Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Martyrologia, wersja poprawiona

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 23 minuty

Katastrofa, kataklizm, nieszczęście, zagrożenie, kryzys. Te słowa to oś łącząca Polaków, fundament naszych działań. Jest trwoga, jest dobrze

Nazywam się Milion - bo za miliony kocham i cierpię katusze- pisał Adam Mickiewicz. Bohater "Dziadów" Konrad czuł się dobrze tylko wtedy, gdy czuł się źle. Ten romantyczny paradoks tak silnie wzięliśmy sobie do serca, że do dzisiaj nasze reakcje i działania może wywołać jedynie trauma. A że współcześnie tego typu zjawisk - realnych lub wyimaginowanych - nie brakuje, to innych motywacji do działań przestaliśmy szukać. Trwoga stała się motorem naszej aktywności, najefektywniejszym narodowym lepiszczem, fundamentem spajającym znacznie silniej niż wszelkie inne. Tylko to, co złe, tragiczne, negatywne jest nas w stanie zintegrować, pozwolić, że przynajmniej na jakiś czas przestaniemy sobie skakać do gardeł. Bo gdy cierpimy, umierają polskie upiory. Tylko wtedy pojawia się zgoda.

Albo rodzina, albo naród

Fakt, martyrologicznie jesteśmy dość doświadczeni. Historia polskiego cierpienia jest o 4 lata starsza niż historia Stanów Zjednoczonych. Za 8 lat będziemy obchodzić jej 250. rocznicę. Za jej początek trzeba bowiem uznać rozbiór Polski z 1772 r., kiedy to państwa ościenne okroiły nasz kraj po raz pierwszy. Potem uderzyły w nas bezprawne aneksje kolejnych ziem, w efekcie utraciliśmy państwowość. Nadszedł romantyzm z jego powstaniami - listopadowym i styczniowym, które ugruntowały w Polakach przekonanie o tym, że tylko poprzez cierpienia, będąc Chrystusem narodów, najpierw przetrwamy i ocalimy naszą narodową tożsamość, a potem odzyskamy własne, samodzielne państwo. Odzyskaliśmy je wprawdzie dzięki przychylności zachodnich mocarstw po I wojnie światowej, ale to było dopiero w 123 lata po trzecim rozbiorze, w 1918 r. Potem świeżo odbudowane państwo i jego elity okazały się na tyle krótkowzroczne, że nie przewidziały, co czeka kraj rozciągnięty między dwoma historycznymi przekleństwami - nazizmem na Zachodzie i komunizmem na Wschodzie. W efekcie Polska ponownie najpierw przez 5 lat cierpiała pod butem niemieckim, potem przez 45 pod sowieckim. Kiedy już wybiliśmy się na niepodległość, dotknęła nas kolejna trauma narodowa - tym razem nagła, niespodziewana, wynikająca z fatalnego splotu wielu okoliczności - katastrofa smoleńska. To tylko te najważniejsze wydarzenia definiujące niektóre polskie cechy. Mniejszych niepowodzeń było znacznie więcej.

W tym kontekście nie mogą dziwić ostatnie, grudniowe ustalenia pracowni CBOS. Stworzyła typologię zjawisk, wokół których buduje się polska wspólnota, o ile, w kontekście niezwykle małego kapitału społecznego (np. wzajemnej ufności), coś takiego jak wspólnota w ogóle jest dla nas osiągalne.

Wniosek kluczowy jak na dłoni pokazuje, że Polska jest rozdarta społecznie w stopniu niezwykle wysokim. W opinii 40 proc. rodaków znacznie więcej nas dzieli, niż łączy. Jeśli już mianownik narodowej jedności się pojawia, najwięcej ankietowanych zwraca uwagę jedynie na wydarzenia negatywne - katastrofy, kataklizmy, nieszczęścia, zagrożenia, sytuacje kryzysowe (badanie "Co łączy Polaków" przeprowadzone metodą wywiadów bezpośrednich face to face wspomaganych komputerowo w dniach 7-14 listopada 2013 r. na liczącej 990 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski). Nie ma wyraźnych symboli czy wartości, które większość uznaje za wspólnotowe i postrzega jako bliskie większości Polaków. Nie integruje nas polskość rozumiana jako patriotyzm, hymn czy flaga. Nie łączą nas - wbrew pozorom - narodowe święta, biało-czerwone kotyliony, marsze czy inne tego typu wydarzenia. Wartości pozytywne: etos, sprawiedliwość, poczucie przyzwoitości i postawę obywatelską jako cechy integrujące wymienia 1 proc. z nas. Podobnie miłość, spontaniczność, otwartość, życzliwość, tolerancję, prawdomówność, szczerość. O ile łączymy się w rodziny, to wciąż brakuje nam chęci na integrację w płaszczyznach pozadomowych. Tym samym zjawisko próżni socjologicznej, polegające na istnieniu dużej pustej przestrzeni społecznej między podstawową grupą społeczną, czyli rodziną, i największą, czyli narodem, wciąż jest w Polsce dominujące. Choć powoli się to zmienia, wciąż brakuje nam obywatelskości, nie należymy do stowarzyszeń, nie pielęgnujemy zainteresowań, bo nie zawsze umiemy zrezygnować nawet z minimalnej części indywidualnych potrzeb. - Badani skłonni są postrzegać rodaków bardziej w kategoriach podziałów niż wspólnoty. Odpowiedzi na pytanie, czy Polaków więcej dzieli, czy też łączy, wskazują, że poczucie wspólnoty nie jest duże - ocenia Barbara Badora z CBOS.

Zorientowani na przeszłość

Profesor Beata Maria Nowak z Pedagogium Wyższej Szkoły Nauk Społecznych w Warszawie uważa, że kluczowy wpływ na nasze postawy, choć często nie jesteśmy tego świadomi, mają doświadczenia historyczne. Nasza sympatia dla traumy wynika z historycznie osadzonego i przekazywanego z pokolenia na pokolenie kultu polskiej martyrologii. - Polacy to bez wątpienia romantycy, niegdyś rzucający się z szablą na czołgi, współcześnie również skorzy do jednostkowych zrywów w obliczu zagrożenia, w sytuacji kryzysowej. Akcyjność i incydentalność mamy zakorzenione kulturowo. Ta forma działania w obliczu zagrożeń stała się w Polsce normą społeczną. Umiemy łączyć się jedynie w bólu - ocenia prof. Nowak.

- To niezwykle tajemnicze zjawisko, jego siłę trudno zdefiniować - dodaje Jacek Santorski, psycholog, partner w firmie doradczej Values. - Polacy są niezwykle aktywnie zorientowani na przeszłość, przyszłość ich w takim stopniu nie interesuje. Dodatkowo nasze społeczne nastawienie w dużym stopniu definiują izolacja i wrogość. Żyjemy sami dla siebie, innych darzymy co najwyżej bardzo umiarkowanym zaufaniem.

Zdaniem specjalistów to pochodna stosunków społecznych panujących w Polsce od XVI do XVIII w. Obowiązujący wtedy system folwarczny jasno definiował role, jakie odgrywali poszczególni członkowie wspólnoty społecznej. Była klasa wyższa - patrycjusze, i niższa - plebs, a między nimi średnia - pospólstwo. Panowie odnosili się do plebsu z wyższością, a nawet pogardą, plebs do panów z nieufnością lub bojaźliwością. Do społecznego konsensusu było bardzo daleko. Ciemiężonych i wykorzystywanych było znacznie więcej niż tych, którzy byli w pozycji uprzywilejowanej. Także ich potomków jest znacznie więcej, tym bardziej że klasyczna polska klasa wyższa w dużym stopniu, w efekcie historycznych burz, przestała istnieć. Potomkowie chłopstwa, którymi w dużym stopniu w większości przypadków jesteśmy, ślady wielopokoleniowego uciemiężenia przenoszą na kolejne pokolenia. Tak bardzo lubimy cierpieć, że właściwie zapomnieliśmy dlaczego.

- Część z nas ma słabość do celebrowania swojego nieszczęścia. Zamykamy się we własnym świecie, a ludzie bardziej otwarci, patrzący do przodu nie mają czego tu szukać. To oni w największym stopniu stanowią milion Polaków, który od chwili wejścia Polski do UE wyjechał, myśląc o przyszłości. I trudno się spodziewać, by wrócił do kraju, gdzie wszyscy niby jadą do przodu, ale patrząc w tylne lusterko - tłumaczy Jacek Santorski.

Budowa oddolnych inicjatyw obywatelskich, która jest kluczowym wyznacznikiem społeczeństwa świadomego swoich praw i możliwości, wychodzi nam - w ograniczonej formie - głównie wtedy, gdy potrafimy skupić się wokół traumatycznej idei. Przykład pierwszy z brzegu: kiedy w małej miejscowości likwidowana jest szkoła, bo jej funkcjonowanie mija się z celem ekonomicznym i organizacyjnym (chodzi do niej zbyt mało uczniów), rusza pospolite ruszenie w obronie rachitycznego status quo. Najpierw petycje, wizyty u burmistrza, marsze protestacyjne, blokowanie ulic. Potem okupacja lokalnego urzędu. Jeśli to nie przynosi rezultatu - głodówka. Potem blokada szkoły, przykuwanie się łańcuchami do kaloryferów, a nawet bitwy z policją. Ale kiedy szkoła działa i trzeba wypracować metodę wzbogacanie poszczególnych sal w pomoce dydaktyczne, bo dotychczasowe popsuły się lub bardzo straciły na aktualności, nikogo to nie interesuje, nikomu się nie chce. Nikt nie czuje obowiązku, nie jest zmotywowany do działania.

- Od lat jesteśmy mistrzami budowy więzi opartych na negatywnych zjawiskach. Energię wyzwala w nas jasno zdefiniowany, najlepiej wspólny wróg, trzeba się zmobilizować, aby mu dołożyć. W tej strategii mieści się nawet konieczność poświęcania się w imię wyższego dobra, cierpienia dla słusznego celu. Groźba, niepokój, zamęt - to nas stawia na nogi i nakręca do działania. Spokój, równowaga, sielanka działa na nas tak rozprężająco, że jakichkolwiek efektów osiągnąć nie możemy - ocenia prof. Jacek Wasilewski, socjolog, dziekan Wydziału Nauk Humanistycznych Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Współczucie, a nie uznanie

Nasza estyma w stosunku do wszelkich tragizmów wygląda jeszcze bardziej nienaturalnie w zestawieniu z innymi narodami. Profesor Wasilewski zauważa, że Polak niemal zawsze świadomie w deklaracjach, rozmowach, oświadczeniach zaniża poziom swoich dochodów. Woli zostać otoczony współczuciem niż uznaniem. Woli, aby się nad nim litowano, uważano za nieporadną życiowo niedojdę niż za człowieka sukcesu, na którego patrzy się z uznaniem. Wydaje mu się, że tylko biedny może być uczciwy. W Ameryce tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Każdy, kto osiągnie choć namiastkę sukcesu, najchętniej wykupiłby wszystkie billboardy w okolicy i wykleił na nich spisaną wielkimi literami informację o tym, co mu się udało. Nawet jeśli tego nie zrobi, to i tak dumny jak paw chwali się głośno w nadziei, że usłyszy go ktoś ważny i da szansę na jeszcze większy sukces. Amerykanie uważają, że solidna praca podparta dobrym wykształceniem zawsze przynosi kokosy. Są też pewni, że ktoś, kto jest biedakiem i nieporadnie idzie przez życie, sam sobie jest winien. Nie zasługuje ani na szczególnie wielką pomoc ani tym bardziej na to, by jego "skromność" stawiać komukolwiek za wzór.

Włosi może nie są tak zorientowani na sukces jak mieszkańcy Nowego Świata, ale integruje ich pozytywny szacunek dla wielowymiarowości życia. Biorą je garściami, cieszą się z drobnych spraw jak dzieci, pielęgnują niczym niezmącone poczucie własnej wyjątkowości, mężczyźni pasjami uwodzą kobiety, kobiety nie mają nic przeciwko temu. Francuzi są nieco bardziej egzaltowani, ale z kolei szalenie tolerancyjni, rozrywkowi i ciekawi świata. Podobnie jak Anglicy, dla których wciąż mimo dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości wartością cementującą ich tożsamość jest konserwatywna monarchia. Nawet Rosjanie, o których z racji naszej historii zdania mamy podzielone, potrafią życie zamienić w zabawę. Tylko my z naszym smutkiem już nie zapisanym, ale wyrytym na twarzach wciąż wyglądamy jak jeden z bohaterów filmu "Szczęśliwego Nowego Jorku", czyli jak "koń, który się goli".

Młodzi są już na Zachodzie

- Jeszcze przez wiele lat tacy zostaniemy. Z jednej strony nacechowani ułańską fantazją, zbiorowo wrażliwi jedynie na zagrożenia i kryzysy, z drugiej zainteresowani głównie świętowaniem klęsk i dramatów - dodaje prof. Nowak.

Jak ocenia prof. Wojciech Cwalina, psycholog i ekspert marketingu politycznego, tak intensywnie żyjemy w kulturze narzekania, że gdyby wprowadzono konkurencję olimpijską w tej dziedzinie, moglibyśmy nie tylko liczyć na zbiorowo złoty medal, ale konkurentów do jego zdobycia odsadzilibyśmy o kilka długości. - Wydawać by się mogło, że nasze nastawienia na wyszukiwanie i pielęgnowanie wszystkiego, co złe, powinno z czasem zniknąć. Przecież udało nam się wyjść z szarej rzeczywistości PRL, która nie miała konkurencji w tworzeniu klimatu do narzekania. Ale ta kamfora nie chce się jakoś ulotnić. Zarówno w życiu publicznym, jak i w prywatnym wciąż jesteśmy nastawieni na walkę, a także na klęskę. Przekonani, że niewiele może się udać, że najpewniej czeka nas katastrofa, wywołujemy stale wilka z lasu. Działa mechanizm samospełniającej się przepowiedni - tłumaczy prof. Cwalina.

Nadzieją jest tylko to, że uwielbienie dla bycia ofiarą tak bardzo czytelne u osób ciężko doświadczonych życiowo, znacznie rzadziej wychodzi na jaw wśród młodszych Polaków. Oni przestają się oglądać na postawy "straconych" pokoleń, ludzi, którzy wchodzili w dorosłość jeszcze w PRL, a dzisiaj wybierają się na emerytury lub już na nich są. Młodsi chcą dorównywać rówieśnikom na Zachodzie, bo za Zachód mają też siebie.

- "Keep smiling" to ich przewodnie hasło. Wielu pewnie nawet nie wie, co znaczą słowa "cierpiętnictwo" czy "martyrologia". Nie ma również żadnego poczucia wstydu, a klęsk unika jak ognia. Gdy ja byłem na studiach, niewiedza na temat tego, czym były na przykład sztuki Duerrenmatta, naraziłaby mnie na towarzyskie wykluczenie. Dzisiaj to wiedza na ten temat może spowodować wypadnięcie poza nawias - mówi prof. Wasilewski.

Fundamentalna zmiana naszych punktów odniesienia tworzących wspólną polską płaszczyznę społeczną będzie być może możliwa, gdy przekroczymy masę krytyczną traumy, po której może być już tylko pogodniej - taka jest diagnoza Jacka Santorskiego. Zgodnie z zasadą: "Chcesz zobaczyć tęczę, musisz przeczekać ulewę". Tych jednak w naszych dziejach było już tyle, że kolejnej chyba nikt nie chce. Nawet ci, którzy uwielbiają być nieszczęśliwi.

Polak niemal zawsze zaniża poziom swoich dochodów. Woli zostać otoczony współczuciem niż uznaniem. Wydaje mu się, że tylko biedny może być uczciwy

@RY1@i02/2014/016/i02.2014.016.000000800.803.jpg@RY2@

Kuba Atys/Agencja Gazeta

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.