Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Słoiki PRL-u

Ten tekst przeczytasz w 18 minut

"Wiosna, lato, jesień, zima i tak w koło. Ciasno tu jest, rozumiesz?" - mówi główny bohater serialu "Daleko od szosy" Leszek Górecki. Tak jak on ciasnotę rodzinnych wsi odczuwały w PRL-u miliony ludzi. Uciekli więc do miasta, kształtując w ten sposób kraj, jakim znamy go dzisiaj

Młodego Góreckiego rodzinna wieś tłamsi, nie pozwala rozwinąć mu skrzydeł. Jego matka dziwi się, że chłopak sięga po książki. Lubi majsterkować. Kiedy wreszcie podejmuje decyzję o wyjeździe, zwierza się z zamiaru swojej sympatii Bronce. Dziewczyna reaguje pytaniem: "A bo ci tutaj źle?". Leszek spokojnie odpowiada: "Nie. Ino ciasno. Tutaj odbicia w sobie nie mam".

Bohater "Daleko od szosy" uosabia miliony młodych ludzi, którym peerelowska wieś nie miała nic ciekawego do zaoferowania. Z socjologicznego punktu widzenia moglibyśmy powiedzieć, że Górecki na własnej skórze odczuł czynniki wypychania, czyli zjawiska zachęcające ludzi do opuszczenia miejsca dotychczasowego zamieszkania. Grany przez Krzysztofa Stroińskiego bohater przypuszcza, że lepsze czeka go w mieście, więc życiowej szansy upatruje właśnie tam. Ponownie zamieniając to na terminologię socjologiczną, można by powiedzieć, że do miasta zwabiły go, jak jemu podobnych, potężne czynniki przyciągania. Wyjaśnienie ruchów migracyjnych na zasadzie mechanizmu wypychania/przyciągania zaproponował amerykański socjolog Everett Lee w swoim fundamentalnym dziele "Teoria migracji" z 1966 r.

Nie wiadomo, czy Lee, kiedy pracował nad książką, miał świadomość, że kraj po drugiej stronie oceanu, za żelazną kurtyną, stał się właśnie wielkim laboratorium, w którym naukowcy mogliby sprawdzić słuszność jego teorii. Między 1946 a 1990 r. w Polsce ze wsi do miast przeniosło się łącznie niemal 6 mln ludzi. Z miejsca urodzenia wypychały ich: bezrobocie, brak perspektyw, przaśna kultura. Równie potężne czynniki przyciągały do miast: masowo powstające miejsca pracy, zarobki pozwalające na lepsze życie, perspektywa zdobycia wykształcenia. W efekcie na początku III RP w miastach mieszkało już 61,8 proc. ludności kraju, co znacząco odróżniało ją od II RP, która była krajem typowo wiejskim. Jednocześnie ten masowy, trwający nieprzerwanie przez pół dekady ruch przeorał kulturowo zarówno wieś, jak i miasto, tworząc podwaliny Polski, jaką znamy teraz.

Pralki za darmo

Jak tłumaczy socjolog z Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Stanisław Kłopot, masowa urbanizacja zaszła dopiero za czasów PRL-u z tej prostej przyczyny, że w międzywojniu istniała swego rodzaju blokada migracyjna. Znaczy to po prostu tyle, że miasta nie były w stanie wchłonąć nadmiaru ludności ze wsi. - W większych ośrodkach nie było wtedy przemysłu, a ile miasto bez przemysłu jest w stanie wygenerować miejsc pracy dla niewykwalifikowanej ludności - parobków, służących itd.? - pyta socjolog. To zmieniło się wraz z nadejściem władzy ludowej i przyspieszeniem industrializacji kraju. Wielkie budowle komunizmu - kopalnie, Huta Sendzimira, Konin, Bełchatów, Turoszów, Puławy - raz na zawsze zmieniły polską mapę czynników przyciągania i wypychania.

Pierwszą falę napływu ludności do miast dało się odczuć tuż po wojnie, jeszcze między 1946 a 1950 r. Większe ośrodki zyskały wtedy 875 tys. nowych mieszkańców. Tak wielu zyskają na skutek migracji jeszcze tylko dwa razy - w pierwszej i drugiej połowie lat 70. Na dekadę Gierka przypadło dalsze przyspieszenie industrializacji, a wraz z nim pojawiła się konieczność znalezienia rąk do pracy. Bez względu jednak na dekadę, największe zapotrzebowanie na siłę roboczą było na Śląsku. Dodatkowo atrakcyjność miast, szczególnie śląskich, podnosiła propaganda PRL, ogłaszając kolejnych bohaterów współzawodnictwa pracy - to wtedy wykreowano takich górniczych przodowników, jak polski stachanowiec Wincenty Pstrowski (który na łamach "Trybuny Robotniczej" rzucił wyzwanie "Kto wyrąbie więcej niż ja?"), Czesław Zieliński (721 proc. normy), Józek Ciszek (w ciągu kwartału wykonał roczną normę wydobycia węgla) czy Szczepan Błaut (na cztery lata przed terminem wykonał plan sześcioletni).

Kopalnie na początku wykorzystywały więźniów z obozów pracy. Szybko jednak się okazało, że to nieekonomiczne, bo skazani pracowali nieefektywnie, a dodatkowo trzeba było łożyć na utrzymanie samych obozów. W głowach działaczy partyjnych i szefów zjednoczeń węglowych pojawiła się więc myśl, żeby do pracy w kopalniach ściągnąć chłopów. Organizowano więc akcje rekrutacyjne, w ramach których brygady złożone z działaczy partyjnych, górników i zetempowców objeżdżały wsie, opowiadając o tym, co czeka młodych, którzy zdecydują się pracować w kopalni. Po wsiach rozniosła się fama: na Śląsku czekają pieniądze, mieszkania i awans społeczny.

- Młodzież się na to nabrała. Na miejscu często zamiast mieszkania czekał na nich hotel robotniczy, a w kopalni bardzo ciężka praca w warunkach bhp urągających zdrowemu rozsądkowi, gdzie wypadki i kontuzje były na porządku dziennym. W efekcie po 10-15 latach ludzie ci mieli zniszczone zdrowie i przedwcześnie się postarzeli - mówi prof. Zygmunt Woźniczka, historyk z Uniwersytetu Śląskiego. Werbusi, bo tak mówiono na zwerbowanych do pracy w górnictwie, to byli często młodzi ludzie, którzy z dala od domu, pozbawieni zobowiązań, z pierwszymi poważnymi pieniędzmi w ręku, chcieli się zabawić. - Oni u siebie nie piliby na umór i nie ganiali za babami, bo dyscyplinowało ich środowisko. A partia nie mogła sobie z nimi poradzić. Na zebraniach podnoszono larum, że przywieziono ich do pracy, a oni bumelują i demolują - mówi prof. Woźniczka.

Pomimo przyspieszenia w budownictwie mieszkaniowym władza doskonale zdawała sobie sprawę, że nie będzie w stanie zapewnić lokum, choćby tymczasowego, każdemu. Stąd pomysł, żeby do pracy wykorzystać tych, którzy mieli już gdzie mieszkać, czyli ludzi ze wsi. Jedyne, co trzeba było zrobić, to codziennie przywieźć ich do pracy, a potem odwieźć do domu. W kraj ruszyły więc autobusy, popularne ogórki, często wyposażone dla zwiększenia pojemności w przyczepę zwaną karocą. Dało to początek nowej kategorii migranta, czyli chłopom-robotnikom.

Profesor Bohdan Jałowiecki, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, powołując się na szacunki Komitetu Badań Regionów Uprzemysłowionych Polskiej Akademii Nauk, ocenia liczebność tej grupy na ok. 3 mln osób. Chłopi-robotnicy stanowili popularną formę uzupełniania niedoborów w zatrudnieniu nie tylko na Śląsku, lecz także wszędzie tam, gdzie bogaty rezerwuar siły roboczej zapewniały małe gospodarstwa niebędące w stanie wyżywić całej rodziny, m.in. na Podkarpaciu. Uzależnione od chłopów pracujących w fabrykach były tamtejsze ośrodki przemysłowe, np. Krosno, gdzie liczba miejsc pracy dwu- czy trzykrotnie przewyższała liczbę mieszkańców. Brakujących pracowników zwożono z okolicznych wsi, przy czym "okolicznych" często oznaczało znajdujących się w promieniu 100-150 km. Na Śląsk ściągano pracowników ze wsi małopolskich i świętokrzyskich, nawet z okolic Włoszczowej. Dojazd zajmował często dwie, a nawet trzy godziny, co oznaczało odsypianie zarwanych nocy w pracowniczym autobusie. - To była wyjątkowo wyzyskiwana grupa - mówi prof. Woźniczka. Choć trzeba zauważyć, że wielu byłych pracowników kopalń przez wzgląd na stan zdrowia przeszło na wcześniejsze emerytury, po czym wróciło na wieś żyć za hojne górnicze uposażenia.

Oswoić obce miasto

Chociaż nowe możliwości przyciągały do miast, migranci czuli się w nich często obcy i wyalienowani. Przeszczepieni ze swojskiej, rodzinnej rzeczywistości do nieznanego miasta, z którym poza pracą niewiele ich łączyło, starali się tę nową dla nich przestrzeń jakoś oswoić, co niejednokrotnie przybierało anegdotyczne formy.

To z tamtych czasów pochodzą opowieści o trzymaniu w mieszkaniach kur, kaczek czy świń. Profesor Jałowiecki wspomina, jak na początku lat 60., pracując we wrocławskiej administracji, musiał się zająć skargami mieszkańców starej kamienicy na nieprzyjemny zapach, prawdopodobnie zwierzęcego pochodzenia, dochodzący z jednego z mieszkań. Wizyta na miejscu potwierdziła podejrzenia współlokatorów - mieszkańcy w wannie urządzili chlewik. Takie opowieści urosły jednak do rangi miejskiego mitu, fałszując rzeczywistą skalę zjawiska. Profesor Kłopot także spotkał się z historią o hodowaniu prosiaka w wannie. - Postanowiłem to sprawdzić i udałem się do kamienicy, w której rzekomo miało to miejsce. Okazało się, że to nieprawda, z tej prostej przyczyny, że w kamienicy nie było wanien - wspomina uczony.

Sama liczba przybyszów powodowała, że masowa migracja ze wsi nie była obojętna dla miast. Stąd niektórzy socjolodzy są zdania, że w PRL doszło do masowej urbanizacji, ale że wraz z nią miała miejsce ruralizacja miast. Zwracał na to uwagę m.in. prof. Andrzej Sadowski, socjolog z Uniwersytetu w Białymstoku, który obserwował ten proces w podlaskich zakładach przemysłowych. Wspomina na przykład, że nowo przybyli za uzasadnione uważali prośby o zwolnienie z pracy np. na czas wykopków. Praca w fabryce, dla której porzucili mieszkanie na wsi, okazywała się nie być tak atrakcyjna, jak się im początkowo wydawało. - Ci ludzie mieli głębokie poczucie niedowartościowania. Głównym powodem było to, że kierowano ich do prac nieprzedstawiających ich zdaniem żadnej wartości - mówi socjolog. Wcześniejsze życie na wsi wymagało od nich zaradności, umiejętności poradzenia sobie z wieloma różnymi problemami na własną rękę. A w mieście delegowano do zajęć, które ich zdaniem były monotonne, jak stanie przy taśmie, nadzorowanie jakiegoś wskaźnika czy sprzątanie. Podział pracy w ramach nowoczesnych metod produkcji nie robił na nich wrażenia.

Pracowników o wiejskiej proweniencji charakteryzowało także silne dążenie do nawiązania partnerskich stosunków z przełożonymi. - Na wsi wszyscy byli równi przed sobą i przed Panem Bogiem. Wyróżnianie się uważano tam za nietaktowne. Z tego względu przybysze traktowali hierarchię zakładową jako jeszcze jedną barierę do pokonania w trudnej przestrzeni miejskiej - mówi prof. Sadowski. Stąd za wszelką cenę starali się więc przejść z przełożonymi na ty, co stanowiło ważny element procesu zakotwiczania się w nowej rzeczywistości. Jednocześnie, budując nową sieć powiązań, nie zaniedbywali starej. Utrzymywanie regularnych kontaktów z pozostawioną na wsi rodziną także można przypisać próbom odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Razem z nimi do miast trafiła również wiejska religijność, chętnie okazywana publicznie.

Za element ruralizacji można także uznać pojawienie się ogródków działkowych. - Należy pamiętać, że kiedy ludzie ci przyjeżdżali do miasta w latach 50. czy 60., nie spodziewali się emerytury. Dzięki pracy na działce nie tylko zaspokajali potrzebę kontaktu z ziemią. Traktowali ją także jako zabezpieczenie na starość - tłumaczy prof. Sadowski.

Zderzenie mieszkańców miast z masowo napływającymi mieszkańcami wsi powodowało też oczywiście napięcia. Ponieważ peerelowska polityka zachęcania do przyjazdu do miasta (przyznawanie mieszkań) trwała w najlepsze, toteż na Śląsku oburzenie budził fakt, że nowi szybciej łapią się na własne lokum, a starzy muszą dalej gnieść się w familokach. Ponieważ werbusów kwaterowano w skupiskach, często w blokowiskach powstawały wyspy zamieszkane tylko przez nich, swego rodzaju getta, gdzie - jak mówi prof. Woźniczka - nie zapuszczały się szanujące się dziewczyny. W śląskich miastach pamiątką po tej polityce kwaterunkowej są nazwy ulic, przy których masowo kwaterowano przybyszów ze wsi, tj. "kielecka", "rzeszowska", "radomska".

Odmienność przybyszy nie uszła uwadze miejscowych. Zresztą trudno nie było zauważyć idących po ulicy osobników w gumiakach, wyposażonych w rogowe grzebienie i radia tranzystorowe, z których grała muzyka na pełny regulator. Proces ten znalazł swoje odzwierciedlenie w języku, to właśnie w tamtych czasach bowiem określenie "wieśniak" - całkowicie neutralne jeszcze przed wojną - nabrało pejoratywnego znaczenia. Słowo "werbus", które od początku służyło na Śląsku do oznaczenia przyjezdnych, dzisiaj także używane jest w negatywnych kontekstach (podobnie jak określenie "gorol").

Problemy na wsi

Peerelowskie migracje nie pozostały bez wpływu na samą wieś. Podtrzymywanie więzi rodzinnych, czy to w formie regularnych wizyt, czy obecności na ważnych uroczystościach, działało jako potężny mechanizm transferu obowiązujących w mieście mód i trendów na prowincję. - Wieś zyskiwała w ten sposób wartości cywilizacyjne niesione przez miasto. Zacierały się różnice w sposobie ubierania się, zachowania, obowiązujących fryzur czy typów makijażu - mówi prof. Jałowiecki.

Tak jak napływ ludności wzmacniał ludzki kapitał miast, tak samo odpływ ludności pustoszył w tym względzie wieś. - Kto wyjeżdżał do miasta? Tacy, którzy potrafili dać sobie radę w warunkach miejskich, a więc ci bardziej przedsiębiorczy, którzy zdobyli już jakieś wykształcenie. A zostawali ci, którzy nie byli tacy zaradni, byli mniej zdolni, mieli tendencję do nadużywania alkoholu - mówi prof. Kłopot. Ten swoisty drenaż mózgów, czyli odpływ młodych zdolnych oznaczał więc dla wsi poważny ubytek w kapitale ludzkim. W dodatku nałożył się na to ubytek rąk do pracy. O ile w latach 1945-1970 miasto wchłaniało nadwyżki ludnościowe ze wsi, o tyle dekada gierkowska uruchomiła w miastach pompę ssącą tak silną, że zdezorganizowała życie na wsi.

Do miast w poszukiwaniu lepszego życia uciekali nie tylko mężczyźni. W niektórych regionach kraju, szczególnie na północnym wschodzie, kobiet do miast wyjechało tak dużo, że spowodowało to poważną nierównowagę pomiędzy płciami. W efekcie pojawił się realny problem natury matrymonialnej. Na tyle poważny, że media wzięły się do organizowania akcji pod hasłami "Żona dla rolnika", pokazując na łamach wydawanych podówczas periodyków przystojnych kawalerów ze wsi. Nie cieszyli się jednak szczególnym wzięciem, ponieważ potencjalne kandydatki wiedziały, że jeśli taki samotnik posiada 20 ha ziemi, to nie będzie siły, która go wyciągnie do miasta. Poza tym 20 ha to poważny kawał pola do obrobienia. - Modernizacja na wsi ułatwiała pracę mężczyznom, ale długo nie zdjęła ciężkich obowiązków z kobiet. Można byłoby to zobrazować w ten sposób, że mąż jedzie traktorem, a kobieta biegnie za nim i zbiera kartofle - mówi prof. Sadowski.

Solidarność

Partia polityką industrializacji uruchomiła procesy, nad którymi wkrótce przestała panować. Dopóki migracja do miasta wiązała się z możliwością awansu i lepszego życia, partia była gwarantem dążeń bytowych Polaków. W latach 70. ta prosta ścieżka awansu przestała jednak funkcjonować. Dostępne dotychczas wolne stanowiska w administracji i rodzącym się przemyśle zostały szczelnie zapełnione przez migrantów z poprzednich dekad. Po raz pierwszy okazało się, że przeprowadzka nie równa się znalezieniu dobrej pracy. Takiej gwarancji nie dawało również zdobycie wykształcenia, przede wszystkim na szalenie popularnych wówczas studiach zaocznych, które coraz częściej były potrzebne do tego, żeby pracę utrzymać, a nie rozpocząć. - Ludzie zrozumieli, że władza nie zapewnia marszu ku lepszemu życiu i poczuli się oszukani. Stali się podatni na argumenty przypisujące winę biurokracji, a partii roli hamulcowego. Nastroje te bardzo łatwo było wykorzystać do walki politycznej - mówi prof. Sadowski. To był podatny grunt, na którym mogły dojrzewać idee "Solidarności".

Swoją rolę w całym procesie odegrali także werbusi. - To często byli młodzi gniewni, takie kozaki ze wsi, zresztą wymagała tego od nich rzeczywistość, bo nie mieli łatwo na Śląsku, musieli być więc gotowi też na to, żeby w mordę dać. Dla tych ludzi "Solidarność" to była wielka przygoda, spełnienie etosu niepodległościowego - mówi prof. Woźniczka. Władzy wydawało się, że zbudowała bastiony socjalizmu, a tymczasem niektóre z nich okazały się bastionami "Solidarności".

@RY1@i02/2014/066/i02.2014.066.000001200.802.jpg@RY2@

Pół wieku wzrostu miast

Jakub Kapiszewski

Janusz Kowalski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.