Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Cieciolandia

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

Coraz więcej cieciolandii, coraz mniej ochrony - tak sama o sobie mówi branża. Ludzie zarabiają po 2-2,5 zł za godzinę. Doszło do tego, że ochroniarze pilnujący osiedli mają ksywkę "szambonurki", bo czyszczą śmietniki, żeby dorobić

Mężczyzna, niewysoki, szczupły, lat 40. Nazwijmy go Maciej Nowak. Do branży ochroniarskiej przystał 15 lat temu. Zdał egzamin państwowy, który uczynił go pracownikiem licencjonowanym I stopnia, dostał uprawnienia do posługiwania się bronią dokumentowane tzw. czerwoną książeczką. Ożenił się, odziecił, mieszka w dziurze między Łowiczem a Strykowem. Na początku jeszcze nie było tak źle, ale ok. 2008 r., razem z kryzysem, siadło i w branży. W Łodzi, do której ma bliżej, nie jest w stanie zarobić na utrzymanie. To dojeżdża do Warszawy. Nie stać go na wynajęcie pokoju, więc chodzi z pracy do pracy, z biurowca do biurowca. Tam trochę sobie pośpi, wykąpie się, nawet ugotuje. Jak ma dłuższą przerwę między szychtami, prześpi się w szatni którejś z firm, dla których pracuje. Na zlecenie, rzecz jasna. Do domu jeździ średnio raz na dwa tygodnie, na weekend. Jak ma dobry miesiąc, zarobi ok. 2 tys. Jak gorszy - wyciągnie najniższą krajową.

To przypadek skrajny, ale wcale nieodosobniony. Takich "mniejszych Nowaków" jest w Polsce mnóstwo - 350 tys. osób. W miesiącu pracują średnio 300 godz., rekordziści ponad 400. Obok osób zajmujących się sprzątaniem należą do najgorzej opłacanych pracowników na rynku. Obsługa call centers to przy nich nababowie. Ale też nasz rynek branży ochroniarskiej jest niesamowicie, w niespotykanym w bardziej rozwiniętych krajach stopniu, rozdrobniony. Mamy ponad 3 tys. firm, przy czym do potentatów (Konsalnet, Solid Security, Impel, Securitas, SC.M2 ) należy 40 proc. rynku. Reszta to drobnica. W Europie Zachodniej jest na odwrót - tam rządzą wielcy, plankton stanowi 10, góra 30 proc. Np. w Niemczech 80 proc. zleceń zgarniają trzy największe firmy.

I ta polska branża jest na tyle specyficzna, że prawa, które za płotem działają, u nas nie znajdują zastosowania. Np. globalna firma G4S, mająca oddziały w ponad 120 krajach na całym świecie, została u nas wchłonięta przez Konsalnet, a ostatnio Impel wchłonął Brink S.A. Teraz, jak plotkuje branża, Konsalnet jest na sprzedaż, ponoć zainteresowani są Hiszpanie, ale to nie jest dobry moment, aby sprzedawać. Zobaczymy, co się stanie. I poczekajmy, jakie skutki dla tej gałęzi gospodarki będzie miała owa deregulacyjna ustawa, której tak wszyscy się boją. Bo co do tego, że namiesza, to nie ma wątpliwości.

Trochę historii

Jeśli światowe firmy branży ochrony osób i mienia można wywieść od romantycznej historii firmy założonej w 1850 r. przez Allana Pinkertona (odkrył spisek zmierzający do zamordowania prezydenta elekta Abrahama Lincolna i zatrudniał więcej ludzi, niż liczyła ówczesna armia USA), u nas będzie to bardziej swojsko-buraczana opowieść. W większości o byłych pracownikach MO i SB, którzy po 1989 r. wymyślili sobie właśnie taki biznes, bo uznali, że na czym jak na czym, ale na bezpieczeństwie to się oni znają. Choć, prawdę mówiąc, niektórzy nie mieli o tym bladego pojęcia.

- To były bardzo trudne i ciekawe czasy - wzdycha Krzysztof Bartuszek, pełnomocnik zarządu Securitas Polska (Securitas działa w 52 krajach świata). Panowała wtedy, powiada, wolnoamerykanka, nie było uregulowań prawnych, więc branża ślizgała się na granicach prawa.

Prócz tych firm, nazwijmy je resortowych, powstawały normalne, komercyjne - bo pojawiła się taka potrzeba. Ludzie ruszyli budować domy jednorodzinne, więc ktoś im tych domów musiał pilnować. Bogacący się nagle przedsiębiorcy w mokasynach zakładanych na białe skarpety potrzebowali, żeby im ktoś chronił plecy. Takimi topowymi wówczas firmami był Sezam (stworzony przez dawnych antyterrorystów), Norma czy SET (założycielami byli żołnierze GROM).

Ale trzeba pamiętać, że to były czasy naszej rodzimej "gorączki złota". I kiedy jedni chronili, inni kradli. Mieli bronić, a strzelali. I często byli to jedni i ci sami ludzie. Doszło do tego, że NIK w raporcie na temat branży z 1997 r. nazywała działające u nas firmy "niepaństwowymi formacjami uzbrojonymi". Była w nim mowa o 250-tys. armii mającej na wyposażeniu 8 tys. sztuk broni krótkiej (gazowej nie licząc), pałki, paralizatory, aparaturę podsłuchową. Inspektorzy NIK odkryli w agencjach ochroniarskich także nielegalne uzbrojenie, w tym pistolety maszynowe. Przedsiębiorstwa te, bywało, robiły za przykrywkę dla obcych służb lub wysługiwały się naszym. Oprócz tego ochroniarze dogadywali się ze zorganizowanymi grupami przestępczymi, brali udział w napadach, nielegalnie ściągali długi. A policja była często ślepa i głucha, bo przecież po drugiej stronie byli koledzy.

Jak mówi Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony, sytuację ucywilizowała dopiero ustawa z 1997 r. (zaczęła w pełni działać w 2000 r.), która poddała branżę dozorowi policyjnemu (firmy musiały przejść weryfikację oraz zdobyć koncesję, udało się je wreszcie policzyć, ludzi w nich pracujących i broń). Nałożono wymóg, aby szefowie i założyciele firm tej branży mieli licencje II stopnia, a osoby zajmujące się ochroną I stopnia. Było przy tym trochę krzyku i płaczu, ale wymusiło to zmianę jakościową. - Ta regulacja doprowadziłą do wielu pozytywnych zmian - potwierdza Krzysztof Bartuszek z Securitas. Część firm nie była w stanie spełnić nowych wymogów i wypadła z rynku, na ich miejscu pojawiły się nowe.

Deregulacja boli

Jakoś to się wszystko zaczęło układać. Do 1 stycznia tego roku, aby zostać licencjonowanym pracownikiem ochrony, trzeba było ukończyć odpowiedni kurs bądź szkołę oraz zdać egzamin państwowy. - Odbywał się w komendach wojewódzkich policji i składało się go przed gronem ekspertów - wyjaśnia Aleksander Fit z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Ochrony w Lublinie (OZZPO). To dawało uprawnienia do pracy na różnych szczeblach (licencje były I i II stopnia) oraz do posługiwania się bronią.

Kiedy pojawił się pomysł deregulacji tego zawodu, w branży zawrzało. Zwłaszcza że, mówi Dorota Godlewska, współwłaścicielka firmy DOSA, nie było żadnego powodu, aby w przepisach grzebać, oprócz osobistych ambicji ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina, żeby zmienić maksymalnie wiele aktów prawnych dotyczących rzeczywistości. Ale jeśli likwidację małych sądów dało się odkręcić, bo do ich obrony włączyły się elity kraju, to ochroniarzy zderegulowano, choć protestowali. - Ale na szczęście wiele głupich pomysłów w ramach konsultacji społecznych udało się zatrzymać - dodaje Wagner. Niestety nie wszystkie. Fundamentalna zmiana, jaką wprowadza ta ustawa, polega na tym, że zniesiono licencje i państwowe egzaminy. Teraz ochroniarze muszą się tylko wpisać na listę (będzie ją prowadziła policja, ale rejestry nie są gotowe) kwalifikowanych pracowników ochrony. Tyle że jeśli wcześniej ktoś zdał raz egzamin i dostawał licencję na zawsze, tak dziś, aby zachować uprawnienia pracownika kwalifikowanego, trzeba co 5 lat przejść kurs. Może być taki sam jak już wcześniej odbywany, byle trwał 245 godzin. Jeśli wziąć pod uwagę, że w zależności od miejsca i rangi szkoły takie szkolenie kosztuje od 1,4 do 2,5 tys. zł można zauważyć, że ktoś straci, a ktoś zarobi.

- Stratni będą ludzie, których nie będzie stać na ponoszenie takich opłat - nie ma wątpliwości Ryszard Kędzierski, przewodniczący Zarządu Głównego OZZPO. Sęk w tym, że zgodnie z prawem pracodawca musi refundować takie doskonalenie zawodowe tylko etatowcom. A takich, według szacunków, jest może wszystkiego 30 proc. Reszta to śmieciówka. Zresztą, skąd takie wyróżnienie? - Jeśli ustawodawca chce zadbać o odpowiednie wyszkolenie, którego celem jest poprawienie bezpieczeństwa, to idąc tym tokiem myślenia, powinniśmy wprowadzić obowiązkowe szkolenia np. dla wszystkich kierowców - także co 5 lat. I idąc dalej, powinno dotyczyć to wszystkich profesji - komentuje Tomasz Grabski, redaktor naczelny branżowego czasopisma "Safety and Security". A jeśli już o śmieciówce mowa - jeszcze jej przybędzie, bo można się założyć, że firmy nie będą chciały wykładać pieniędzy na nic niewarte szkolenia. Tak samo jak na badania lekarskie (nie mylić z okresowymi) - co 3 lata trzeba się będzie obowiązkowo przebadać (m.in. psychologicznie i psychiatrycznie). Koszt - 350 zł. Dlaczego akurat pracownicy ochrony mają zostać objęci tak ścisłym nadzorem psychologiczno-psychiatrycznym, kiedy nie stosuje się go wobec np. policjantów czy strażników miejskich? Na ten temat źródła milczą.

Kto jest kim w branży

Kiedy się rozpętała awantura o deregulację ochrony, środowisko proponowało, aby w takim razie rozgraniczyć dwa zawody: ochroniarza i - proszę wybaczyć kolokwialne wyrażenie, ale używali go moi wszyscy rozmówcy - ciecia. Albo, mówiąc łagodniej, stróża. Jeśli na 350 tys. osób pracujących w branży tylko 160 tys. zdobyło wcześniej licencje (a więc zdało egzamin), cała dominująca reszta powinna być wyłączona z tej kosztownej zabawy. Żeby prześledzić, z kim mamy do czynienia, spróbujmy zorientować się, kto jest kim w tej branży.

Elita to pracownicy ochrony osobistej, mówiąc językiem hollywoodzkim - bodyguardzi. Rekrutują się zwykle z funkcjonariuszy specjalnych jednostek typu GROM. Zapotrzebowanie na ich usługi nie jest duże, za to bardzo wysublimowane. Duzi biznesmeni, politycy z zasobnym zapleczem. Największe firmy ochroniarskie rzadko oferują takie usługi, gdyż tego typu pracownicy są drodzy, a rynek ograniczony. Więc działają w niewielkich organizacjach, nie reklamują się w mediach branżowych. Choć, jak zastrzega Krzysztof Bartuszek, nie wszystkie z tych organizacji działąją jak profesjonalna ochrona. Bez specjalnego wyszkolenia żołnierz nie bardzo się nadaje na dobrego ochroniarza choćby z tej przyczyny, że wojak strzela po to, aby zabić. W ochronie priorytety są inne. Ale przejdźmy do pieniędzy. Godzina pracy takiego superwyszkolonego człowieka to średnio 100 dol. plus koszty logistyki. Bo trzeba jeszcze zaplanować drogi, trasy ewakuacyjne, sprawdzić hotele, podstawić samochody awaryjne, przygotować akcję antypodsłuchową. Tego nie zrobi jeden człowiek. Musimy mieć do tego jeden zespół blisko celu, a oprócz tego jeszcze 2-3 zespoły. - I jeszcze proszę doliczyć do tego akomodację tych ekip, czyli podróż, jedzenie, spanie - relacjonuje Bartuszek.

Ale to już by było na tyle, jeśli chodzi o filmowe marzenia. Bo teraz zaczyna się realny świat w polskiej scenografii. Po bodyguardach zarabiających na nasze warunki fortunę, pojawiają się podoficerowie branży - konwojenci i członkowie zespołów interwencyjnych. Tak się przynajmniej o nich mówi, bo to ludzie, którzy stykają się na co dzień z realnym niebezpieczeństwem. Napady na konwojentów są na porządku dziennym. Ile zarabiają? To zależy od zlecenia i od klienta. - Kłopot w tym, że banki co parę lat organizują przetargi i oczywiście wszyscy w nich startujący stają na głowie, żeby zejść z ceną - mówi Krzysztof Kołodziejczak, także działacz ochroniarskich związków, pracujący jako menedżer w Konsalnecie.

Rozmawiam z jednym z konwojentów, z 15 letnim stażem w branży (wcześniej pracował w straży bankowej). - 10 zł za godzinę. To wszystko, a i tak dużo - opowiada. Jest zatrudniony w firmie na etacie za najniższą krajową, czyli 1680 zł brutto. Żeby zarobić na rodzinę i kredyty, wciąż jedzie na nadgodzinach. Miesięcznie pracuje po 350-400 godzin. - W praktyce wygląda to tak, że jednego dnia robię na etat, drugiego na zlecenie, po kilkanaście godzin z krótką przerwą na odpoczynek - opowiada. Boi się, że teraz straci - on i większość jego kolegów - nawet ten skrawek bezpieczeństwa w postaci chudego etatu.

W jeszcze gorszej sytuacji są osoby ochraniające sklepy, galerie handlowe etc. Tutaj stawka 8 zł za godzinę uznawana jest za więcej niż godziwą. Przeciętnie jest to ok. 5 zł. Najgorzej mają ci, co siedzą i pilnują osiedli, stróże na budowach, ochraniający jednostki wojskowe i gmachy użyteczności publicznej (sądy, prokuratury, ZUS). Tu się zarabia po 2-3 zł za godzinę. - Państwo płaci najmniej - mówi Sławomir Wagner. - W przetargach wygrywają ci, którzy dają najniższe stawki. Z proponowanych przez nich kwot widać, że aby im się opłaciło, nie będą odprowadzać składek od pracowników. Ale nikomu to jakoś nie przeszkadza - kończy.

Beniamin Krasicki, prezes City Security (Grupa M2.CS), miał nadzieję, że wraz z ustawą z 1997 r. zakończył się w Polsce pierwszy etap budowania branży - wielkiego rozdrobnienia, złej jakości, niskich cen i zarobków. Że będzie jak w krajach UE, gdzie pracownik ochrony zarabia na takim poziomie jak wykwalifikowany robotnik. A w przetargach publicznych - tak jest np. w Danii - cena może stanowić maksimum 70 proc. wagi. Tyle że, mówi Krasicki, prawda jest też taka, że klient, któremu naprawdę zależy na tym, żeby być chronionym, wie, czego wymaga i za to płaci. Dobrze. Za konkretną usługę, a nie za fikcje, bo budynek jest na liście tych, które muszą mieć ochronę, choć wszyscy mają to w nosie. - W takich firmach, jak Auchan, Coca-Cola, Carefour czy Superpharm, gdzie straty idą w dziesiątki milionów złotych, chodzi o coś innego: aby kupić fachową usługę i zaoszczędzić - wywodzi. Tutaj stawka 15 zł płaconych przez takiego świadomego klienta za godzinę przekłada się na odpowiednio wyższe zarobki ludzi.

Generalnie wygląda to tak, że pracownik dostaje połowę stawki. Polska Izba Ochrony obliczyła, że w tym roku, w przypadku pracowników zatrudnionych na etat, przy zachowaniu przepisów kodeksu pracy, minimalna stawka za godzinę - uwzględniająca 5 proc. marży dla firmy - powinna wynosić 16,85 zł. - Ale, proszę pani, rynek jest rynek i ma swoje prawa, więc jest, jak jest - takie mniej więcej zdanie wygłaszają wszyscy moi rozmówcy.

Techniczny wyścig zbrojeń

Kolejna kwestia to taka, że ochrona ochronie nierówna. Najpopularniejsza, ale jednocześnie najsłabiej opłacana, jest ochrona fizyczna. Czyli jest człowiek i coś, czego pilnuje. Z bronią lub bez. Takie cieciowanie. Dorota Godlewska z firmy DOSA mówi, że dochodzą ją słuchy o tym, że na pracowników pilnujących osiedli koledzy mówią szambonurki, bo ci dorabiają sobie, zbierając na śmietnikach butelki i puszki. Jest jeszcze inna sprawa: po co takiego człowieka, bez licencji, który podnosi szlaban na osiedlu strzeżonym, nazywać ochroniarzem? Czy nie lepiej mianować go stróżem albo z francuska konsjerżem, i dać mu jeszcze do ręki szczotkę, niech pozamiata? Przy okazji prac nad nową ustawą branża sugerowała, żeby takich niekwalifikowanych pracowników w ogóle nie umieszczać w ewidencjach - bo to bez sensu i niepotrzebny kłopot. Ale nie przeszło.

Tak nawiasem mówiąc, słabo opłacani pracownicy ochrony, nawet ci najlepiej wykwalifikowani, nie są szczególnie szanowani przez polskich pracodawców. W jednej z firm, która działa na potrzeby lotnictwa cywilnego, więc podlega wielkim obostrzeniom, musi być chroniona z racji ustawy, a pilnujący jej muszą mieć wiele specjalnych uprawnień, prezes wpadł na pomysł, aby ochroniarzy postawić przy taśmie - niech pakują. Nawet tzw. screenerzy, którzy prześwietlają towar wnoszony na pokład statków powietrznych. Bo przecież tylko się gapią i nic nie robią. - To częste podejście ludzi, którzy nie wiedzą, po co zatrudniają ochronę - komentuje Aleksander Fit z OZZPO. - Nie zdają sobie sprawy z tego, że jeśli pracownik ma naprawdę coś chronić, cała jego uwaga powinna się koncentrować właśnie na tym - dodaje. I on uważa, że tam, gdzie wystarczy tylko podnieść szlaban albo podać klucze, lepiej zatrudnić stróża. Przynajmniej będzie mu wypadało brać napiwki od podchmielonych imprezowiczów wracających do mieszkania nocą.

Najbardziej komfortowa sytuacja, zdaniem Beniamina Krasickiego (Grupa M2.CS), jest wówczas, kiedy ze świadomym swoich potrzeb klientem można współpracować. Wówczas sprawa nie sprowadza się do prostego "ochraniania", czyli wystawienia kilku pracowników w mundurach np. na linii kas supermarketu i wsadzeniu do środka paru w cywilu, ale na głębszej analizie zagrożeń i sposobów, jak im zaradzić. - Jeśli klient słucha podpowiedzi, firma ochraniająca może wziąć odpowiedzialność za to, co robi. Ale wówczas musi mieć możliwość ingerencji na procesy od środka. Na sposób dostawy towaru, a nawet na to, w jaki sposób jest eksponowany na półce - mówi Krasicki. I przytacza przykład, kiedy namówili producenta, aby najbardziej kradziony towar, czyli żyletki pewnej firmy, wkładać w większe opakowania. - Te większe nakłady de facto wszystkim się opłaciły - kwituje.

Krzysztof Bartuszek z Securitas prognozuje, że już wkrótce sytuacja w branży się zmieni. Już się zmienia. Prostych ochroniarzy (cieciów) zastępują wyspecjalizowani (i dobrze opłacani) inżynierowie, którzy są w stanie obsługiwać, programować i konserwować skomplikowane systemy monitoringu. One już zdobywają rynek, wchodzą coraz szerszą ławą. Wprawdzie usługi monitoringowe należą do najtańszych - bo np. abonament za pilnowanie np. domu każdy może sobie wykupić za kwotę w granicach 50-100 zł - to firmom się to opłaci, gdyż liczy się masowość. Nie trzeba zatrudniać w każdej willi człowieka, wystarczy założyć kilka kabli, postawić w centrum obsługi kilka monitorów. Ale to najprostszy przykład. Za pomocą inteligentnego sprzętu można kontrolować dużo większe obszary. I zaprogramować go w ten sposób, aby reagował na sytuacje nietypowe. Jeśli w sklepie ktoś zachowuje się dziwnie, np. zbyt długo stoi przy regale i wykonuje wykraczające poza schemat ruchy, system powiadomi o tym ochronę. Albo jeśli na otwartym terenie, dajmy na to ścianie, zagrożonej atakami streetartowych artystów, ktoś zatrzyma się na dłuższą chwilę, kamera wychwyci to i nada komunikat: proszę oddalić się od obiektu, wezwaliśmy już patrol policji. - I to fantastycznie działa - zachwala Bartuszek.

To prawda, ale nie cała. Bo choć technologia daje nam fantastyczne możliwości (w Sztokholmie w galerii handlowej porównywalnej ze stołecznymi Złotymi Tarasami w ochronie pracują dwie osoby, zamiast kilkunastu), ale człowieka zastąpić się nie da. Choćby z tego prostego powodu, że system komputerowy nie uratuje nikomu życia. Nie powstrzyma samobójcy, aby nie skoczył z górnego piętra galerii handlowej (częste), nie przeprowadzi resuscytacji (bardzo częste), nie zapobiegnie gwałtowi w toalecie (nagminne). W dodatku to człowiek, ochroniarz w mundurze, będzie tym, który powie wchodzącemu do sklepu klientowi dzień dobry, patrząc mu przy tym głęboko w oczy. Wizytówka firmy - oczywiście. Ukłon dla klienta - tak. Ale i ostrzeżenie dla złodzieja. Zauważyłem cię, wszystko widzę.

Pisanie o branży ochroniarskiej jest niczym tamowanie krwotoku z tętnicy plasterkiem opatrzonym podobizną Myszki Miki. Trzeba by było napisać o problemie zwanym zakładami pracy chronionej - chodzi o to, że niektóre firmy w tej branży mają taki status. I dzięki temu nie muszą odprowadzać składek na Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, co jest dosyć dolegliwe finansowo dla innych podmiotów. Ale kwestia tego, czy ochroniarz bez jednej ręki i nogi jest pełnowartościowym pracownikiem jest dużo bardziej złożona niż objętość tego tekstu. Tak samo jak to, w jaki sposób inne przedsiębiorstwa, niemające takiego statusu, finansują lukratywne kontrakty swojej konkurencji (która dzięki oszczędnościom może zejść ze stawkami w przetargach). Kwestii drażliwych jest dużo więcej, jak choćby to, że nowe prawo faworyzuje finansowo policjantów i funkcjonariuszy innych służb mundurowych, którzy nie będą musieli ponosić nakładów finansowych na doszkalanie jak reszta - system daje im możliwość bezstresowego dorabiania na emeryturze. Tak czy inaczej ta branża sobie poradzi. Dużo większym problemem jest to, że za parę lat jako społeczeństwo będziemy mieć kłopot z już nieuzbrojoną armią byłych ochroniarzy, którzy nie dosłużyli się żadnej emerytury. Wtedy będziemy musieli powołać w Polsce swoją własną Armię Zbawienia.

Na początku jeszcze nie było tak źle, ale razem z kryzysem siadło i w branży. W Warszawie nie stać ochroniarza na wynajęcie pokoju, więc chodzi z pracy do pracy, z biurowca do biurowca. Tam trochę sobie pośpi, wykąpie się, nawet ugotuje

@RY1@i02/2014/031/i02.2014.031.00000020a.803.jpg@RY2@

Dariusz Redos/REPORTER

Mira Suchodolska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.