Każdy chce być prezydentem
O strzałkach Tuska, polowaniu na rybę i miłej sekretarce z Rozbrat
ROZMOWA
Raczej rzadko.
Nie znam żadnego czynnego polityka, który nie marzy o prezydenturze. Każdy nosi buławę w plecaku i zastanawia się, czy przyszedł już właściwy moment. Szmajdziński też.
Zdarzało mi się, ale tylko do momentu, w którym stało się oczywiste, że obejmę urząd premiera. Zawsze uważałem, że droga z Alei Ujazdowskich na Krakowskie Przedmieście jest niemożliwa do pokonania. Premierzy szybko się zużywają.
Ma, to interesujący eksperyment. Obserwuję go z ciekawością.
Dlatego że Cimoszewicz nie wierzy, iż może wygrać z Tuskiem. A nie interesuje go udział w wyborach, tylko zwycięstwo. Inaczej Szmajdziński. Jego nęci uczestnictwo dla korzyści własnych i dla partii. Trudno sobie wyobrazić, żeby najsilniejsza formacja na lewicy nie miała kandydata na prezydenta.
Gdyby startował Cimoszewicz, Kwaśniewski popierałby jego kandydaturę.
To oczywiste. Gdyby stanął w szranki, to w żadnym razie nie jako kandydat SLD. Powołałby komitet wyborczy o charakterze obywatelskim, a nie partyjnym. Nie jest zainteresowany podkreślaniem więzi z Sojuszem. Tym bardziej że partia ma 10 proc. poparcia. To by mu przeszkadzało, a nie pomagało. Cimoszewicz zachowuje się racjonalnie.
Zwykle mówi się, że ludzi o poglądach lewicowych jest 20 - 25 proc. Ale żadne badania tego nie potwierdzają. Tych, którzy świadomie uważają się za lewicowych, jest nie więcej niż 15 proc. W wyborach parlamentarnych to dużo, ale w prezydenckich za mało. Kandydat na urząd prezydenta, jeśli chce wygrać, musi wyrobić sobie opinię człowieka stojącego ponad partią. Tusk, mimo że jest liderem PO, ma taką opinię, bo nie eksponuje żadnej ideologii. Jego partia też nie należy do formacji ideologicznej. To ugrupowanie centroprawicowe o rozmytym obliczu. Tusk zbiera też premię w postaci ciągłej obawy przed recydywą IV RP i powrotem ekipy Kaczyńskiego.
Ten sukces wynikał z tego, że przesunęliśmy się do centrum. Jeśli dziś pada pytanie, kiedy powstanie centrolewica, to ja odpowiadam: ona już była. Na nas głosowali wierni wyborcy lewicy, ale też kilka milionów ludzi, którzy nie uważali się za lewicowych. SLD wtedy jawił się jako nowoczesna socjaldemokracja w stylu Blaira i Schroedera, która na fundamencie jasnych wartości potrafi łączyć różne, często sprzeczne interesy społeczne.
Bo to nie była centrolewica, tylko związek polityczno-towarzyski czerwonych z różowymi. To było zmartwychwstanie pomysłu z początku lat 90., kiedy to lewica solidarnościowa miała połączyć się z lewicą pezetpeerowską. Wtedy miało to sens, zwłaszcza dla czerwonych, ale po 15 latach już nie. Tym bardziej że ta propozycja wewnętrznie się znosiła. Różowi byli zniesmaczeni komuchami, a postpezetpeerowcy solidarnościowymi antykomunistami. Tak naprawdę chodziło o to, aby kilku ludzi, jak Borowski, Rosati, Lityński, Onyszkiewicz, dostało się do Sejmu bądź europarlamentu. Grzegorz Napieralski, nie godząc się na wspólną listę w euro wyborach, spowodował, że nie powstał LiD bis. Z tego powodu Gazeta Wyborcza i jej przyjaciele ogłosili sezon polowania na Napieralskiego.
Problemem SLD jest brak krytycznego spojrzenia na rozpoczęte pięć lat temu zmiany w partii. A one zakończyły się całkowitą klapą. Dziś Sojusz ma najmniej parlamentarzystów w całej historii. Eksperyment się nie powiódł, ale nikt w kierownictwie SLD nie chce tego jasno powiedzieć.
Jeśli Oleksy mówi mądre rzeczy, to nie ma powodu obrażać się na nie tylko dlatego, że są autorstwa Oleksego.
Nie chodzi o nazwiska, tylko o diagnozę. Jeszcze niedawno recepta na zwyżkę notowań wydawała się prosta. Podzielić SLD na młode i stare twarze, a te stare na słuszne i niesłuszne. Następnie wyłonić nowe kierownictwo, skręcić w lewo, zacząć pisać historię Sojuszu od nowa, przemilczając wszystkie sukcesy. Na konwencji LiD Wojciech Olejniczak, nawiązując do znanego hasła, że "SLD mniej wolno", tłumaczył, że dla dobra tego tworu "SLD musiał zapomnieć o dawnych triumfach wyborczych". To przecież niesłychane twierdzenie w ustach szefa partii. Po kiego diabła popierać partię, która depcze autentyczne sukcesy, wysiłek tysięcy ludzi, ich entuzjazm, osobiste uczucia i wspomnienia?
Dziś nie ma prostych recept na poprawę sytuacji na lewicy, ale w obliczu wyborów parlamentarnych jedna wydaje się oczywista. Sojusz powinien zorganizować okrągły stół i postawić grubą kreskę. To musiałoby być porozumienie wszystkich ze wszystkimi. Bez warunków wstępnych. I bez pytań, czy to ma być porozumienie z Borowskim, czy z kimś innym. Trudno, co było, to było. Może jest potrzeba budowania wszystkiego od nowa. Ale z SLD w roli głównej. Nie wierzę w powodzenie inicjatyw wymierzonych w Sojusz.
Borowski wbił sztylet w plecy Sojuszu w najgorszym momencie i w pełni zasługuje na to miano. Przez wiele miesięcy lżył SLD, a ten udawał, że nie słyszy.
Nie musi. Kiedy odchodziłem z partii, powiedziałem do członków rady krajowej: żegnam się z nimi, ale nie z wami. Wszyscy wiedzą, kogo miałem na myśli.
Dosyć rzadko. Rzecz jasna losy SLD i całej lewicy interesują mnie. Nie chciałbym widzieć kolejnego triumfu PiS i klęski Sojuszu.
Do mojej dawnej sekretarki, którą darzę wielkim uznaniem i sentymentem.
Nie chodzę tropami Oleksego.
Oczywiście.
Zagrażałoby tylko wtedy, gdyby dostał się do drugiej tury. Wtedy stałby się szefem SLD. Startując, buduje swoją pozycję na podsumowanie politycznej kariery. Uzyska pewnie kilka, może kilkanaście procent. I zawsze będzie mógł powiedzieć: "Co chcecie, dostałem tyle, ile ma partia".
To byłoby najbardziej naturalne, ale na to za wcześnie. Wystawiając Szmajdzińskiego, uzyskuje obietnicę spokoju ze strony wicemarszałka Sejmu i jego zwolenników. Napieralski dopiero wybija się na lidera. W PO, PiS czy PSL nikt nie ma wątpliwości, kto jest szefem. A w SLD ciągle jest dyskusja, czy bardziej jest nim Olejniczak, czy Napieralski, a może jeszcze ktoś inny. Ale to się powoli wyjaśnia. I wszyscy ci, którzy dobrze życzą SLD, powinni temu sprzyjać. Zamiast podgryzać Napieralskiego, trzeba działać na rzecz tego, by się umocnił.
Możliwe. "Ja ci pomogę zostać kandydatem na prezydenta, a ty nie będziesz mi stwarzać problemów wewnątrz partii". Jeśli tak jest, to bardzo słusznie.
Wprawdzie absolutorium odbywa się w głosowaniu tajnym i różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale byłbym szczerze zdumiony, gdyby się nie obronił. Karuzela z przewodniczącymi SLD wirująca od 2004 r. powinna przestać się kręcić.
Tak. Potrzebny jest mu staż w wodzowaniu, pewność własnych racji i nauczenie się sztuki uwodzenia.
Do obiecywania trzeba jeszcze dodać siłę, wyobraźnię i wiarygodność. Nie wystarczy samo obiecywanie. Trzeba to robić jak Tusk. On jest mistrzem szumnych zapowiedzi i cichych odwrotów. Premier i jego ludzie bawią się z opozycją w podchody. Polega to na tym, że Tusk ucieka, chowa się i rysuje strzałki. A opozycja biegnie po tych strzałkach, zamiast stawiać swoje znaki. Zapowiedź zmian w konstytucji jest taką właśnie strzałką. Znowu wszyscy pobiegli, dokąd Tusk chciał.
To był krok we właściwym kierunku, ale w niewłaściwym momencie. Bo to się stało na dwulecie rządu Tuska i wpisało się w atmosferę propagandy sukcesu PO. Poza tym przy takich deklaracjach powinno być powiedziane dokładnie, czego ta współpraca ma dotyczyć.
Spodobało mi się zdanie Ludwika Dorna z jego książki, że polityka przypomina wędkarstwo gruntowe. Jedno i drugie polega na czekaniu. W wędkarstwie czeka się na rybę, w polityce - na właściwy moment. Pewnie zabrakło mi tej cierpliwości. Zapewne poniosła mnie też próżność. Ale trudno było mi znieść sytuację, w której kierownictwo prowadziło Sojusz na szafot, a ja dodatkowo miałem być w tym kondukcie człowiekiem drugiej kategorii.
Na razie przekonał się, że przyjaźń osobista i przyjaźń polityczna to dwie różne sprawy.
Myślę, że zarzuci wędkę i będzie czekał.
Nigdy nie wiadomo, co się złapie. Zawsze chciałem złowić coś dużego. A co podejdzie, zobaczymy. Małe płotki mnie nie interesują.
@RY1@i02/2009/232/i02.2009.232.186.0004.001.jpg@RY2@
Były premier Leszek Miller twierdzi, że dla lewicy nie ma prostych recept
Marcin Kaliński
, były szef SLD, były premier
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu