Wyrastamy ze wsi
Na naszych oczach dzieje się w Polsce wielka miejska rewolucja, która odgrywa kluczową rolę w procesie europeizacji naszego społeczeństwa
ALEKSANDRA KLICH: Czy przy krzyżu na Krakowskim Przedmieściu polska wieś spotkała się z miastem?
PAWEŁ KUBICKI*: To byłoby zbyt proste. Raczej spotkały się dwa modele tożsamości narodowej: tożsamość obywatelska, dla której istnieje wiele narracji polskości, i tożsamość etniczna, dla której istnieje tylko jedna narracja narodowa. Ta pierwsza jest pluralistyczna, otwarta, bardziej liczy się tu lojalność wobec państwa niż pochodzenie i religia. Druga jest zamknięta, tworzona na bazie wspólnoty kultury i więzów krwi. Tożsamość obywatelska rozwijała się głównie w Europie Zachodniej na bazie miast i mieszczaństwa, tożsamość etniczna - w Europie Środkowej i Wschodniej, gdzie podstawą było chłopstwo lub/i szlachta.
Twierdzi pan, że w polskiej historii przez wieki dominowała ta druga tożsamość, etniczna i zamknięta, charakteryzowana przez Karla Poppera jako nieracjonalna, dogmatyczna, licząca na państwo i niechętna wobec konkurencji. Przyczyną ma być historycznie uwarunkowana słabość polskich miast i kultury miejskiej. Polacy to wieśniacy?
Byli nimi długo. Apoteozie wsi towarzyszyła niechęć do miasta. W średniowieczu polskie miasta funkcjonowały w sieci miast europejskich, ale w XVII wieku, gdy polską kulturę zdominował sarmatyzm, porzuciliśmy miejską kulturę na długo. W Polsce szlacheckiej, pod zaborami i w PRL-u miasto było symbolem zła. Ikoną polskości był dworek na wsi, nie plac miejski. W Europie to miasta ze swoimi ulicami, rynkami, kawiarniami tworzyły kulturę, stanowiły centra cywilizacyjne. W Polsce kawiarnie do dziś kojarzą się źle: z wiejską gospodą, gdzie Żyd i zaborca upijali Polaka, żeby nie myślał o niepodległości. Nie mieliśmy nawet miejskiej literatury. Porzucając miasta, porzuciliśmy Europę.
W PRL-u jednocześnie nobilitowano kulturę ludową i ściągano miliony ludzi ze wsi do miast.
To efekt opóźnionej industrializacji, która dokonywała się we wciąż jeszcze rolniczym społeczeństwie. Co więcej, największe straty ludzkie podczas II wojny światowej odniosło - i tak nieliczne - wielokulturowe mieszczaństwo polskich miast. Polska miejska inteligencja była masowo eksterminowana przez nazistów i Sowietów, Żydzi albo zginęli w Holocauście, albo emigrowali, niemieckich mieszczan deportowano do Niemiec. Masowo napływająca do miast ludność wiejska nie miała się zatem od kogo uczyć nowych wzorów kulturowych i stylów życia. Zaczęliśmy wracać do miejskiej kultury po transformacji w 1989 r., a szczególnie po wejściu do Unii. Na naszych oczach dzieje się wielka miejska rewolucja, która odgrywa kluczową rolę w procesie europeizacji polskiego społeczeństwa.
W czym tę rewolucję widać?
Gdy w 2007 r. zaczęliśmy nasze badania nad rozwojem polskich miast po wejściu do Unii Europejskiej, nie było praktycznie żadnych organizacji pozarządowych zajmujących się miastem. Dziś jest ich po kilkanaście w każdym mieście, a tych niesformalizowanych, funkcjonujących dzięki portalom społecznościowym, nie zliczę. Ludzie jeszcze nie wprowadzili się na osiedle, a już tworzą forum; za jego pośrednictwem poznają się, żeby sobie służyć pomocą, np. pilnując deweloperów. To przykład, że internet fantastycznie buduje kapitał społeczny. Do tej pory zmiany w miastach działy się ponad naszymi głowami, dziś coraz częściej chcemy uczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczących przestrzeni. Więcej: odkrywamy w niej naszą tożsamość. Zobaczyliśmy europejskie miasta i widzimy, że w mieście da się dobrze żyć, dom pod miastem to już niekoniecznie spełnienie marzeń.
Nowe mieszczaństwo patrzy na miasto nie jak na sumę prywatnych własności, ale jak na dobro wspólne. Wieś generuje model kastowy, w którym najważniejsza jest wąska rodzina, a każdy obcy jest zagrożeniem. Miasta generują model życia oparty na otwartości i różnorodności.
Jeśli mieszkamy w mieście, musimy zgadzać się na to, że obok nas są inni. Więcej: chcemy do nich wyciągać rękę, wychodząc z wiejskich opłotków. Przykład? Jeszcze kilka lat temu w Polsce było niewiele kawiarń z ogródkami na zewnątrz. Dziś trudno znaleźć taką, która wiosną nie ustawi parasoli. Mieszczanie są spragnieni kontaktu z drugim człowiekiem. Na naszych oczach rodzi się zaufanie do innego, do sąsiada, człowieka innej kultury. W mieście dzieje się to szybciej, bo bezpieczeństwa nie zapewni nam kamera ani płot na osiedlu, to tylko substytut dobrego sąsiedztwa. Im więcej europejskości, tym więcej miejskości. Im więcej miejskości, tym więcej wolności.
Kim są nowi mieszczanie?
To pokolenie trzydziestolatków, którzy albo są potomkami powojennych przybyszów ze wsi do miast, albo przyjechali na studia i już tu zostali.
Rozmawiając z nimi, zauważyliśmy, że mniej mają wspólnego z neoliberalnymi yuppies, a więcej - w pewnym sensie - z dawną polską inteligencją. Są bowiem gotowi do dzielenia się zasobami na rzecz wspólnoty dobra wspólnego.
Jednak tym dobrem dla nowego mieszczanina nie jest już - jak dla dawnego polskiego inteligenta - tylko i wyłącznie naród, ale coraz bardziej miasto. To ono jest punktem wyjścia do kreowania własnej tożsamości; jednocząc się w nieformalnych grupach, mieszkańcy robią dla miasta więcej niż urzędnicy czy radni.
Nowi mieszczanie znają języki, są mobilni i otwarci. Weźmy takich naukowców. Z opublikowanego w grudniu 2010 r. dokumentu Komisji Europejskiej wynika, że Polska zanotowała największy wzrost wyjazdów kadry akademickiej w ramach programu Erasmus - aż trzykrotny. Na drugim miejscu są naukowcy z Hiszpanii, na trzecim - z Niemiec. W wielu placówkach badawczych język polski staje się drugim najczęściej używanym po angielskim.
Wielu socjologów zwraca uwagę, że najdynamiczniej rozwijają się te miasta świata, które stworzą warunki do życia dla najbardziej kreatywnych, utalentowanych i tolerancyjnych ludzi. (...)
To czemu ci otwarci "nowi mieszczanie" ogradzają osiedla płotami?
Rzeczywiście, gdy kilka lat temu młody doktorant z Niemiec porównywał osiedla grodzone w Warszawie z podobnymi w Berlinie, okazało się, że w naszej stolicy było takich ponad 200, a w stolicy Niemiec - dwa. Płot to symbol statusu w Polsce prowincjonalnej przeniesiony do miasta.
Choć głosimy otwarcie na drugiego, mentalnie dalej mieszkamy na wsi, gdzie dominuje strach przed sąsiadem?
W miastach wciąż silne są wzory kultury wiejskiej. Symbolem naszego polskiego stosunku do przestrzeni publicznych jest film "Sami swoi", w którym ciągnący się pokoleniami konflikt zaczyna się od jednej rzeczy: ktoś obcy wszedł w miedzę, czyli w nasze. Ta hańba wymaga zmazania krwią. W normalnym europejskim mieście grodzenie wywoływałoby sprzeciw.
Jeszcze niedawno młodzi chętnie mieszkali w śródmieściach. Dziś uciekają na peryferie. Klasa średnia robi miejsca dla banków i turystów?
To jeden z największych problemów polskich miast. Jeśli rodzice z dwójką dzieci nie chcą tłoczyć się na 40 metrach kwadratowych, muszą kupić dom pod miastem, bo na duże mieszkanie w centrum najzwyczajniej ich nie stać. Przez to miasta tracą najbardziej efektywnych podatników, ludzi, którzy mogliby tworzyć kulturę miejską. Tych, którzy kreują przestrzeń, generują zjawiska kulturalne, biorą w nich udział. Za ich pieniądze podmiejskie gminy budują drogi, remontują przedszkola. Dla nich to dobrze, ale centra tracą.
W Krakowie to nie aż taki problem, tu zawsze - ze względu na genius loci - znajdą się chętni do zamieszkania w centrum. Wrocław też sobie jakoś radzi. Ale w Szczecinie, Warszawie, Łodzi to kłopot, z którym samorząd powinien sobie poradzić, wprowadzając np. preferencje mieszkaniowe dla studentów czy artystów chętnych, by zamieszkać w centrum. Bo bez tych ludzi dyskoteki i banki wyprą kawiarnie, a multipleksy na odludziu wyssą teatry. (...)
Im bardziej rozwijają się metropolie, tym bardziej drenowana jest prowincja. Co z tym zrobić?
Trzeba poprawić jej sytuację inwestycją w infrastrukturę, czyli drogi. W świecie, gdzie gospodarka jest coraz bardziej oparta na zawodach mobilnych, niewymagających przebywania ośmiu godzin w pracy, można mieszkać w małej miejscowości i pracować w metropolii. Pod jednym warunkiem: że jest dobra komunikacja. Wzorem może być dla nas Finlandia. Do Helsinek, dzięki świetnie rozplanowanej sieci kolejowej i drogowej bez problemu można dojeżdżać do pracy nawet 100 km. Niestety, u nas trudno zaplanować dobrą komunikację, bo podmiejskie osiedla są budowane zgodnie z "zasadą konfetti": beztrosko rozrzucone bez ładu i składu. Komunikacja nie jest w stanie obsłużyć miast rozrastających się bez planów i wizji.
Przerosło nas tempo rozwoju miast?
Prawnicy, socjolodzy, urbaniści, architekci zamknięci w obrębie swoich dyscyplin są bezradni wobec złożonego fenomenu miasta. Nie wykształciliśmy wspólnego języka, ekspertów od miast, bo wszystko zmieniło się za szybko.
Socjologia miasta, zwłaszcza ta rozwijająca się w latach 70. i 80., była wyraźnie marksizująca, a w polskim przypadku dominowała jeszcze zasada centralnego planowania. Po 1989 r. wyrzuciliśmy plany do kosza, a odwołania do marksizujących socjologów jak Castells czy Harvey wydawały się niestosowne. Efekt tej fascynacji wolnym rynkiem? Przekonanie, że jak kupiłem działkę, to mogę wybudować na niej taki dom, jaki tylko zechcę. Dlatego mamy bezguście architektoniczne, reklamowy kicz.
Przez ostatnie 20 lat traktowano miasto jak sumę prywatnych własności. To nasze nieszczęsne: "Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie", świetnie wpasowało się w kulturę neoliberalną. Nie rozumiemy, że pięknie zaplanowane miasta we Włoszech wyrastały na zgodzie mieszkańców od pokoleń.
Miasta już teraz dogadują się z Brukselą w sprawie unijnych pieniędzy z pominięciem Warszawy. Państwo przestaje być potrzebne?
Jak twierdzi Zygmunt Bauman, historia toczy się od plemion do narodów i z powrotem. Dla socjologów jest jasne, że wracamy do przestrzeni regionalnych. Nie wiadomo, czy za sto lat będzie istniał naród pod taką postacią, pod jaką go dziś znamy, przecież naród to idea mająca nie więcej niż 200 lat.
Na początku XX wieku, po odzyskaniu niepodległości, trzeba było Polskę zszyć z różnych kawałków z dominantą historii Kongresówki. A z historią Kongresówki trudno identyfikować się Ślązakom, Kaszubom, Wielkopolanom, nawet mieszkańcom byłej Galicji. Świetnie rozumiem, dlaczego tak wielu ludzi nie potrafiło wejść do tego modelu. Łatwiej im identyfikować się z miastem, regionem niż z państwem. Szczególnie gdy miasto napawa ich dumą, jest sexy, jak we Wrocławiu czy Krakowie, a za państwo i jego reprezentantów często trzeba się wstydzić.(...)
*PAWEŁ KUBICKI socjolog i antropolog kultury z Instytutu Europeistyki Uniwersytetu Jagiellońskieg o
(skróty pochodzą od redakcji)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu