Warszawo ma…
– Mieszkam w Poznaniu. Mieszkam, bo można mieszkać wszędzie, ale moje miasto, moje miejsce na ziemi to Warszawa – mówi Maria Pajzderska. Co roku, 1 sierpnia jest na mszy świętej w kościele Świętego Krzyża, a potem na Powązkach. Nie mogłaby tu nie być, choćby na kilka godzin. Jak wielu innych, których życie rzuciło daleko, ale serce pozostawili w stolicy
Po upadku Powstania nie tylko żołnierze musieli opuścić Warszawę. Ten sam los spotkał ludność cywilną. Exodus rozpoczął się jeszcze w czasie walk. Po podpisaniu aktu kapitulacji miasto niemal całkowicie opustoszało. W sumie około 550 tys. ludzi przeszło przez piekło obozów przejściowych, pracy i koncentracyjnych. Wywożeni do Niemiec, pracowali w fabrykach broni, kamieniołomach, gospodarstwach rolnych. Ci, którzy uniknęli wywózki, tułali się szukając schronienia czasem u zupełnie obcych ludzi.
Maria Pajzderska (pierwsza od lewej w 1 rzędzie) i Kazimierz Radwański (drugi od lewej w 1 rzędzie) na spotkaniu z kolegami z Batalionu „Gustaw-Harnaś”, 1 sierpnia 1999 rok
Kto mógł, wracał do Warszawy zaraz po opuszczeniu jej przez Niemców. Do domów, których najczęściej nie było. Witały ich gruzy, groby i potężny mróz. Brali się do pracy, żeby odbudować swoje miasto, ale nie każdemu było pisane zostać w nim na zawsze. Wielu komunistyczne władze zmusiły do wyjazdu represjami, inni sami szukali dla siebie miejsca, nie mogąc udźwignąć koszmaru wspomnień o tragedii miasta i śmierci najbliższych, wielu po prostu wybrało wolność i życie na Zachodzie. Tęsknota za Warszawą została.
Moje miejsce na ziemi
– Te przyjazdy do Warszawy są dla mnie bardzo ważne, czekam na nie cały rok i bardzo się staram, żeby być w przyzwoitej kondycji. Mieszkam w Poznaniu. Mieszkam, bo mieszkać można wszędzie, ale moje miasto, moje miejsce na ziemi to Warszawa. Moje życie w Poznaniu, pomimo trudnego początku, ułożyło się dobrze i szczęśliwie, tylko ta ogromna tęsknota za moim miastem… – mówi Maria Pajzderska ps. Marysia, rocznik 1924. Dzieciństwo spędziła w Warszawie przy ulicy Filtrowej 30. Jej opiekunem i wielkim autorytetem był wuj, brat matki, Władysław Zambrzycki – dziennikarz i literat. Wojna, a potem okupacja zupełnie zmieniły jej życie. Nie mogła odnaleźć się w nowej, okrutnej rzeczywistości. Na życzenie mamy poszła do szkoły budowlanej, bo legitymacja uczniowska chroniła przed wywózką na roboty, ale nauka zupełnie jej nie interesowała. Szukała własnej drogi. W 1942 roku związała się z Narodową Organizacją Wojskową, włączoną później do Armii Krajowej. Praca w konspiracji dawała jej poczucie siły, nadzieję i przekonanie, że nie jest zupełnie bezbronna i bezsilna.
Romana Jabłonowska, 2014 r.
Do Powstania poszła ze starszą siostrą Danusią, obie były sanitariuszkami w Batalionie „Gustaw-Harnaś” w kompanii „Grażyna”. Udział w Powstaniu to była zupełnie świadoma decyzja. Wiedziała, że od chwili założenia biało-czerwonej opaski życie jej i kolegów nie należy do nich – oddali je Warszawie i Ojczyźnie.
W połowie sierpnia, kiedy ona walczyła w rejonie ulicy Grzybowskiej, jej siostra została bardzo ciężko ranna i kilka tygodni później zmarła. Dla „Marysi” był to straszny cios, ale do ostatniego dnia Powstania nie pozwalała sobie na okazanie słabości. Była wszędzie tam, gdzie jej koledzy potrzebowali pomocy.
Najgorsza była kapitulacja i wyjście z Warszawy. Szła ze wzrokiem wlepionym w ziemię, żeby nie patrzeć na ruiny mordowanego miasta. Jej miasta. Tak bardzo się bała, że nigdy więcej tutaj nie wróci.
W Powstaniu straciła siostrę, wielu przyjaciół i towarzyszy broni. Jej dom został zniszczony. Wydawać się mogło, że nie ma po co wracać. Wróciła przed Wielkanocą 1945 roku. Wielu kolegów z batalionu już tu było. Zaczęła pracę w Miastoprojekcie, wynajęła maleńki pokoik i nawet uwierzyła, że uda się na tych gruzach zbudować nowe życie.
Kiedy pierwszy raz przyjechał po nią samochód i zabrał ją do Urzędu Bezpieczeństwa, nie bała się, przecież nic złego nie zrobiła. Traktowali ją dobrze, sporo obiecywali: pracę, mieszkanie, dobre wynagrodzenie. Zgodziła się przemyśleć propozycję współpracy i oddzwonić. Nigdy tego nie zrobiła. Tylko raz miała telefon w tej sprawie. Wydawało się, że dali jej spokój. To było złudzenie. Okazało się, że „Marysia” nie ma szans na przyjęcie na studia. Aresztowania, problemy z pracą stały się codziennością ludzi związanych z podziemiem. Bezpieczniej było wyjechać z Warszawy. Przygarnęła ją mieszkająca w Poznaniu rodzina przyjaciółki.
W 1947 roku sama poszła do UB gdy ogłoszono amnestię. – Nie bałam się, nie byłam nawet zdenerwowana. Przesłuchanie trwało od rana do godziny 18, może nawet 19. Tyle godzin bez jedzenia i picia, byłam bardzo zmęczona, a oni cały czas zadawali mnóstwo bezsensownych pytań.
Od tej pory co jakiś czas pod dom podjeżdżał samochód ubecki, kazali wsiadać i wieźli na przesłuchanie: – Pytali i pytali. Wydawało się, że nie będzie końca. Potem straszyli mnie, że wyleją mnie ze studiów, a mamę z pracy. Wiele razy słyszałam, że zdechniemy pod płotem z głodu. Nie dali mi spokoju nawet w dzień mojego ślubu, który odbył się w Poznaniu, w domu mojego teścia. Weszłam do pokoju, w którym zostawiliśmy prezenty i kartki z życzeniami. Dobrze mi znany funkcjonariusz SB przeglądał je, czując się jak u siebie. Bezczelnie popatrzył mi w oczy i wyszedł – opowiada.
Rodzina, ukończone w Poznaniu studia architektoniczne, praca związały Marię Pajzderską z tym miastem. Tęsknota jednak została. Co roku przyjeżdża do Warszawy na 1 sierpnia. Kiedyś to były kilkudniowe wizyty, odwiedzała znajomych, swoje ukochane miejsca. Teraz syn przywozi ją tylko na jeden dzień: – Muszę 1 sierpnia być na mszy świętej w kościele św. Krzyża, o który nasz oddział toczył ciężkie walki. Tam spotykają się wszyscy moi koledzy, każdego roku jest ich mniej. Właściwie zostało nas kilkoro. Jedziemy obowiązkowo na Powązki do kwater żołnierzy Batalionu „Gustaw-Harnaś” tam spoczywa moja siostra i koledzy.
Kara za patriotyzm
Nie ma na Powązkach grobu kolegi z oddziału „Marysi” – Kazimierza Radwańskiego, rocznik 1924. Zmarł w 2015 roku. Został pochowany na krakowskim Salwatorze. Syn dyrektora Muzeum Techniki, bratanek dyrektora gimnazjum im. Stefana Batorego, już we wrześniu 1939 roku stanął do walki. Jako harcerz pełnił służbę w Straży Pożarnej. W drugim tygodniu wojny, gdy zastąpił go wyszkolony strażak, mógł wrócić do domu i zaczął pomagać ojcu, który zorganizował w budynku muzeum punkt noclegowy i żywnościowy dla uciekinierów z zachodnich ziem polskich.
Od początku okupacji związany był z Szarymi Szeregami, a od 1942 roku z Narodową Organizacją Wojskową, później AK. W Powstaniu Warszawskim razem ze swoim Batalionem „Gustaw-Harnaś” walczył na Woli i w Śródmieściu, gdzie został ranny. Po kapitulacji składał broń na placu Narutowicza. Wtedy pierwszy raz od kilku lat zapłakał – do tego momentu, przez 63 dni czuł się wolnym człowiekiem. Wychodził z wojskiem, za nim zostawała zniszczona Warszawa. Obiecał, że jak przeżyje, na pewno tutaj wróci. Potem był obóz w okolicach Hanoweru, ciężka praca, mróz i głód. Po wyzwoleniu wyjechał do Anglii i już wcale nie był pewien, czy powinien wracać do kraju, skąd dochodziły dramatyczne wieści. Na obczyźnie odnalazł go jednak list matki: „Wracaj synu! Miejsce każdego Polaka jest w Polsce”.
W 1948 roku był znów w Warszawie. Niemal od początku zaczęły się kłopoty. Nowa władza bała się tych, co przyjechali z Zachodu i nie mogła darować patriotycznej przeszłości jego samego, ale też matki, ojca i stryja. Udało mu się zdać maturę, ale na studia już go przyjąć nie chcieli. W 1951 roku wyjechał z Warszawy. Rozpoczął studia na Wydziale Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wtedy jeszcze wierzył, że wróci do Warszawy. Nie wrócił, na zawsze związał się z Krakowem, odkrywał historię tego miasta i przez wiele lat był dyrektorem Muzeum Archeologicznego.
Jednak warszawiakiem czuł się zawsze, a szczególnie mocno przez kilka dni każdego roku, kiedy przyjeżdżał na kolejne rocznice wybuchu Powstania Warszawskiego. Spotykał się z kolegami, odwiedzał dobrze znane i kochane miejsca. Nie miało znaczenia, że niewiele zostało z tej jego Warszawy, która żyła w pamięci i sercu.
To był cały mój świat
Romana Jabłonowska od 1945 roku mieszka w Szczecinie, ale to Warszawa jest jej miastem. – Dzieciństwo spędziłam w Warszawie i to był cały mój świat. We wrześniu 1939 roku niemieckie bomby zniszczyły nasz dom. Okupacja zabrała mi dzieciństwo i poczucie bezpieczeństwa. Powojenna władza ukarała moich rodziców za przynależność do Podziemnego Państwa Polskiego. Zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia naszego rodzinnego miasta – Warszawy – mówi.
W czasie wojny siostry Danuta i Romana Przybytniak nie rozumiały, dlaczego ojciec nie mieszka w domu. Sporadyczne spotkania z nim odbywały się nocą w dziwnych miejscach. Był wychudzony i nieogolony. Mama często znikała na wiele godzin, wtedy opiekowali się nimi obcy ludzie, a one miały zakaz opowiadania komukolwiek o rodzinie. Romana wiele lat później dowiedziała się, że ojciec był partyzantem w podwarszawskich lasach, obsługiwał radiostację, a mama była ich sanitariuszką.
Zaraz po zakończeniu działań wojennych rodzina wróciła do Warszawy. Wierzyli, że uda się wszystko odbudować – znowu będzie tak jak dawniej. Pierwszym ciosem był wyjazd ojca. Nowa władza wysłała go do Szczecina, żeby odbudowywał tam polskie kolejnictwo. Wrócił już po kilku tygodniach, ale tylko po to, żeby zabrać ze sobą rodzinę. Romana drugi raz traciła dom. Wierzyła, że to tylko na jakiś czas, że na pewno wróci do Warszawy.
Początki były bardzo ciężkie. Tato został zatrzymany przez SB. Nigdy nie opowiadał o tym, co tam przeżył. Gdy wyszedł, zabronił rodzinie przyznawać się, że przyjechali z Warszawy. Następnym ciosem była śmierć mamy. Romana bardzo ją przeżyła, buntowała się przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Tęskniła za Warszawą, która ciągle była jej najpiękniejszym wspomnieniem. Rzuciła się w wir pracy, każdą wolną chwilę poświęcała na taniec w Zespole Pieśni i Tańca „Kolejarz”. – Czas osuszył łzy. W Szczecinie zmarli moi rodzice, ich groby złączyły mnie z tym miastem na zawsze. Tutaj urodziła się córka, wnuki. Jednak nic nie zmieniło mojej miłości do Warszawy – jestem warszawianką, która pokochała Szczecin – mówi.
Romana Jabłonowska każdego roku przyjeżdża do Warszawy, odwiedza ukochane miejsca, również te, które wiążą się z najtragiczniejszymi wspomnieniami. Zapala znicze pod tablicą na ulicy Brackiej, upamiętniającą ostatnią egzekucję w czasie okupacji. Zginęło tam kilkadziesiąt osób, a wśród skazańców stała również… ona z matką. Cudem ocalały.
– Po powrocie z Warszawy tęsknię jeszcze bardziej i wiem, że tej miłości zostanę wierna.
Partner dodatku
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu