Kultura to nie choinka
WYWIAD Na muzyce nie trzeba się znać, wystarczy się jej poddać. Tak jak nie trzeba być polonistą, żeby czytać książki - o planach Filharmonii Narodowej na nadchodzący sezon opowiada jej dyrektor artystyczny, dyrygent Jacek Kaspszyk
Choć jest pan w lepszej sytuacji niż trener kadry piłkarskiej, to i tak panu nie zazdroszczę, bo każdy, kto się choć trochę interesuje muzyką, będzie miał jakieś uwagi do repertuaru. Zwłaszcza w przypadku instytucji mającej w nazwie "narodowa" musi on brać pod uwagę i gust publiczności, i pewne obowiązki wobec kultury. Nie przypuszczam, żeby pańską ambicją było zostać dyrektorem artystycznym Muzeum Muzyki Najpiękniejszej...
Melomani muszą mieć poczucie, że repertuar jest przygotowany z pietyzmem. Nie traktuję publiczności szokowo, nie serwuję najcięższych i najmniej znanych utworów pod hasłem, że wypełniamy lukę, bo się ich nie grywa. Chcę to robić stopniowo. Od czasów studiów miałem niedosyt drugiej szkoły wiedeńskiej - Schönberga, Weberna, Berga - i dziś staram się ich przybliżać publiczności. Tak samo jest z Wagnerem, którego twórczość również stała się ofiarą splotu okoliczności historycznych. To przez nie nie była ona tak znana, jak na to zasługuje. Przedstawiamy więc jego opery w wersjach koncertowych, ostatnio "Tristana i Izoldę". Chcę też jednak, by publiczność dostawała regularnie to, co najbardziej lubi, czyli szeroko pojętą klasykę: Mozarta, Beethovena, Brahmsa... Najważniejsze, by przedstawiać tę muzykę w jak najlepszym warsztatowo wydaniu, i do tej pory publiczność to docenia. Mamy też specjalne programy dla młodych. Niezwykle poważne. Nie zapomnę, jak przy szalenie trudnej w języku muzycznym IV Symfonii Szostakowicza 14-, 15-letni ludzie przeżywali emocje zawarte w tym utworze. Kiedy się ich traktuje poważnie, to odwzajemniają się tym samym. Martwi mnie w Polsce to, że ilość stawia się często nad jakością. Nie ma się co chwalić liczbą koncertów czy premier. Ważniejsze jest, jak je zrobiliśmy.
Dzieje się tak, bo panuje przekonanie, że publiczność lubi tylko fajerwerki, tymczasem niedawne wydarzenia - Konkurs Chopinowski czy festiwal "Chopin i jego Europa" - pokazują, że jest niesłuszne...
Prawdziwa kultura to nie choinka pełna świecidełek. Ludzie doceniają poważne podejście i to nie tylko wytrawni melomani. Zresztą na muzyce nie trzeba się znać, wystarczy się jej poddać. Tak jak nie trzeba być polonistą, żeby czytać książki.
Może pora połączyć te dwa sposoby myślenia o sprzedawaniu muzyki. Czy stać nas już na takie wydarzenia jak brytyjskie Promsy, niemiecki festiwal Waldbühne, które świetnie łączą pietyzm wykonania z tymi fajerwerkami w formie?
Zainicjowaliśmy coś podobnego w koncertach "Klasycznie na trawie" - na każdy z nich przychodzi po 3 tys. ludzi. Marzyłoby mi się, by zrobić to z takim rozmachem jak w Londynie, Berlinie czy Nowym Jorku. Ludzie tego chcą, potrzebują. To nieprawda, że w okresie wakacyjnym nie ma publiczności dla naszej muzyki.
Jest przeciwnie. Znów powołam się na festiwal "Chopin i jego Europa". Sale były pełne i to na trudniejszych koncertach muzyki kameralnej, nie tylko na "hitach muzyki poważnej". A ta nasza publiczność różni się czymś od światowej?
Jest świetna. Doskonale odróżnia, w czym uczestniczy. Nie musimy mieć kompleksów. Publiczność robi się już wszędzie bardzo podobna. Tak zresztą jak sztuka wykonawcza. Jeszcze 20 lat temu można było odróżnić, która orkiestra gra. Dzisiaj, może poza Wiedeńczykami, bardzo trudno je rozróżnić. Dzisiejsi muzycy reprezentują niezwykle wysoki poziom niezależnie od miejsca. Przemieszczają się, przejmują od siebie nawzajem najlepsze cechy... I sztuka, i publiczność się globalizują.
A nie ma pan wrażenia, że ta polska jest nader łaskawa? Że aby nie dostać w Warszawie owacji na stojąco, artysta musiałby na koncert nie dojechać?
Tak samo jest np. w Holandii, ale w Wielkiej Brytanii jest już znacznie trudniej dostać standing ovation. Za każdym razem staramy się dać z siebie sto procent. I oczywiście pracujemy dla publiczności. Kto mówi, że go ona nie obchodzi, albo mija się z prawdą, albo osiągnął zbyt wysoki poziom megalomanii.
Wróćmy do powinności Filharmonii Narodowej. Ma jakieś wobec kompozytorów działających tu i teraz? Najrzadziej gra się kompozytorów współczesnych...
Niektórzy mentalnie wracają do "starych dobrych czasów", a gwarancją zaistnienia dla artysty mogą być tylko jego talent i praca. Zresztą czy mnie ktoś coś kiedyś dał? To ja musiałem budować swoją karierę. Z kompozytorami jest tak samo. Najwięksi są grywani i u nas, i na świecie. Dla młodych mamy festiwale, zamawiamy u nich utwory, więc w nich inwestujemy. Nie możemy ich twórczości uwzględnić w każdym programie. Pozycja młodego kompozytora w Polsce jest i tak lepsza niż w Wielkiej Brytanii czy USA, a to dlatego, że melomani mają dla nich więcej serdeczności niż tamtejsi. Są lepiej przygotowani do odbioru takiej muzyki. Dla młodych wykonawców też mamy wiele serdeczności. Zapraszamy ich do projektów oratoryjnych czy operowych. Wielu dostało szansę i wielu z niej skorzystało. Nie korzystamy tylko z uznanych nazwisk, choć oczywiście gwiazdy zawsze przyciągają.
To chyba nie przypadek, że w naszej rozmowie znów pojawia się temat opery w filharmonii...
Opera w sali koncertowej jest równie atrakcyjna jak na scenie. Takie wykonanie jest dla melomanów operowych szansą na wykreowanie we własnym umyśle idealnej, nieistniejącej inscenizacji. Tu nic nie ogranicza ich wyobraźni.
A przy tym nikt nie biega po scenie i nie stuka buciorami, przeszkadzając muzyce...
Dziś często się zapomina, że w operze dramat rozgrywa się przede wszystkim w warstwie muzycznej. Koncert to naprawdę komfortowa sytuacja dla wszystkich.
Za tydzień zainauguruje pan z Orkiestrą Filharmonii Narodowej sezon 2016/2017. Program pierwszego koncertu wygląda imponująco - orkiestrowe pieśni Mahlera i zbyt rzadko u nas grywany Mieczysław Weinberg. Skąd taki wybór?
Weinberg jest świetnym przykładem na to, jak wielki wpływ miała także na późniejsze losy ludzi II wojna światowa. Był Polakiem pochodzenia żydowskiego i musiał uciekać, a nie miał możliwości wyjechać na Zachód. Jego jedyną szansą była ucieczka do Związku Radzieckiego. Tam natomiast jako Polak i Żyd był nikim, choć najwybitniejsi twórcy niezwykle go cenili. Szostakowicz uważał go za jednego z najwybitniejszych kompozytorów tego czasu. Dzięki niemu muzyka Weinberga była grana. Po wojnie komunizm przelał się na kraje satelitarne i właściwie nie było jak grać jego muzyki. Teraz jego twórczość przeżywa renesans. Odzyskaliśmy kolejnego wspaniałego kompozytora, którego warto przywrócić do programów. Nagraliśmy już IV Symfonię i koncert skrzypcowy, następna będzie VIII Symfonia "Kwiaty polskie". Wykonywaliśmy na tournée po Polsce i będziemy prezentować w Stanach Zjednoczonych "Melodie polskie". Opera Narodowa dopiero co wznowiła jego "Pasażerkę".
A czemu połączyliście go z Mahlerem?
Wszyscy byli wtedy zarażeni jego muzyką. Mahler miał niezwykły wpływ na Szostakowicza, a ten na Weinberga, który też bardzo korzystał z Mahlera, tak jak Mahler wcześniej z Wagnera... Pomyślałem, że wczesne pieśni, których Mahler sam nie zinstrumentował na orkiestrę (zrobili to bracia Matthews z Oksfordu), oddając wiernie mahlerowską aurę, świetnie dopełnią ten program.
@RY1@i02/2016/185/i02.2016.185.196000400.801.jpg@RY2@
Jacek Bednarczyk/PAP
Rozmawiał Maciej Weryński
Jacek Kaspszyk poleca w sezonie 2016/2017:
Nadzwyczajny koncert chóralny - chórem FN dyryguje prof. Henryk Wojnarowski
Stanisław Skrowaczewski prowadzi VIII Symfonię Antona Brucknera
"Cudowny mandaryn" Beli Bartóka i III Symfonia Witolda Lutosławskiego
Christoph Prégardien zaprezentuje wybór pieśni Franza Schuberta w wersjach orkiestrowych Regera, Weberna i Brahmsa
Nowy kierownik chóru FN Bartosz Michałowski przedstawi dzieła Karola Szymanowskiego, Aleksandra Grieczaninowa i Zoltana Kodalya
III Koncert skrzypcowy Grażyny Bacewicz w interpretacji Krzysztofa Jakowicza oraz VI Symfonia Dymitra Szostakowicza pod dyrekcją Thierry’ego Fischera
Ocalić od zapomnienia: niezwykle atrakcyjne utwory Aleksandra Tansmana i Romana Palestra
"Te Deum" Waltera Braunfelsa - nieznane arcydzieło muzyki oratoryjnej
Orkiestra Kameralna NFM Leopoldinum i Krzysztof Bednarczyk (trąbka)
Vesselina Kasarova śpiewa "Das klagende Lied" Mahlera, Johannes Moser przedstawi Koncert wiolonczelowy Elgara (zakończenie sezonu 2016/2017)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu