Automatyzm wcale nie jest dobry
Wojciech Kaczmarczyk: Nie powinno być automatycznego przepisywania beneficjentów do kolejnego zeznania podatkowego. Choćby dlatego, by zmusić podatników do większej aktywności, aby wskazując konkretną OPP, co roku świadomie dokonywali wyboru, której chcieliby pomóc
fot. Materiały prasowe
Wojciech Kaczmarczyk dyrektor Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego
Po zmianach w przepisach podatkowych i upowszechnieniu e-PIT-u niektóre organizacje pożytku publicznego (OPP) obawiają się, że spadną im dochody z odpisu 1 proc. Czy pan podziela tę opinię?
Nie. Co więcej, mam nadzieję, że ilość środków, jakie płyną do organizacji pozarządowych, nie tylko się nie zmniejszy, ale wręcz wzrośnie, tak jak to dzieje się systematycznie od czasu wprowadzenia możliwości robienia tego odpisu, czyli od 1 stycznia 2004 r., kiedy to weszła w życie ustawa o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. Od tej pory, rok do roku, przybywa nie tylko OPP, ale też rośnie przekazywana im przez podatników kwota. Ostatnio było to prawie 800 mln zł – a więc sporo więcej niż połowa kwoty, jaką można byłoby uzyskać, gdyby wszyscy uprawnieni zdecydowali się przekazać swój procent. Prawie 15 lat działania ustawy zrobiło swoje i bardzo się cieszę, że rośnie świadomość oraz zaangażowanie Polaków. Nowe przepisy nie utrudniają w żaden sposób przekazywania środków: każdy będzie mógł wpisać do zeznania podatkowego KRS tej jednostki, której chce pomóc. Można będzie też nadal określić szczegółowy cel, na jaki chcemy, aby te pieniądze zostały przeznaczone. Jeśli podatnik nie zechce z jakichś przyczyn wejść do elektronicznego zeznania podatkowego, to jeśli w poprzednim roku podatkowym oferował komuś jeden procent, to w tym ta sama organizacja zostanie beneficjentem, bo zostanie automatycznie przepisana z ubiegłorocznego PIT.
To przepisanie beneficjenta jednego procenta nie znalazło się w przepisach nowej ustawy, a jedynie w uzasadnieniu do niej. Być może określi je rozporządzenie ministra finansów, którego jeszcze nie ma. Pojawiła się więc teoria spiskowa, że niekoniecznie będzie się tak działo, a więc że to jednak skok na ten jeden procent, bo jak sam pan powiedział, pieniędzy jest sporo i może się przydadzą na coś innego.
Uprawnienie podatnika do przekazania jednego procenta nadal funkcjonuje i rząd nie ma zamiaru wprowadzać w tym zakresie zmian. Mało tego: to ostatnie rozwiązanie – automatyzm w przepisywaniu beneficjentów do kolejnego zeznania podatkowego – nieszczególnie nam się podoba, polemizowaliśmy z Ministerstwem Finansów na temat tego pomysłu, podnosząc, aby go nie uwzględniać. Choćby po to, żeby zmusić podatników do większej aktywności, aby co roku świadomie dokonywali wyboru, wskazując konkretną OPP, której chcieliby pomóc. Jednak resort był zdania, że ten automatyzm należy zachować, gdyż z pewnością – przy tak rewolucyjnej zmianie – część podatników zrezygnuje z ingerencji w swój e-PIT i wówczas nie będzie w ogóle przekazywać procenta. Zgodziliśmy się z tym stanowiskiem i teraz czekamy, jak to się sprawdzi.
Ludzie są leniwi i jeśli nie muszą czegoś robić, to większość z nich tego nie robi. Więc dlaczego nie podoba się panu pomysł, aby automatycznie przepisywać beneficjentów z poprzedniego roku do następnego zeznania podatkowego?
Bo jest niebezpieczeństwo, że te pieniądze będą trafiały niekoniecznie tam, gdzie powinny, czy tam, gdzie są najpotrzebniejsze. Podatnicy, a w każdym razie spora ich grupa, nie chcąc mieć kłopotu, zostawią swoje rozliczenia podatkowe w rękach MF i z roku na rok ta sama OPP będzie dostawała ich jeden procent. A jest tak, niestety, i to niestety mówię świadomie, że spora część z tego jednego procentu jest lokowana na subkontach. Czyli kontach indywidualnych, które organizacje pożytku publicznego udostępniają osobom fizycznym na realizację celu szczegółowego, np. na rehabilitację albo leczenie. To jest kwestia bardzo delikatna, wrażliwa społecznie, ponieważ potrzeby w tym zakresie są spore, ale jest to naszym zdaniem wydatkowanie tego jednego procentu niezgodne z celem, na jaki powinien być przeznaczony. Bo tym głównym celem jest realizacja dobra publicznego, a nie dobra jednostkowego.
No tak, ale ustawodawca zgodził się na to, aby to podatnik wybierał nie tylko organizację, której przekaże środki, ale także cel, na jaki mają być przeznaczone. Tak więc nie tylko fundacja X, ale konkretny Jan Kowalski, któremu, jego zdaniem, należy pomóc. Rynek OPP wykorzystał tę możliwość i są takie organizacje, które głównie zajmują się tym, że udostępniają swoje platformy potrzebującym, ci na nich się ogłaszają. OPP biorą procent za pośrednictwo. I to działa.
Jest kilka kwestii, którym należałoby się przyjrzeć, bo przez lata nikt nie zwracał na nie uwagi i moim zdaniem problem bardzo urósł. Nie wiemy, ile jest organizacji działających według tego schematu, w sprawozdaniach OPP tego typu informacja nie jest uwzględniana. Wiemy natomiast, że organizacje, które otrzymują najwięcej środków z jednego procentu, mają też najwięcej kont indywidualnych.
W ustawie o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie jest zakreślonych ponad 30 obszarów, w których OPP powinny działać. To społeczne dzieła związane z rehabilitacją, lecznictwem, pomocą społeczną, kulturą, ochroną środowiska, dziedzictwem narodowym i wieloma innymi. Nie polegają one tylko na zbieraniu pieniędzy, aby za jakiś procent przekazać je innym. Moim zdaniem trudno porównywać zaangażowanie, zapał, pracę, czas poświęcany przez tysiące wolontariuszy, którzy każdego dnia robią coś dla dobra wspólnego, aby pewne cele społeczne były realizowane, z tym co robią księgowi niektórych OPP, skupiający się głównie na przekazywaniu pieniędzy na rzecz osób fizycznych za jakąś opłatą.
Ale nawet jeśli zdarzą się jakieś nieprawidłowości w transferze środków budżetowych, to nie bardzo wiem, w jaki sposób wyjść z tego zapętlenia. Sam pan powiedział, że kwestia jest delikatna, bo dotyczy zdrowia, a często i życia ludzi, którzy bez pośrednictwa OPP nie byliby w stanie zebrać wystarczających środków na kurację, rehabilitację czy inne potrzeby.
Jakimś wyjściem byłoby odblokowanie systemu darowizn. Tak się bowiem wydarzyło, że odkąd wprowadzono możliwość przekazywania na OPP jednego procentu podatku, zainteresowanie darowiznami spada. Działa pewien mechanizm – skoro przekazali swój jeden procent, czują, że spełnili obowiązek moralny pomagania innym. Tymczasem należy zauważyć, że ten jeden procent to nie są pieniądze, które każdy z nas musi wyciągnąć z własnej kieszeni. To środki budżetowe, którymi tak naprawdę państwo polskie się dzieli z organizacjami; gdyby nie ów odpis, to wylądowałyby we wspólnej kasie. Podatnik jedynie decyduje, na jaki cel zostaną przeznaczone. Dlatego możliwość odpisu nie powinna zwalniać nas z obywatelskiego obowiązku dzielenia się z potrzebującymi. Niedawno obchodziliśmy Światowy Dzień Ubogich, w Kościele katolickim były prowadzone ogólnopolskie działania edukacyjne, które miały na celu zwrócenie uwagi ludzi, że osoby potrzebujące pomocy są wśród nas, że ponosimy za nie odpowiedzialność.
Już mówiliśmy o tym, że ludzie są leniwi. Że chętnie się dzielą pieniędzmi, o ile nie wymaga to od nich wielkiego zachodu. Stąd np. sukces charytatywnych sms-ów. Jestem przekonana, że gdyby pokazać społeczeństwu ścieżki, którymi może podążyć, nie męcząc się przy tym nadmiernie, aby pomagać innym, sukces byłby gwarantowany.
Też uważam, że system przekazywania darowizn trzeba upraszczać. Stąd nasz instytut planuje akcję edukacyjną – pokażemy, jakich narzędzi użyć, aby się dzielić z innymi dobrem. To są proste rzeczy, można np. ustanowić stałe zlecenia na jakiś cel, jakąś organizację. I to nie musi być duża kwota, z niewielkich sum można zebrać miliony. Nie trzeba wyważać otwartych drzwi, wystarczy zaprosić do współpracy tych, którzy wiedzą, jak to robić.
Niektóre z metod pozyskiwania pieniędzy przez OPP są moim zdaniem nie tylko wątpliwe moralnie, ale także szkodliwe. Mieliśmy w mediach społecznościowych apele o wsparcie dla dzieci, które zakończyły kurację lub już nie żyją. Albo epatowanie fotografiami chorych, poszkodowanych zwierząt. Ludzie zniechęcają się do przekazywania pieniędzy, gdyż czują się oszukiwani.
Dobrym remedium na te obawy jest angażowanie się w inicjatywy lokalne, gdzie istnieje większa możliwość sprawdzenia, jaki był ich skutek. Dla mnie wejście w tego typu działalność daje gwarancję wiarygodności i spełnienia celu, aby pieniądze były przekazywane na wspólne cele, efektywną pomoc, a nie były wydatkowane przypadkowo. Powinniśmy się uczyć od krajów, które mają większe doświadczenie w wolontariacie i wspieraniu potrzebujących. Ideę jednego procentu zaczerpnęliśmy od Węgrów, ale funkcjonuje ona także np. w Niemczech, gdzie z tego odpisu są finansowane nie tylko NGO, ale także Kościoły. W dwa ostatnie dni listopada (29–30 listopada 2018 r.) w Warszawie odbędzie się pierwsza z dorocznych konferencji organizowanych przez nasz instytut, podczas której będziemy mówili m.in. o filantropii. Gościem będzie Leslie Lenkowsky, emerytowany profesor z Indiana University, jeden z twórców AmeriCorps – amerykańskiej organizacji wolontariatu długoterminowego. Inaczej niż w PeaceCorps, wysyłającej wolontariuszy do innych krajów, ci działają na terenie Ameryki i wspierają lokalne dzieła. Tam od ponad 100 lat istnieją fundusze lokalne, które często są zasilane niewielkimi kwotami przekazywanymi przez obywateli na wspólny cel. Ale te małe kwoty składają się na wielkie rzeczy. Na przykład taki fundusz w Cleveland, inwestując w papiery wartościowe czy nieruchomości, zgromadził majątek przekraczający 100 mld dol. Te pieniądze pracują i co roku kilkaset milionów dolarów zysku jest przekazywanych na cele społeczne.
Myśli pan, że nasze OPP mogą dojść do takiego majątku i podobnego rozmachu w pomaganiu innym?
Na to potrzeba czasu, ale także determinacji. Niemniej jednak mamy w kraju organizacje, które działają w podobny sposób. Na przykład w Nidzicy, Biłgoraju czy Elblągu są fundacje, które mają podobną konstrukcję biznesową. Ich majątek jest oczywiście dużo mniejszy niż tych amerykańskich, ale każda z nich zgromadziła po około milionie złotych i z odsetek finansują stypendia dla zdolnej młodzieży. Moim zdaniem taki sposób działania – polegający właśnie na wspieraniu wspólnego dobra, zarażaniu innych ludzi ideą wolontariatu – jest lepszy i skuteczniejszy, aniżeli przekazywanie pieniędzy zebranych przez ludzi dobrej woli na to, aby poprawić sytuację jednej osoby czy jej rodziny. I jeszcze jedna impresja: dobroczynność nie powinna mieć politycznej twarzy. Po prostu starajmy się pomagać sobie nawzajem. Najlepiej swoim zaangażowaniem w rzeczy wspólne. ©℗
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu