W objęciach dotacjonizmu
Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej powstało u nas ponadpartyjne porozumienie: po co reformy, skoro Bruksela sypie kasą?
Przyjęło się sądzić, że w braniu nie ma niczego złego. Może to być nawet całkiem cenna umiejętność. Mówiąc inaczej: brać trzeba umieć. Jak np. premier Mateusz Morawiecki. W imieniu Polski i dla Polski w ciągu najbliższych siedmiu lat weźmie z unijnej kasy ponad 700 mld zł. Z tej kwoty aż 620 mld zł będą stanowiły dotacje. Sprawę tę załatwiono między 17 a 21 lipca w Brukseli na spotkaniu przywódców unijnych. – Polska wraca ze szczytu jako wielki zwycięzca (...) szansa dla Polski na złotą dekadę jest znacząco wyższa – przekonywał premier Morawiecki z sejmowej mównicy. A serce rosło. Jest dobrze, a będzie lepiej!
Przyznaję, piszę to z ironią, o której słynny polski filozof Tadeusz Kotarbiński mawiał, że jest nieszlachetna. Cóż, na wyrzuty sumienia przyjdzie czas. Teraz mam déjà vu. Przecież to już było. W glorii i chwale z unijną kasą w garści wracał z Brukseli siedem lat temu premier Donald Tusk. Na oficjalnej stronie prezesa Rady Ministrów wciąż można przeczytać: „Polska odniosła sukces w negocjacjach nad nowym budżetem Unii Europejskiej na lata 2014-2020. Otrzymamy łącznie blisko 500 mld zł. Status prac: wykonane”. Mniej, bo ok. 400 mld zł wycisnął z Brukseli w 2005 r. premier Kazimierz Marcinkiewicz, choć oczywiście i tak uznawał to za sukces ponad oczekiwania. Za każdym razem miliardy z UE miały odnowić oblicze polskiej ziemi. Polak już wkrótce miał dzięki nim być bogaty jak niemiecki bauer. A jak było naprawdę?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.