium problem podboju kosmosu zszedł na dalszy plan. Zakład Maszy przestawił się na produkcję telewizorów, ale i tak padł. - Byłam tam niedawno - opowiada. - Kompletna ruina, wszystko rozkradli, nawet róże z trawników powyrywali.

Potem Masza pracowała w instytucie naukowo-badawczym przy innej fabryce. Przez rok nie dostawali pensji. Gdy dyrektor sprzedał zakład, wierzyli, że wreszcie zapłaci, ale zniknął z pieniędzmi na Zachodzie. - To był straszny rok - wspomina. - Chodziłam piechotą, bo na bilet tramwajowy nie było mnie stać, brakowało nam chleba, grozili, że wyłączą prąd.

Maszy pomagała córka. Zna pięć języków i też jest inżynierem, ale powodzi jej się dobrze nie z tego powodu, tylko dlatego, że wyszła za mąż za polskiego biznesmena, który prowadzi we Lwowie interesy. - Mam jeszcze młodszego syna - mówi Masza. - I muszę go wykształcić. Studiuje informatykę i matematykę, a u nas teraz rok nauki kosztuje 700 dolarów. Są bezpłatne studia, ale żeby się dostać, trzeba dać taką łapówkę, że lepiej iść na płatne.

Masza zarabia w Polsce na studia dla syna. Wierzy, że warto, choć ona - inżynier - szoruje polskie okna i podłogi. Wszyscy w rodzinie kończyli politechnikę i syn też skończy. Już za rok. Pewnie potem wyjedzie na Zachód. Świat potrzebuje informatyków. Będzie miał lepsze życie, więc mniejsza o te podłogi i okna. Poza tym Masza musi pomóc siostrze, której syn ma białaczkę.

- Po Czarnobylu to u nas epidemia, a w szpitalu za wszystko się płaci. Jeden zabieg chemioterapii kosztuje 400 dolarów - opowiada. - Póki tu jestem, zbieram też ubrania dla przyjaciółki. Jej mąż jest profesorem uniwersytetu i zarabia 200 hrywien; to tak jak wasze 200 zł, a ceny u nas takie same.

W sumie Maszy się w Polsce ułożyło. Zięć zostawił jej mieszkanie i załatwił pracę w zaprzyjaźnionych domach. Czasem dostaje zlecenia na przygotowanie przyjęcia. Świetnie gotuje, zwłaszcza barszcz, pielmienie i grzanki z ciemnego chleba z czosnkiem. Polacy są mili i serdeczni, choć zdarzają się wyjątki. Kiedyś sprzątała u młodego chłopaka. Wynajmował ją na trzy godziny tygodniowo, zostawiał listę rzeczy do zrobienia: posprzątać cztery pokoje, dwie łazienki, umyć okna i wyczesać psa. - Ja mu mówię, że tego się nie da zrobić w trzy godziny, a on, że to mój problem. No jak mój, to odeszłam - opowiada. - Ale nie upokorzenie jest najgorsze. Ja strasznie tęsknię za Ukrainą. Gdybym się dowiedziała, że mam pracę, jutro wieczorem byłabym we Lwowie.

Raj

Córeczka Ingi, właścicielki firmy w Warszawie, wita ją od progu: mamo, ja ciebie kochaju, a potem biega po domu klepiąc wierszyk: jedzie traktor tyr, tyr, tyr, a my w mir, a my w mir. Małą od ponad roku wychowuje ukraińska niania. Prowadzi dom, sprząta, gotuje. Mieszkają razem, razem jeżdżą na wakacje do Sopotu. - U większości koleżanek, które mają dzieci, mieszkają Ukrainki - mówi Inga. - Na początku człowiek czuje się dziwnie z obcą osobą, ale gdy dom jest duży, można się przyzwyczaić. Dziś już nie poradziłabym sobie bez Wiery. Najtrudniejsze były pierwsze miesiące, kiedy poznawała język, uczyła się, jak obsługiwać pralkę, zmywarkę, który proszek do mycia czego, bo u nich jest jeden uniwersalny, jak ubrać dziecko na spacer, żeby nie wyglądało "od czapki" i przede wszystkim, żeby nie oszczędzać. Tam jest straszna bieda. Przez pierwszy miesiąc Wiera tak jadła, że przytyła 8 kilo. Bała się wyrzucać resztki, w sklepie kupowała najtańsze jedzenie, które musiałam dawać psu, żeby ją przekonać, że naprawdę nie trzeba.

Wiera zarabia u Ingi 250 dolarów miesięcznie. Utrzymuje z tego rodzinę: ojca emeryta, bezrobotnego męża, córkę, której dzienny zarobek wystarcza na chleb, wnuczka, który ciągle choruje, bo zimą prąd i ogrzewanie włączane jest tylko na cztery godziny dziennie. Dziś trudno im sobie wyobrazić, co by było bez tych pieniędzy. Wiera nie planuje powrotu, będzie tu tyle, ile się da.

Tak samo Galina. Nie ma do czego wracać. W jej miasteczku pozamykali prawie wszystkie fabryki. Jedną kupił Szwajcar, zwolnił połowę ludzi i dalej wyrzuca; wystarczy, że ktoś się spóźni pięć minut albo przyjdzie nietrzeźwy. - U nas ludzie do tego nieprzyzwyczajone - tłumaczy Gala.

Zakład Gali niby jeszcze pracuje. Produkują żarówki, ale pensji nie płacili już od dawna. W końcu wypłacili ekwiwalent w żarówkach. Gala poszła ze swoją "pensją" na bazar i sprzedała albo wymieniła na inny towar. Łatwo nie było. W końcu na co komu żarówki, jak w większości domów dawno odcięli prąd. Kolejnej pensji w żarówkach jej rodzina stanowczo by nie przeżyła. Dolary z Polski wystarczają na niezłe życie dla sześciu osób.

Pułapka

Dla Oksany i Maszy Polska to przystanek, dla Wiery i Galiny - raj, dla Luby - pułapka. Luba jest skrzypaczką w filharmonii i nauczycielką w szkole muzycznej. W filharmonii powiedzieli: pieniędzy nie ma, chcesz, to graj, nie chcesz - odejdź. Szkoła też nie płaciła. Skąd wziąć na pensje, skoro nawet na prąd nie było. - W klasach zimno, a 10 godzin dziennie trzeba było grać. Ręce jak z drewna - wspomina Luba. - Wieczorem ćwiczyliśmy przy świecach. Pianiści mieli łatwiej, na fortepianie świecę postawisz, na skrzypcach nijak. W końcu ci na górze wymyślili, żeby w styczniu zrobić wakacje. Spuścili wodę z kaloryferów, ale niedokładnie. Kaloryfery popękały, szkołę zalało. Przyszedł stroiciel fortepianów, zobaczył swoje ukochane instrumenty kompletnie poniszczone. Złapał się za głowę, powiedział, że dłużej tego absurdu nie wytrzyma i poszedł się upić. Ja też miałam dość. Smyczków nie ma, strun nie ma. Ludzie dobre! Żeby w szkole muzycznej na struny nie było - irytuje się Luba. - Póki nam płacili, sami kupowaliśmy, ale potem za co?

Luba dostała świetny kontrakt na Zachodzie; granie w ekskluzywnym hotelu: repertuar klasyczny, duża pensja i zagwarantowany czas na próby. Miała tylko kupić dobry instrument. Chodziła do kogo się dało, pożyczyła 5 tys. dolarów i w zdenerwowaniu dała sobie wcisnąć bubel. Lutnik obejrzał, powiedział, że długo na tym nie pogra. Nie było z czym jechać na kontrakt, a pieniądze trzeba oddać. Luba przyjechała do Warszawy zarabiać na długi. Przez pierwszy miesiąc była bez pracy. Czasem jadła, czasem nie, czasem nocowała u znajomych, czasem na dworcu. Tylko z językiem od początku nie miała kłopotów. - Moja matka chrzestna zawsze powtarzała, że to sprawa honoru, żeby znać język sąsiada - mówi. - Zresztą u nas od lat dobre książki czytało się po polsku: "Przeminęło z wiatrem", "Lalkę". Ale ten akcent... Gdy dzwoniłam w sprawie pracy, ludzie rzucali słuchawkę.

Pierwszą pracę dostała pod Warszawą: opieka nad dwójką małych dzieci, sprzątanie i gotowanie dla 10 robotników, bo dom był jeszcze niewykończony. Potem była opieka nad 90-letnią staruszką. - Moja biła i drapała przy zmianie pampersów, a jak przychodziła jej córka, kłamała, że nie daję jej nic do jedzenia - opowiada. - Najgorsze, że człowiek nie ma ani chwili czasu dla siebie, nawet wieczorem. Jestem tu bez skrzypiec, więc czasem muszę chociaż iść na koncert albo do teatru, mnie to potrzebne.

Luba razem z koleżankami: lekarką i absolwentką średniej szkoły, wynajęła małe mieszkanie i zaczęła pracować jako sprzątaczka. Szorując podłogi powtarzała w pamięci wiersze i biografie kompozytorów, budowała akordy w gamie. Żeby nie zgłupieć. Codziennie przez sześć dni w tygodniu wychodziła rano, objeżdżała kolejne mieszkania, wracała po kilkunastu godzinach. Organizm nie wytrzymał, skończyło się w szpitalu i odłożone oszczędności poszły na leczenie. Trzeba było zaczynać od nowa.

Co kilka miesięcy Luba jeździ do Lwowa pomóc rodzicom, którym ostatnio wypłacono emerytury za styczeń, po 64 hrywny. Z jednej strony widzi, że coś się poprawia. Jest wolność, nikt nie pyta jak kiedyś: skąd masz dolary? W sklepach uśmiecha się obsługa i stoi towar. - Stoi on drogo, ale jest - opowiada. Ostatnio elegancko odnowili Grand Hotel, młode chłopaki w obsłudze, w jakim języku chcesz, mówią, w recepcji komputer, obok sklep Lancôme. Jak w Europie. Ale z muzyką tragedia. Niedawno był strajk głodowy nauczycieli szkół muzycznych, bo chcą wszystkie pozamykać. Jej przyjaciółkę z zespołu zaraz będą eksmitować razem z córeczką, bo nie płaci już 3 lata za mieszkanie. Mąż jej alimentów nie daje, bo też muzyk, a teraz to to samo co alkoholik. Jedzą tylko chleb i kartofle. Kto tylko może, jedzie do Polski albo do Włoch. Tak jak flecista; genialny, gra pięknie jak anioł, a już półtora roku pracuje w Polsce na budowie. Jak oni tam myślą? - Co to za logika?! - denerwuje się Luba. - My tu formę tracimy, instrumenty za tysiące dolarów leżą, a w filharmonii za chwilę nie będzie miał kto grać.

Luba z melancholią ogląda swoje dłonie. Palce sztywne, ustawienia ręki trzeba się będzie uczyć od nowa; więc musi zarobić już nie tylko na dług i nowy instrument, ale także na lekcje. Im dłużej tu jest, tym mniej ma po co wracać. - Często przychodzi taki sen - opowiada. - Jestem na sprzątaniu i bardzo się spieszę, bo za chwilę mam koncert. Byle tylko zdążyć. I myślę przerażona: co ja zagram, co ja mam zagrać, jak ja już nic nie pamiętam.

Joanna Podgórska © Polityka sp. z o.o. S.K.A. 1991-2014

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.