Czy zawsze warto klaskać swojemu?
No i mamy rząd. Ten sam, który mieliśmy. Czy Polsce był potrzebny „afterek” po prezydenckich wyborach w postaci burzliwej debaty i równie burzliwych oklasków po ogłoszeniu wyników głosowania w Sejmie?
Wicepremier i lider PSL zapewniał, że głosowanie nad wotum jest „tylko formalnością”. Jeśli tak, to nie było potrzebne. Bagatelizujące wypowiedzi Władysława Kosiniaka-Kamysza warto jednak oceniać przez pryzmat walki mniejszych koalicjantów o to, by PO nie zdominowała rządowej sceny politycznej. Bo przecież premier Tusk zaraz po 1 czerwca zaczął prowadzić politykę, której fundamentem jest przesłanie „Pali się”. A kiedy się pali, nie czas na gadanie, czas na działanie. W akcji ratunkowej nie cenimy deliberacji, cenimy przywództwo. Moje (czyt. premiera Tuska) przywództwo.
Tak się składa, że brak realnego kandydata na innego Tuska. Wewnątrzpartyjni konkurenci premiera od dawna jadą schetynówką. Wyborcy opuścili lidera Polski 2050. Kandydatka Lewicy Magdalena Biejat ma ich jeszcze mniej. Choć Rafał Trzaskowski dostał w I turze mniej głosów, niż się spodziewano, jego 31 proc. to i tak trzy razy więcej niż wspólny wynik Biejat i Hołowni.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.