Demokracja - gerontokracja. To najstarsze pokolenia mają wpływ na władzę
Jako przykład gerontokracji, czyli rządów starców, przed laty wskazywano Chińską Republikę Ludową. Wtedy średnia wieku przywódców partii komunistycznej tego kraju grubo przekraczała siedemdziesiąt lat, a wiele osób otrzymywało najwyższe funkcje partyjne i państwowe nawet po osiemdziesiątce. Od tej pory jednak władze chińskie znacznie się odmłodziły, a gerontokracja zagroziła demokratycznej Europie. Nie dlatego jednak, że rządzący w naszej części świata są tak sędziwi, ale dlatego, że szybko starzeją się społeczeństwa, które ich wybierają. Ma to swoje konsekwencje zarówno polityczne, jak i ekonomiczne.
Według prognoz ONZ w 2020 r. na świecie będzie o 761 mln ludzi więcej niż teraz, czyli ponad 7,5 mld. Tyle że aż 95 proc. tego przyrostu odnotują kraje rozwijające się. Nasza część Europy raczej będzie się wyludniać. Najszybciej Ukraina, gdzie liczba mieszkańców do 2020 r. zmaleje o ponad 5,3 proc. Pod względem ludności kurczyć się będą Litwa (o 4 proc.) i Białoruś (o 3,3 proc.), a także Niemcy (1,6 proc.) i Rosja (1,4 proc.). Nieco obywateli przybędzie tylko w Czechach i na Słowacji. W Polsce przybędzie nie więcej niż 100 tys. osób. Zmiany ilościowe są więc nieduże, ale struktura społeczeństwa znacząco będzie się różnić od obecnej.
Aż o 35 proc. wzrośnie liczba osób, które przekroczą 65. rok życia. W 2020 r. będzie ich już 18,4 proc., prawie co piąty mieszkaniec Polski. Obecnie jeszcze 13,5 proc. Za to o 8 proc. ubędzie młodszych. Jeśli dodamy, że to osoby starsze są najbardziej zdyscyplinowaną grupą, która do wyborów chodzi najczęściej, zrozumiemy, że wiek polityków rządzących jest sprawą wtórną. Coraz bardziej liczy się wiek ich wyborców, coraz bardziej też grupa ta jest świadoma własnych interesów i - poprzez uczestnictwo w wyborach - potrafi zmusić rządzących do podejmowania decyzji korzystnych dla starszych. Mogą one, a nawet muszą, kłócić się z interesami ludzi młodszych, mogą hamować rozwój kraju. I to właśnie będzie gerontokracja, mało licząca się z długoletnimi skutkami obecnych decyzji.
To wszystko nie zacznie się dziać dopiero w przyszłości, to dzieje się już. Mamy przecież w kraju 9,5 mln armię emerytów i rencistów! Armia ta jest coraz liczniejsza i politycznie silniejsza. Najważniejsze, czego będzie bronić z całą determinacją, to wysokość świadczeń emerytalnych. To zrozumiałe. Całe życie pracowali, teraz nie wolno ich "okradać". Celowo używam mocnych słów, bo takie będą padać coraz częściej. Ponieważ każdy kolejny rząd, nieważne, czy Platformy, PiS, SLD, czy PSL, rosnącego ciężaru emerytur nie udźwignie, bo nie udźwigną go ci, którzy pracują i którzy muszą na nie zarobić. Różnica między sumą składek, które corocznie zasilają systemy emerytalne, a sumą wypłaconych świadczeń już teraz wynosi 80 mld zł i - mimo wydłużenia wieku emerytalnego - będzie rosła. Jeśli ZUS nie ma się stać piramidą finansową, to coś trzeba robić.
Rządzący, ale także opozycja, która też rządziła, zdają sobie z tego sprawę. Tak jak zdają sobie sprawę, że emeryci będą swoich świadczeń bronić. Bronią ich bowiem "prawa nabyte", których cywilizowane kraje muszą przestrzegać. Więc rządzący usiłują z emerytami grać w ciuciubabkę. Niby ich bronią, ale jak się tylko da, próbują na nich zaoszczędzić, podskubać. Próbą takiej oszczędności na waloryzacji świadczeń emerytalnych była tegoroczna waloryzacja kwotowa. Słusznie odesłana do Trybunału Konstytucyjnego przez prezydenta oraz rzecznika praw obywatelskich, ciągle jeszcze nierozpatrzona. Na tej niby jednorazowej waloryzacji kwotowej miliony emerytów tracić będą już w każdym kolejnym roku.
Rząd robi głupio, ale w interesie młodszych. I ponieważ to młodsi jeszcze pracują, jest to także działanie w interesie całej gospodarki. Żeby jak najdłużej odwlec decyzję o podniesieniu składek na ZUS (bo skutkiem będzie wzrost kosztów pracy i jeszcze wyższe bezrobocie) albo podatków, które obniżą nasz poziom życia. Takich wyborów politycy będą musieli dokonywać coraz więcej, choć nie są to wybory dobre i politycznie mogą się okazać nad wyraz kosztowne. Bo jeszcze bardziej politycznie kosztowne byłoby pozbawienie przywilejów emerytalnych grup, które - jak na razie - są nawet silniejsze niż armia emerytów. I bardziej świadome własnych interesów niż 14 mln pracujących, które muszą za to wszystko zapłacić.
@RY1@i02/2012/242/i02.2012.242.00000050c.802.jpg@RY2@
Joanna Solska, publicystka ekonomiczna, tygodnik "Polityka"
Joanna Solska
publicystka ekonomiczna, tygodnik "Polityka"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu