Szef SLD wszedł do pierwszej ligi
Grzegorz Napieralski staje przed życiowym wyzwaniem. Ma szansę zbudować nowoczesną socjaldemokrację, bez piętna postkomunizmu. Aby to jednak osiągnąć, będzie musiał przełamać opór lokalnych baronów i otworzyć partię na nowe środowiska.
Od niedzieli Napieralski nie jest już politykiem, którym z tylnego siedzenia mogą sterować były prezydent Aleksander Kwaśniewski czy były premier Leszek Miller. Szef Sojuszu pokazał nową twarz lewicy, która ma ofertę dla ludzi młodych o poglądach liberalnych w sferze obyczajowej.
- Lewica ma swój potencjał. Wyborcy mają już dość polityków kreujących konflikty tylko po to, by móc o nich dyskutować - mówi Bartosz Arłukowicz, poseł Lewicy. Uważa, że Polacy nie chcą już słuchać, kto był lepszym patriotą trzydzieści lat temu, a chcą usłyszeć, jaki będzie ich kraj za 10 czy 20 lat.
Ale wzrost znaczenia Napieralskiego to na razie kredyt. Jego wynik jest tylko o pół punktu procentowego lepszy niż wynik koalicji Lewica i Demokraci (LiD) w ostatnich wyborach parlamentarnych. Sukcesem przewodniczącego Sojuszu jest oczywiście przełamanie niekorzystnych dla jego ugrupowania tendencji. Jednak aby rzeczywiście myśleć o uzyskaniu 20 proc. poparcia w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, musi rozszerzyć zaplecze polityczne. W planie są już spotkania na uczelniach, rozmowy z robotnikami czy pielęgniarkami.
To jednak nie wystarczy. Jeśli SLD chce wejść do pierwszej ligi, musi wpuścić na listy liderów różnych środowisk. Hamulcem przed współpracą z Sojuszem dla wielu są jednak ciągle komunistyczne korzenie tego ugrupowania. W dodatku sprzeciwiać się temu otwarciu będą z pewnością lokalni baroni. - Dla nich sprawa jest prosta. Jeśli udało nam się bez niczyjej pomocy uzyskać tak dobry wynik jak w niedzielę, to dlaczego nie mielibyśmy dalej działać sami - mówi poseł SLD.
W pozbyciu się postkomunistycznego piętna Napieralskiemu pomagają PO i PiS. Po lustracji i dezubekizacji lider SLD nie musi już bronić dostępu do teczek, a także esbeckich emerytur. Może natomiast spokojnie uciekać do przodu i skupić się na mówieniu o przyszłości, równości szans, pomocy najbiedniejszym czy wolności obyczajowej. PO i PiS niechętnie będą już wyciągać przeszłość lewicy, bo potrzebują ugrupowania "czystego". Jedni i drudzy chcą dziś sięgnąć wyborców lewicy, a jutro mogą potrzebować tego ugrupowania jako koalicjanta.
Polityczny awans Sojuszu wywraca scenę polityczną. O lewicy nie będzie już można myśleć jako o ewentualnej przystawce, tylko jako o rzeczywistym rywalu, który ma poważne ambicje. Jeśli SLD zacznie zyskiwać popularność, ktoś będzie musiał zacząć je tracić. Pierwsza w kolejności jest oczywiście najsilniejsza dziś Platforma. To ona posiada jasno określone lewe skrzydło, którego w sferze obyczajowej poglądy są w dużej mierze zbieżne z programem SLD.
Pewnie nie może czuć się jednak także PiS. Sojusz głośno mówi przecież o polityce prorodzinnej, która do tej pory była znakiem rozpoznawczym partii Kaczyńskiego.
Na dodatek Napieralski podczas tej kampanii udowodnił, że jest wyjątkowo pracowity i zdeterminowany do osiągnięcia sukcesu. - Dzisiejszy sukces jest efektem ciężkiej harówki, w czasie której Grzegorz Napieralski wstawał o 4.30, rozmawiał z tysiącami ludzi, ściskał dziesiątki tysięcy dłoni - opowiada Marek Wikiński, szef jego sztabu.
Jeśli będzie tak ciężko pracować do wyborów parlamentarnych, z pewnością zmieni układ sił.
@RY1@i02/2010/119/i02.2010.119.000.004a.001.jpg@RY2@
Fot. Tomasz Gzell/PAP
Mariusz Staniszewski
mariusz.staniszewski@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu