Platforma traci swoją tożsamość
Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski to dwa przeciwieństwa. A jednak partia rządząca traktuje ich jako równoprawnych kandydatów na prezydenta. To świadczy o zaniku linii programowej - mówi Paweł Śpiewak
Tak, myślę, że naprawdę chodziło o władzę. Tusk jako premier będzie miał więcej władzy, niż miałby jako prezydent.
Reformy brzmią lepiej jako motyw niż konsolidacja władzy, prawda? Pojawiają się oczywiście różne projekty, ale są jak na razie sformułowane bardzo mgliście. A reforma finansów publicznych z kolei budzi ostrą i - jak się zdaje - uzasadnioną krytykę. Co to za reforma, jeśli trzy czwarte sztywnych wydatków budżetowych ma pozostać nienaruszonych, a oszczędzać będziemy na inwestycjach: w edukację, naukę, kulturę, infrastrukturę, czyli w to, co tworzy kapitał społeczny i intelektualny Polaków. To niepokojący pomysł.
Z trudem. Kolejne projekty reform, które nie doszły do skutku, zdewaluowały podobne zapowiedzi. Można odnieść wrażenie, że jedyny konsekwentny rys tego rządu to oszczędzanie i wyzbywanie się odpowiedzialności za różne sektory państwa. Taki charakter mają chociażby projekty z zakresu oświaty i służby zdrowia. Nie wchodząc nawet w rozstrzyganie, czy są to pomysły słuszne, czy niesłuszne - to mało, żeby mówić o programie dla Polski. Z drugiej strony mamy program Boniego "Polska 2030".
Program, który stanowi próbę odpowiedzi na najpoważniejszy dzisiaj problem - modernizacji państwa. Traktuję ten projekt jako poważny. Niestety dyskusja nad nim poszła w nieco innym kierunku, pominięto ten, najistotniejszy w moim przekonaniu, państwowy jego aspekt. Program Jarosława Kaczyńskiego był odpowiedzią na ten sam problem: unowocześnienia i usprawnienia państwa, przy wzięciu pod uwagę pokładów kolesiostwa, korupcji, imposybilizmu, tylko że jego propozycje poszły nieco bardziej w kierunku bismarckowskim. IV RP to miało być państwo przede wszystkim silne. Program "Polska 2030" kładzie natomiast nacisk na państwo jako organizatora działań modernizacyjnych. Boni wyciągnął lekcję z kryzysu, który doprowadził na Zachodzie do wzmocnienia państwa jako regulatora, ale przede wszystkim właśnie jako organizatora działań rynkowych.
Ma się nijak. Zresztą nie doszukiwałbym się w tych realnie wnoszonych projektach liberalizmu. One nie wynikają z jakiejś - alternatywnej wobec projektu Boniego - filozofii państwa, tylko z doraźnego myślenia: na czym by tu zaoszczędzić, jak pozbyć się odpowiedzialności.
Coraz trudniej jest mi dostrzec inne cele. Może one są, ale nie potrafię ich wyłapać ani nazwać.
Chyba jest coś w tym, że jeśli nie narzuci się rządowi spójnej, przekonującej i mobilizującej wizji, to resorty i urzędnicy się autonomizują, a wtedy pojawia się miejsce na rozgrywki między różnymi lobby.
Na pewno kwestia przywództwa partyjnego, które musiałby oddać, przeprowadzając się do Pałacu Prezydenckiego, odegrała swoją rolę. Co do relacji Tusk - Schetyna na pewno nie ma między nimi nadzwyczajnej przyjaźni, ale nie ma też otwartej wrogości. Niezależnie od pretensji i zatargów obaj politycy wiedzą, że są sobie nawzajem potrzebni.
Nie sądzę. Pamiętajmy, że decyzja o pozostaniu na stanowisku premiera to także ryzyko. Do wyborów parlamentarnych zostało jeszcze ponad półtora roku. To - jak na polskie warunki - dużo. Pięcioletnią prezydenturę miałby dziś w kieszeni, a ewentualna kolejna kadencja rządów to wizja odległa. Tu wchodzić będą w grę i rozstrzygnięcia afery hazardowej, i ogólne zużycie rządu, i niespełnione obietnice.
Mimo wszystko może być pozytywny. Wiele zależy od sposobu rozegrania przez niego kwestii sukcesji. Pozostanie na stanowisku premiera daje mu szansę na skonsolidowanie sił - w partii i rządzie. Warto zauważyć, że usiłuje on wyodrębnić od siebie te dwa ośrodki władzy. W kierownictwie klubu i partii nie ma już wysokich urzędników rządowych (poza nim samym) i na odwrót. Temu można też przypisywać dymisję Schetyny.
Każdy, kto przejdzie z nim do drugiej tury, wygra. Prezydent Kaczyński ma zbyt wielki negatywny elektorat. Trudno sobie wyobrazić, żeby w pół roku przekonał do siebie ludzi, którzy go nie znoszą, którzy mówią dziś: każdy, byle nie on.
Wybory prezydenckie mają w Polsce relatywnie wysoką frekwencję. Prawdopodobieństwo wygranej Kaczyńskiego jest minimalne. Jeśli nie za Komorowskim czy Sikorskim, zmobilizuje się wyborców przeciwko Kaczyńskiemu. Bardziej zastanawiające jest znaczenie tej sytuacji - poszukiwania następcy - dla PO. Bo to jest kolejne świadectwo programowej nieprzejrzystości tej partii. Jeśli pytanie: Komorowski czy Sikorski, ma się rozstrzygnąć w oparciu o wyniki sondaży, to znaczy, że nie ma już znaczenia coś takiego jak linia, tożsamość partii. A być może po prostu nie istnieje.
To jest dla mnie sytuacja niezrozumiała. Mamy do czynienia z ludźmi kompletnie różnych politycznych formacji. Wystarczy rzut oka na biografie: z jednej strony mamy postkomunistę, z drugiej - konsekwentnego wroga projektu IV RP, wywodzącego się z dawnej Unii Demokratycznej. A Sikorski to były minister w rządzie PiS, a wcześniej, w latach 90., doradca premiera Olszewskiego i jeden z najostrzejszych krytyków Wałęsy. Moment, w którym okazuje się, że wszyscy trzej w równym stopniu nadają się na kandydata PO na prezydenta, stanowi doskonałą ilustrację wyzbycia się przez Platformę znamion ideowości.
To interesujące, bo Tusk w zasadzie zrezygnował w mediach z ostatniego słowa w tej sprawie, oddając tę kwestię pod wewnątrzpartyjną dyskusję. A największe poparcie w partii ma Komorowski. Nawet jeśli w sondażach zdecydowanie wysunąłby się Sikorski i Tusk skłoniłby się ku niemu, to byłoby mu bardzo trudno podjąć decyzję wbrew partii.
Wierzę Pawlakowi. Wygląda na to, że nie da się tych projektów traktować zbyt poważnie.
Myślę, że tak. Rząd mniejszościowy może doprowadzić Tuska do porażki w kolejnych wyborach. W razie czego zgodzi się na wiele ustępstw wobec PSL, żeby tylko koalicję utrzymać. Ale i Pawlak nie zagra raczej va banque. W jego przypadku gra toczy się przecież o wejście do parlamentu.
Nie dziwi mnie, że Miller wysunął taką propozycję. Myślę, że ze strony elektoratu SLD byłaby akceptacja dla takiej koalicji w imię żywych wciąż sentymentów antypisowskich. Dla PO byłoby to posunięcie bardziej ryzykowne. Niemniej na pewno bardziej jest dziś prawdopodobna koalicja PO - SLD niż PO - PiS.
@RY1@i02/2010/036/i02.2010.036.000.0012.001.jpg@RY2@
Fot. Marcin Łobaczewski
Paweł Śpiewak: jedyny konsekwentny rys tego rządu to wyzbywanie się odpowiedzialności za różne sektory państwa
, socjolog, historyk idei, były poseł PO
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu