Państwo do odzysku
Pakt Ribbentrop-Mołotow, którego kolejna rocznica przypada w ten weekend, jest przez wielu uznawany za czwarty rozbiór Polski i symboliczny kres II Rzeczpospolitej. Dla innych cezurą tą jest kampania wrześniowa, która zakończyła się klęską tylko dlatego, że 17 września dostaliśmy cios w plecy. Kolejni uważają za punkt graniczny powstanie warszawskie, w którym zginęli przedstawiciele elit. Niezależnie od tego, jak określimy moment upadku II RP, w świadomości wielu osób funkcjonuje ona jako mit o sprawnym państwie, które może być wzorem nawet dla współczesnej Polski.
Ujawnia się to na wielu płaszczyznach. Sam nie zapomnę opowieści wychowanych w okresie międzywojennym dziadków, którzy odmalowywali II RP jako arkadię. „Przed wojną można było zegarki ustawiać pod rozkład kolei, były tak punktualne” – słyszałem. Nie wiem, na ile te ckliwe historyjki wynikały z tęsknoty za młodością, a na ile z beznadziei lat 80. XX w. Ale z czasów studenckich pamiętam spotkanie z prof. Wojciechem Roszkowskim w 2004 r., który również rozpływał się nad sukcesem tamtego państwa. Roszkowski przekonywał, że II RP była fenomenem: w krótkim czasie udało się posklejać trzy zabory i systemy instytucjonalne w jeden organizm.
Choć jest w tej obserwacji trochę prawdy, to już wówczas miałem poczucie dysonansu poznawczego. Z lekcji historii w liceum wyniosłem dość gruntowną wiedzę o sile i słabościach II RP. Z Roszkowskim rozmawialiśmy kilka miesięcy przed wejściem Polski do Unii Europejskiej, kiedy Polska była na zupełnie innym etapie rozwoju niż dziś. Zdarza się nam zapominać, że u progu XXI w. nasz kraj niespecjalnie przypominał ten, który widzimy za oknem. Przestępczość, korupcja, zapaść infrastrukturalna... Powoli wygrzebywaliśmy się z postkomunistycznego marazmu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.