Klonowanie Glińskiego, nowe kłopoty
D ecyzja, aby Piotr Gliński był równocześnie ministrem kultury, edukacji, nauki i sportu, to podobno jedno z pierwszych bezspornych postanowień Jarosława Kaczyńskiego w ramach tzw. rekonstrukcji rządu. Choć, jak zastrzega mój rozmówca z kierownictwa PiS, nawet ona może jeszcze ulec zmianie.
W roku 2015 Gliński nie chciał teki ministra nauki. Wybrał kulturę. Dziś głównym powodem tej kumulacji ma być niechęć do oddania resortu nauki liderowi Porozumienia Jarosławowi Gowinowi, który doprasza się miejsca w rządzie. Gowin ma zostać dopuszczony, ale do jakiegoś resortu gospodarczego (prawdopodobnie rozwoju). Jest też inny powód: po wyborach pojawiły się głosy polityków prawicy, że za zbyt małe poparcie dla Andrzeja Dudy wśród młodego pokolenia odpowiadać ma atmosfera w szkołach i na uniwersytetach. Gliński ma więc stać się wielkim koordynatorem ich „odbijania”. Także kultura ma być częścią problemu, stąd to połączenie. No i Kaczyński chce dowartościować polityka, który zawsze był mu wierny.
Tyle że nawet zwolennikom słusznego komasowania ministerstw aż tak potężny superresort może się wydawać czymś mało racjonalnym. Poszczególnymi segmentami mają kierować sekretarze stanu z szerokimi kompetencjami. Albo się usamodzielnią i wtedy padnie pytanie o sens czapy pod nazwą „Piotr Gliński”. Albo, nie mając takiej siły politycznej jak członek rządu w randze wicepremiera, będą się do niego tłoczyć z inicjatywami i koniecznymi do podjęcia decyzjami, co doprowadzi do zatorów i patów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.