Rzeczywistość rozstrzygnie wirusowy dylemat wyborczy
G d y premier Mateusz Morawiecki po raz kolejny musiał odpowiedzieć na pytanie, co z wyborami zaplanowanymi na 10 maja, przywołał przykład Francji – jako kraju dotkniętego koronawirusem w znacznie większym stopniu niż nasz i w którym mimo to odbyła się I tura wyborów lokalnych. Kilka godzin później gruchnęła informacja, że II turę odwołano, a w całej Francji zaostrzono reżim sanitarny. Zreflektował się nawet brytyjski premier Boris Johnson, który jeszcze niedawno prowadził politykę „epidemicznego leseferyzmu”, a dziś nie zaleca chodzenia do pubów.
Do wyborów prezydenckich w Polsce zostały 53 dni. W normalnych okolicznościach to byłoby całkiem sporo czasu, zwłaszcza że w tego typu rywalizacji kluczowe dla wyniku są zazwyczaj ostatnie dwa tygodnie kampanii. Ale okoliczności są na tyle wyjątkowe, że tego czasu jest zwyczajnie bardzo mało. Nie wiemy, jak dalej rozwijać się będzie pandemia i czy uda się wyhamować dotychczasowe tempo zachorowań. Szkoły są zamknięte do 25 marca, ale minister edukacji narodowej już sygnalizuje, że dzieci do nauki wrócą być może dopiero po Wielkanocy.
Najczęściej podnoszony argument dotyczy możliwości prowadzenia kampanii wyborczej, która w dużej mierze opiera się na bezpośrednich spotkaniach z ludźmi. Dziś jest to z oczywistych względów niemożliwe, a to rzeczywiście – chcąc nie chcąc – sytuacja bardziej sprzyjająca urzędującej głowie państwa niż jej oponentom.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.