Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Robią wszystko, żeby się nie różnić

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

20 czerwca nie staniemy przed wyborem dwóch wizji Polski. Nie będziemy głosować za krajem liberalnym lub konserwatywnym, wolnorynkowym lub etatystycznym.

Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński zrobili wszystko, by zatrzeć między sobą różnice merytoryczne. - Tak naprawdę mamy do czynienia z wyborem kontekstów. To one odróżniają dwóch głównych kandydatów - mówi prof. Andrzej Rychard, socjolog z SWPS. - Kontekstem Komorowskiego jest Donald Tusk i na nim kandydat PO zyskuje. Kontekstem Kaczyńskiego jest wspomnienie jego rządów. On na nim traci.

Ale oba konteksty są odległe. Głosowanie na Komorowskiego nie jest tożsame z wyborem Tuska, a obraz rządów Kaczyńskiego zatarł się w pamięci. - Gdybyśmy obu polityków wyjęli z tych kontekstów, Komorowski wcale nie musiałby cieszyć się taką sympatią - przyznaje socjolog.

Ale od przeszłości nie da się uciec. - Kandydaci nie powiedzieli, jaka jest ich wizja Polski za dziesięć czy dwadzieścia lat. Żyją przeszłością - mówi Wiesław Gałązka, ekspert od wizerunku politycznego.

Dokonania ostatnich lat dodatkowo zaciemniają obraz, który ostro rysował w ostatni weekend Donald Tusk, mówiąc, iż wybór Kaczyńskiego będzie oznaczał piekło. Za pięć dni nie będzie powtórki z 2007 r. Wtedy PO miała być utożsamieniem otwartości na świat, modernizacji państwa, wolności obywateli i liberalnych reform. PiS zaś ucieleśnieniem nieufności wobec Europy, etatystycznego państwa i wstrzymywania wolnorynkowych przemian. - Ale ani PiS nie było takie konserwatywne, ani PO taka liberalna - uśmiecha się Rychard.

Gdy trzy lata temu PO dochodziła do władzy, zapowiadała przyspieszenie prywatyzacji, którą zatrzymało PiS. Miało to być elementem modernizacji, restrukturyzacji i odpolitycznienia gospodarki. Zanim jeszcze nadszedł kryzys finansowy, Platforma nie tylko nie przygotowała planu wielkiej prywatyzacji, lecz także do państwowych spółek wprowadziła zastępy swoich ludzi. Odtrąbienie sukcesu sprzedaży akcji PZU nie pozbawiło państwa wpływu na tę spółkę. W rzeczywistości więc dokonania obu ugrupowań są w tej dziedzinie podobne.

Dziś Bronisław Komorowski mówi - podobnie jak Jarosław Kaczyński - że prywatyzować trzeba ostrożnie, a państwo musi kontrolować niektóre dziedziny gospodarki.

W 2007 r. PO zyskała poparcie, zapowiadając wycofanie wojsk z Iraku. Takie postulaty PiS nazywało wówczas tchórzostwem. Gdy teraz Donald Tusk i Bronisław Komorowski zapowiadają, że należy opracować plan wycofania naszych żołnierzy z Afganistanu, Jarosław Kaczyński nie mówi już o nieodpowiedzialności i rejteradzie. Przyznaje, że perspektywa obecności polskich żołnierzy w tym kraju powinna zostać jasno określona razem z sojusznikami z NATO.

- Czas jest taki, że obywatele cenią sobie spokój. Ani jeden, ani drugi nie będzie więc dążył do zwarcia - mówi prof. Rychard.

Ale nawet gdy podczas debaty spróbował to robić Komorowski, który wypomniał sprawę Barbary Blidy, to łatwo można było znaleźć trupa i w jego szafie. Przecież za PO służby specjalne podsłuchiwały dziennikarzy, a jednego z nich doprowadziły do próby samobójczej. Na dodatek potem wiceszef ABW użył materiałów z podsłuchów w prywatnym procesie przeciwko dziennikarzowi.

Rozmycie poglądów obu kandydatów widać także w przypadku zapowiadanych planów ułatwień dla przedsiębiorców. Obaj kandydaci, mimo deklaracji przynależności do przeciwstawnych obozów polityczno-światopoglądowych, mówią jednym głosem. Deklaratywnie liberalny Komorowski przyznaje, że najważniejsze to nie przeszkadzać, a deklaratywnie solidarystyczny Kaczyński chce przywrócenia ultrawolnorynkowej ustawy o działalności gospodarczej z 1988 r.

Podobnie jest z podatkami. Kandydat liberalnej PO, który ciągle przyznaje się do programu z 2007 r., ani słowem nie wspomina o podatku liniowym, obniżeniu VAT czy podatku dla firm. Kaczyński, dla którego liberalna gospodarka oznaczała pustoszejącą lodówkę, teraz zapowiada dalsze obniżanie podatków dla firm.

Głównych kandydatów na prezydenta nie dzieli także kontrowersyjna w Polsce kwestia zapłodnienia in vitro. Komorowski, który w prawyborach popełnił gafę, mówiąc, że prawo do tej metody powinny mieć tylko małżeństwa dające gwarancję dobrego wychowania dzieci, drugi raz tego błędu nie popełni. Teraz mówi, że szanuje wartości chrześcijańskie w tym zakresie, ale nie będzie in vitro zatrzymywał. Z kolei Kaczyński, który dopuścił, by jego klub zgłosił projekt ustawy zakazujący in vitro, teraz przyznaje, iż problem zapaści demograficznej jest w Polsce kluczowy.

Sztabowcy obu kandydatów doskonale wiedzą, że nie trzeba przekonywać twardych elektoratów obu partii. Walka toczy się o 1,3 mln niezdecydowanych. A oni nie chcą słyszeć niczego kontrowersyjnego.

@RY1@i02/2010/114/i02.2010.114.000.0004.001.jpg@RY2@

Mariusz Staniszewski

mariusz.staniszewski@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.