Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Tusk może skończyć jałową wojnę

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Zapowiedź premiera, że skoncentruje się na dobrym rządzeniu, brzmi optymistycznie nawet dla największego sceptyka.

Polska polityka podporządkowana od pięciu lat rytualnej wojnie między PiS a PO potrzebuje odpartyjnienia jak oddechu

Wycofanie się Tuska z kandydowania w wyborach otwiera na nowo scenę polityczną. To, co nie udało się jego przeciwnikom - uda się temu, który wydawał się głównym beneficjentem status quo.

Dlaczego tak uczynił? - będziemy stawiać to pytanie jeszcze długo. Bez nadziei na ostateczną pewną odpowiedź. Tak czy inaczej: gra zaczyna się na nowo.

Tusk obniżył - przynajmniej w swoim zamiarze - stawkę wyborów prezydenckich. Odebrał im symboliczny wymiar rozstrzygającej rywalizacji, gry o wszystko. Przyszło mu to tym łatwiej, że to za jego sprawą perspektywa wyborów ciążyła nad polityką rządu od roku 2007. Aspiracjami prezydenckimi Tuska i zamiarem zablokowania reelekcji Lecha Kaczyńskiego tłumaczono wiele - i bierność rządu, i zasadniczo marketingową orientację wielu działań. Można zatem powiedzieć, że zgasił pożar, który sam rozniecił.

Przesłanki decyzji Tuska są ciekawe, nie tylko w wymiarze czysto ludzkim. Być może premier dysponuje prognozami nieznanymi opinii publicznej. Zwłaszcza że część komentatorów przypuszcza, iż premier mógł obawiać się niekorzystnych aspektów afery hazardowej, skutków głębokiego kryzysu finansów publicznych czy postępującej utraty kontroli nad partią. Nie możemy jednak być pewni takiej motywacji - obawy mogły być czynnikiem wzmacniającym zmianę decyzji, raczej jednak nieprzesądzającym.

Wydawać by się mogło, że pod koniec stycznia na polskiej scenie pojawił się nowy polityk z całkiem nowym przesłaniem. W sali giełdy warszawskiej Tusk zapowiedział koncentrację na rządzeniu z taką siłą, jakby był właśnie obejmującym władzę niedawnym liderem opozycji. Jego "Rządzenie, głupcze" mogłoby brzmieć donioślej i bardziej wiarygodnie, gdyby udało mu się dzień później na politechnice poprzeć je mocnym i nowatorskim planem działania. Swego rodzaju 100 dniami odnowionego premiera. Gdyby pokazał - a nie tylko zapowiedział - wzmacniające rząd rozwiązania personalne i organizacyjne.

Tymczasem przemówienie na politechnice było fiaskiem. O tym, że projekt reform nie jest dopracowanym dokumentem, można się przekonać, analizując materiał zamieszczony na stronach KPRM. Tezę taką potwierdza też wypowiedź wicepremiera Pawlaka, podkreślającego brak jakichkolwiek prac rządowych nad tym dokumentem. Wiele wskazuje zatem na to, że Donald Tusk, zapowiadając zmianę priorytetów, umieścił poprzeczkę bardzo wysoko, być może poza zasięgiem obecnego gabinetu.

Możemy dziś porzucić nadzieję, że decyzja o niekandydowaniu w wyborach oznacza likwidację blokującego śmielsze reformy mechanizmu tworzenia agendy. Metoda Tuska, polegająca na śmiałych zapowiedziach, którym nie towarzyszy praktyczna praca odpowiedzialnych za ich realizację resortów, okazała się dotąd całkiem skuteczna w wymiarze PR. Nawet zorganizowana akcja mediów wykazująca niespełnione zapowiedzi resortu zdrowia nie doprowadziła do wyraźnego kryzysu popularności formacji premiera.

Czy dojdzie do zmiany, jeżeli podtrzymuje on w wywiadzie dla sobotniej Gazety Wyborczej tezę, iż "cykl zmian musi być dostosowany do strategii politycznej, której celem jest przedłużenie rządzenia". Czy rząd zdobędzie się na kroki, które powodują ryzyko nieprzedłużenia jego misji w następnej kadencji? Zwłaszcza gdy do szerszego odbiorcy kieruje jeszcze mniej obiecujący komunikat o celach rządzenia: "Nie porywaj się na rzeczy niemożliwe, bo zginiesz. A jak zginiesz, Kaczyński będzie znowu premierem". Tyle?

Słowa Tuska przeciwstawiające powagę władzy premiera "pałacowi i zaszczytowi" urzędu prezydenckiego można czytać jako swego rodzaju racjonalizację. Jak myślenie nastolatka, który godząc się z niechcianym biegiem zdarzeń, stara się przekonać siebie i innych, że nie było warto zabiegać o wymarzone kiedyś cele. Jednak taka racjonalizacja utrudni Platformie dobrą kampanię prezydencką. Postawi potencjalnych kandydatów w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji już na samym starcie.

Będą bowiem zabiegać o urząd, którego pozycja została ostentacyjnie zlekceważona. Co więcej będą rywalizować nie z własnej woli, z własnych ambicji, ale z partyjnego nadania. Jako swego rodzaju gracze rezerwowi. Co więcej - problemem może okazać się sama procedura wyłaniania kandydata PO.

Tusk narzucając go partii, doprowadzi do jeszcze głębszego jej odpodmiotowienia, pozwalając zaś wybrać samodzielnie - zaryzykuje polityczny kryzys. Tak źle i tak niedobrze. W ostatnich dniach mimo dziarskich reakcji liderów Platforma wydała cichy - anonimowy w wymiarze medialnym - jęk zawodu. Nie tylko dlatego, że decyzja Tuska w istotny sposób wpłynie na szanse lokalnych liderów partii w wyborach samorządowych. Także dlatego, że oznacza kres nadziei na otwarcie partyjnych mechanizmów selekcji po wyborach prezydenckich.

Wydaje się bowiem, że nikt, kto byłby następcą Tuska, nie byłby w stanie utrzymać tak silnego przywództwa w sferze decyzji personalnych. Zarówno Schetyna, jak i Komorowski musieliby uznać większą podmiotowość regionów i partyjnych frakcji. Być może musieliby wprowadzić faktyczną kolegialność przywództwa. A ta replikowałaby się na niższe szczeble, znosząc pozycję "człowieka prezesa" jako rozdającego karty bez względu na lokalne poparcie.

To, co łączy dziś Tuska z Kaczyńskim, to model przywództwa oparty na wierze we własny spryt i intuicję polityczną. Obaj lubią powoływać się na sukcesy osiągnięte wbrew przeważającej opinii partyjnych szeregów. Nawet obecnie Tusk podkreśla bardzo wyraźnie, że oczekuje od PO zaufania w jego polityczny talent. Bardziej niż do racjonalnej kalkulacji odwołuje się do osobistego prestiżu. Być może nie dostrzega, jak dalece skomplikował życie swoim partnerom.

Być może właściwy wielu liderom autyzm, który pozwolił z taką łatwością pozbywać się wcześniej Rokity i Gilowskiej, Olechowskiego i Schetyny, Piskorskiego i Drzewieckiego, pozwoli mu także kolejny raz nie liczyć się z interesami potencjalnych kandydatów prezydenckich Platformy.

Gdyby opozycja miała więcej poczucia humoru, mogłaby powiesić już dziś billboardy Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego z wielkim hasłem "Pałac i zaszczyt". Dowodzenie, że to zestawienie nie jest całkiem bezzasadne, nie sprawiłoby w przypadku tych dwóch polityków wielkiego kłopotu. Co więcej, wskazywałoby na dobry trop prezydenckiej kampanii. Zamieniłoby ryzykowną decyzję Tuska w szansę na odblokowanie polskiej polityki. A że stałoby się to kosztem kandydatów PO - to już całkiem inna sprawa.

Decyzja Tuska jest ciosem zadanym obozowi "partyjnego realizmu", który całą politykę polską ostatnich pięciu lat interpretuje przez pryzmat rywalizacji Tuska z Kaczyńskimi. Który akceptuje wszelkie konsekwencje tej partyjnej wojny: wzrost dyscypliny partyjnej, stłumienie wewnętrznej debaty, nieprzyzwoite kariery "żołnierzy", których jedyną kwalifikacją jest brak oporów w prymitywizmie ataków. Przekonania owego partyjnego realizmu najlepiej reprezentuje przy tym interpretacja Jacka Kurskiego, upatrująca w decyzji Tuska podstęp, który skończy się i tak jego kandydowaniem.

Kurski jest konsekwentny i - powiedzmy to szczerze - ten typ myślenia był w ostatnich latach jedną ze skuteczniejszych szkół politycznej analizy. Najbardziej trafne okazywały się te komentarze, które w politycznych zdarzeniach widziały jedynie "przykrywanie" innych zdarzeń czy tematów. Dyktatura spinu osiągnęła, jak się wydaje, swoje apogeum w końcówce ubiegłego roku. Jednak każdy sposób interpretacji polityki ma swoje słabe punkty, a każda polityczna metoda - granice możliwości.

Być może najpoważniejszym skutkiem decyzji Tuska stanie się uruchomienie politycznej inwencji sięgającej poza ramy wyznaczone walką Adama Bielana ze Stanisławem Nowakiem. Nie oznacza to naiwnego przypuszczenia, że spin okaże się przebrzmiałą modą, ale raczej - że straci na znaczeniu. Pomysłem na prezydenturę nie może być wyłącznie blokowanie Kaczyńskich lub Platformy. Być może pojawią się kandydaci, którzy sztampowemu modelowi rządzenia, jaki wprowadziła Platforma, przeciwstawią wizję "pomysłowej prezydentury". Takiej wizji sprawowania tego urzędu, która z jednej strony oparta będzie na zrozumieniu źródeł sukcesu Aleksandra Kwaśniewskiego, a zarazem uwolni komunikację polityczną od szumów, jakie wnoszą do niej obie dominujące partie.

Blokowanie kogokolwiek może być istotnym celem polityki tylko dla niewielkiej grupy Polaków. W polu jałowych dyskusji staje się - z braku lepszych pomysłów - jedyną zrozumiałą treścią debaty. Moment wycofania się jednego z autorów owego wyjałowienia jest szansą dla tych, którzy mają coś do powiedzenia i którzy potrafią w ciekawy sposób komunikować problemy nieistniejące w debacie. "Reset" wykonany przez premiera w zeszłym tygodniu wyrównuje szanse potencjalnych pretendentów.

Kampania nie stanie się mniej interesująca za sprawą rezygnacji Tuska. Trudno też przypuszczać, że w dłuższej perspektywie uda się utrzymać retoryczne "osłabienie" znaczenia tych wyborów i prezydentury jako takiej. Kampania mogłaby wręcz zyskać nową dynamikę dzięki sensownym propozycjom racjonalizacji prezydentury. Projektom, które nie muszą mieć wymiaru konstytucyjnego, a po prostu wybrać inny sposób wykorzystania obecnych uprawnień. Być może takim krokiem byłoby wyłączenie Dużego Pałacu z bieżącej walki partyjnej.

W 2005 roku Tusk i Kaczyński stworzyli model, w którym stanowią wyłączne niemal podmioty politycznego sporu. Zamiast zaryzykować koalicję, narazili kraj na mizerię słabych i asekuracyjnych rządów. Zachowali swoje polityczne pozycje, ale zmarnowali kapitał nadziei na zmiany z lat 2003 - 2004. To, co dziś wiemy o kulisach niespełnionej koalicji PO - PiS, przesuwa istotną część odpowiedzialności za jej porażkę na lidera Platformy.

W tej perspektywie wyłączenie rządu z kampanii prezydenckiej i częściowe choćby oddzielenie agendy rządzenia od wymogów partyjnej i personalnej rywalizacji jest z pewnością korzystne. Zapowiedź premiera, że skoncentruje się na dobrym rządzeniu, brzmi optymistycznie nawet dla największego sceptyka. Polska polityka - podporządkowana od pięciu lat absurdalnej i jałowej wojnie PO z PiS - potrzebuje przywrócenia właściwych proporcji między interesami partii a wymogami rządzenia.

@RY1@i02/2010/022/i02.2010.022.000.0012.001.jpg@RY2@

Fot. Jacek Marczewski

Matyja: Tusk zdołał ugasić pożar, który wcześniej sam rozniecił

Autor jest politologiem i publicystą, profesorem Wyższej Szkoły Biznesu - National Louis University w Nowym Sączu

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.