Uwaga, herezja: Klaps bywa dobry
Lekkie uderzenie dziecka to metoda wychowawcza. Radykalna i ostateczna. Na pewno nie oprawcza - mówi Tomasz Skalski
Tomaszem Skalskim
Jak bardzo trzeba wyłączyć krytyczne myślenie, aby na dźwięk słowa "klaps" pojawiało się skojarzenie z prześladowaniem dzieci?
Bardzo. I wciąż się to zdarza.
Przyznanie się przez rodziców, że dają dziecku klapsa, kiedy ich zdaniem na niego zasłuży, powoduje w wielu środowiskach natychmiastowy ostracyzm. Bardziej radykalni obrońcy nowych metod wychowania donoszą na policję. Mija 2,5 roku, odkąd Sejm zabronił rodzicom stosowania kar cielesnych wobec dzieci.
Mamy do czynienia z rodzajem histerii. Nie stać nas na rzeczowe rozróżnienie: czym innym jest klaps, będący ostateczną formą przywołania do porządku dziecka w wieku, w którym nie rozumie werbalnych komunikatów, a czym innym przemoc. To pierwsze, według mnie, powinno być dopuszczalne pod określonymi warunkami, bo jest wyrazem, może nie najszczęśliwszym, ale jednak troski o dziecko. Klaps to klaps - pojedyncze, niezbyt mocne klepnięcie dziecka w pośladek. Nic poza tym. Przemoc zawsze będzie zasługiwać na infamię i ostre restrykcje prawne w stosunku do osób dopuszczających się takich dewiacji. W dziewięciu na dziesięć przypadków rodzic, który daje klapsa, nie jest zdolny do żadnej przemocy w stosunku do kogokolwiek, szczególnie w stosunku do własnego dziecka. Nie ma zamiaru i nie potrafi posuwać się tak daleko. Umie wyznaczyć określony stopień skarcenia dziecka i nie robi tego, by mu zaszkodzić.
Nie chcemy czy nie umiemy rozróżniać?
Powszechnie dominuje przekaz: nie ma klapsów, jest bicie. A bicie jest złe. I chociaż bicie i klaps to dwie różne rzeczy - różnią się celem, intensywnością, nastawieniem rodzica i skutkami dla dziecka - panuje terror publicznego zrównania tych dwóch czynności. Dość groźny, bo niedefiniujący określonych zjawisk w sposób im adekwatny, nieoddający istoty rzeczy. Wypaczający.
Za chwilę i pan, i ja wyjdziemy na zwolenników bicia dzieci. Według niektórych teorii zapewne bito nas w dzieciństwie.
Często przywoływana jest tu tzw. reprodukcja wzorców. To teoria psychologiczna, która mówi m.in. o tym, że jeśli ktoś był poddawany karom cielesnym w dzieciństwie, będzie stosował je jako dorosły we własnej rodzinie. To teoria niespójna, sporo w niej niejasności. Tysiące ludzi mogłyby powiedzieć, że choć w dzieciństwie dostawały lanie za złe stopnie, swoich dzieci w ten sposób nie karcą. I na odwrót - ci, którzy nie dostawali lania za złe zachowanie, dziś mogą dzieciom dawać klapsy. Pytanie brzmi: czy wzorzec "sporadyczny klaps" jest sam w sobie patologiczny i równoznaczny z przemocą? Problem polega właśnie na tym, że do worka z patologią pod hasłem "bicie" czy "stosowanie przemocy wobec dzieci" wrzuca się klapsy. A napomnienia w formie klapsa, choć to ewidentnie kara cielesna, do bicia bym nie zaliczył. Umiem sprecyzować granicę między biciem dziecka, które należy zawsze piętnować, a klapsem jako metodą wychowawczą. Dość radykalną, ostateczną i, przyznaję, będącą sygnałem niepowodzenia w dalekosiężnej strategii rodzicielskiej, ale jednak metodą wychowawczą. Nie oprawczą.
Metoda wychowawcza, jednak na dawanie klapsom dzieciom przez przedszkolanki czy nauczycieli się nie zgadzamy. Nam wolno, im nie?
Tak, bo jesteśmy rodzicami, a to oznacza pełną odpowiedzialność za wychowanie dziecka i ewentualne konsekwencje za błędy, jakie popełnimy. Nie chodzi bowiem o klaps dla klapsa, ale potencjalny klaps dla dobra.
Rodzice małych dzieci, najczęściej do trzeciego roku życia, często stają przed problemem, o którym trudno im się mówi. Są sytuacje, w których nie są w stanie porozumieć się z dzieckiem. W ostateczności, choć mało kto ma dzisiaj odwagę się do tego przyznać, decydują się na najprostszy komunikat, czyli klapsa. Potem mają poczucie winy, bo kochają swoje dziecko bezwarunkowo.
W relacji dziecko - rodzic część specjalistów wydaje się promować układ symetryczny, oparty na partnerstwie, zaufaniu, wzajemnym szacunku. To świetne rozwiązanie, pod warunkiem że dotyczy rodzica i nastolatka, osoby ukształtowanej w podstawowych aspektach społecznych i psychologicznych, która umie odróżnić dobro od zła, przewidzieć skutki decyzji. Ale kiedy mówimy o relacji między rodzicem a dzieckiem 2-4-, nawet 8-letnim, o symetrii relacji nie może być mowy. Ktoś jest rodzicem, ktoś dzieckiem. Ktoś podejmuje i narzuca decyzje, bo umie przewidzieć ich skutki, ktoś inny musi się im poddać, bo jest jeszcze niedojrzały, zbyt emocjonalny, nierozwinięty psychicznie, łatwo poddaje się manipulacji i wymaga ochrony przed nią. Wyobraźmy sobie sytuację, a znam taki przypadek, że rodzic czuje się tak obezwładniony strachem przed posądzeniem o przemoc, że nie tylko jest niezdolny do zastosowania kary, ale drży za każdym razem, gdy dziecko głośno zapłacze. Bo jeszcze ktoś z sąsiadów pomyśli, że je bije. W efekcie po pewnym czasie dziecko zacznie rządzić - i to dosłownie - rodzicem. Z racji gatunkowej przynależności już jako pędraki, choć nie umiemy jeszcze dobrze mówić, całkiem nieźle orientujemy się w "ssaczej polityce", z jej hierarchiami władzy i manipulacjami. Choć na tym etapie wiedza dziecka ogranicza się do instynktu i obserwacji prostych sygnałów cielesnych, bez problemu potrafi ono wziąć udział w walce o pozycję w stadzie.
Wyobraźmy sobie przypadek skrajny: co się dzieje, gdy nieudolny rodzic oddaje tę rozgrywkę walkowerem?
Anarchię z jej wszystkimi negatywnymi skutkami mamy w domu już pierwszego dnia, trzęsienie ziemi drugiego, a potem jak u Hitchcocka - jest jeszcze gorzej. Dziecko decyduje, że zamiast obiadu będzie jeść czekoladę, zamiast herbaty pić colę, zamiast do szkoły będzie chodzić na deskorolkę. I tak aż do wakacji. A my, ogarnięci lękiem przed karaniem, nic nie możemy zrobić, bo to jego suwerenna decyzja, której nie mamy prawa zmieniać.
Pomyślmy, jak trudne do zniesienia się to stanie i jak wpłynie na wzajemne relacje, jeśli rodzic dał się przekonać, że właśnie za pomocą klapsa nieodwracalnie skrzywił psychikę dziecku?
Amerykański psycholog Lawrence Kohlberg skonstruował teorię moralnego rozwoju dziecka, wyodrębniając trzy poziomy: przedkonwencjonalny, konwencjonalny i postkonwencjonalny. Rezultatem końcowym jest ukształtowanie człowieka dojrzałego z klarownym poczuciem dobra i sprawiedliwości. Zgodnie z logiką rozwoju poznawczego żadnego ze stadiów nie można przeskoczyć, nie wszyscy też docierają do najwyższych etapów rozwoju. Małe dziecko charakteryzuje pierwszy poziom - przedkonwencjonalny, cechujący się orientacją naiwnie egoistyczną oraz orientacją posłuszeństwa i kary. Ta pierwsza w uproszczeniu polega na skrajnym zagarnianiu wszelkich korzyści w swoją stronę, druga głównie na rozumieniu przyjemności i bólu oraz na wyciąganiu z tych stanów prostych wniosków. Tutaj nie działa jeszcze racjonalna argumentacja, a przynajmniej nie zawsze działa. Starsze dziecko, o ukształtowanym ego, może działać rozumnie; tu perswazja rodzicielska i wcześniej zbudowany autorytet powinny zadziałać, klaps zaś byłby poniżeniem i dlatego nie powinien być stosowany.
Traci sens wychowawczy.
I służy tylko złym celom. Małe dziecko nie pojmuje konwencji, nie zawsze jest w stanie zachowywać się poprawnie w określonych sytuacjach, ale doskonale jest w stanie pojąć emocjonalne reakcje rodziców. Stąd konieczne bywa użycie argumentu w najbardziej zrozumiałym na tym etapie uniwersalnym języku, czyli klapsa, bo dziecko tego przekazu nie pomyli z żadnym innym. Ale proszę zwrócić uwagę: mówię "bywa konieczne", a nie "jest konieczne". Brak restrykcji nie musi bowiem, ale może prowadzić do ogólnej rodzinnej degrengolady. Ta zaś wcześniej czy później przyniesie nam trudne do opanowania konsekwencje. Poza tym rzadko wspomina się o tym, że istnieją kary bardziej dotkliwe i ryzykowne psychologicznie niż klaps. Na przykład czasowe wycofanie miłości lub obrażenie się rodzica, zupełnie niezrozumiałe dla dziecka, którego życie emocjonalne toczy się zawsze teraz i składa się z szybko przemijających nastrojów, z pewnością może zostawić gorsze ślady niż wymierzenie klapsa.
Wychowanie nie tylko bez klapsa, ale i bez przymusu. Za to bardzo zimne.
Życie bez przymusu jest niemożliwe. Coś takiego jak bezstresowe wychowanie jest jedynie hasłem. Znaczyłoby dosłownie brak nacisku, a więc i brak kierunku rozwoju. Zresztą coś, o czym zapewne marzy każdy rodzic - bezbrzeżna, nieskończona cierpliwość w stosunku do dzieci - nie tylko jest ułudą, ale być może byłaby wręcz szkodliwa. Bo gdybyśmy ją mieli i nigdy byśmy się na dziecko nie zdenerwowali, w wielu wypadkach mogłoby mu zabraknąć motywacji do osiągania ważnych celów. Mogłoby myśleć tak: dostałem jedynkę z matematyki, to nic, że to już dziesiąta z rzędu. Przecież ani mama, ani tata nigdy nie podniosą na mnie głosu, nawet się nie zdenerwują; oni mają tyle cierpliwości. Mogę właściwie dostawać jedynki z wszystkich przedmiotów, a i tak nic mi w domu nie grozi. To również mogłoby doprowadzić i do absurdów, i do anarchii.
Chociaż dawanie klapsów jest zabronione, 60 proc. Polaków uważa, że klaps bywa nieodzowny w wychowaniu dziecka. Jesteśmy narodem zwyrodnialców? Dwóch na trzech z nas męczy dzieci? A jak męczy, to na pewno również wykorzystuje seksualnie, bo argumenty w stylu "od klapsa już tylko krok do gwałtu" są na porządku dziennym.
Mamy tu do czynienia z niezdrowymi nadinterpretacjami. Nie wierzę, by większość osób dopuszczających klapsa jako ostateczny argument w sporze z dzieckiem była zainteresowana molestowaniem. Przecież to kompletna bzdura. Nieuczciwy, ale atrakcyjny chwyt retoryczny. Pokazujący niestety, jaki poziom dyskusji w tej dziedzinie mamy dzisiaj w naszym kraju.
A o czym tu dyskutować? Przecież to proste: sąsiad z drugiego piętra daje dziecku klapsa, więc jest zboczonym oprawcą, który powinien siedzieć w więzieniu. Co tu wyjaśniać?
Takie myślenie może nas zaprowadzić na manowce. Przyjmowanie za pewnik tego, że ojciec dający dziecku sporadycznego klapsa doprowadzi do jego psychicznej deformacji, przypomina średniowieczne polowanie na czarownice. Nie istnieją żadne badania, z których wynikałoby jednoznacznie, że ów, podkreślam, sporadyczny klaps ma jakikolwiek wpływ na to, w jaki sposób dziecko będzie się zachowywać w relacjach społecznych czy rodzinnych w dorosłym życiu. A zatem nie ma podstaw, by twierdzić, że jeśli nawet ktoś dostał lanie za wspomniane jedynki z matematyki, będzie odczuwał traumę do końca swoich dni. Paradoksalnie klaps bywa zimnym prysznicem, potrzebnym otrzeźwieniem. Ponownie sprowadza dziecko, które błądzi, na dobrą drogę. Złym zjawiskiem w moim przekonaniu jest bezwarunkowe przenoszenie na polski grunt różnorakich nowoczesnych teorii psychologicznych, które, mówiąc w dużym uproszczeniu, zacierają relacje między rodzicem a dzieckiem, pozbawiają dominującej roli przewodnika tego pierwszego i odwracają wszelkie hierarchie. Dziecku nie można powiedzieć "rób, co chcesz", w każdym razie nie jeśli chcemy je wychowywać. Ono samo po pierwszym zachwycie samowolą będzie szukało wsparcia, akceptacji, a nawet uznania rodzica, jako istotnego punktu odniesienia. Ta równość forsowana w niektórych teoriach na siłę i wbrew sprawdzonymi kilkusetletnim wzorcom jest automatycznie, dla zasady, przyczyną skrajnie negatywnej oceny klapsa jako narzędzia rodzicielskiego.
Uwaga, herezja: klaps bywa dobry?
Spójrzmy na świat zwierząt. Większość ssaków opracowała podobne narzędzia - uderzenie łapą, pociągnięcie za ucho, niegroźne ugryzienie. Chcemy czy nie, każdy z nas przechodzi przez taki etap w życiu, w którym niewiele różnimy się od niższych ssaków i niewiele więcej sygnałów jesteśmy w stanie pojąć. Oczywiście kultura wysubtelniła nasze metody wychowawcze, uczyniła nas także przy okazji zdolnymi do zupełnie niepohamowanej przemocy. Dlatego u ludzi trzeba szczególnie uważnie stopniować tego typu metody. Klaps może być dobry, jeśli służy bezpieczeństwu, nauce, rozwojowi dziecka, kiedy jest wyrazem troski i miłości. Jest dobry, gdy jego zastosowanie chroni dziecko przed groźniejszymi niż sam klaps konsekwencjami. Bywa, że rodzicom bardzo trudno uniknąć klapsa, chociaż się starają. Nawet jeśli dopuścimy, że może się przydarzyć, nie zmienia to faktu, że im rzadziej, tym lepiej. Zawsze najważniejsza jest długofalowa jakość relacji rodzica z dzieckiem. Realnie jest w stanie zaburzyć ją nie jeden klaps, ale nadużywanie go jako narzędzia wychowania. Podobnie jak nadużywanie krzyku, pogardliwe sposoby odnoszenia się do dziecka i inne metody karania. Wtedy pojawia się realny problem. I wtedy u sąsiadów powinien zadzwonić dzwonek alarmowy. Tylko że najczęściej nie dzwoni. I to jest raczej prawdziwe zagrożenie.
@RY1@i02/2014/006/i02.2014.006.000001900.802.jpg@RY2@
materiały prasowe
Tomasz Skalski, doktor socjologii, filozof, ekspert w dziedzinie inteligencji emocjonalnej i komunikacji, adiunkt w Zakładzie Socjologii Organizacji i Gospodarki Uniwersytetu Śląskiego, wykładowca metodologii nauk społecznych
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu