Długa lista wpadek Sikorskiego
Z Mińskiem nie byłoby sprawy, gdyby na czas zbudowano nową ambasadę. Problem z placówką jest również w Berlinie. Decyzję o budowie podjęto w 2002 r. W tym roku po raz kolejny rozpisano przetarg
Kłopoty polskich dyplomatów w Mińsku trwają od kilku miesięcy. W czerwcu musieli oni opuścić dotychczasowy gmach przy ul. Rumiancewa, użytkowany jeszcze w czasach sowieckich. Ambasada nie dostała oficjalnego uzasadnienia powodów przymusowej wyprowadzki. Nam przedstawiciele odpowiedzialnego za kontakty z ambasadami białoruskiego Dypserwisu wyjaśniali, że budynek wymagał natychmiastowego remontu.
Faktycznie jednak atrakcyjną lokalizację polskiej ambasady w sercu Mińska upatrzył sobie Jury Czyż, bliski Aleksandrowi Łukaszence deweloper wpisany na unijną czarną listę. Rejon jest wyjątkowo atrakcyjny: zielona okolica, blisko centrum i stacji metra. Nasi dyplomaci do ostatniej chwili liczyli, że uda się doprowadzić do cofnięcia decyzji o wypowiedzeniu najmu, tak jak to się udało mającym analogiczny problem Niemcom. Bezskutecznie.
Pracownicy ambasady musieli się więc tymczasowo przeprowadzić do budynku zajmowanego przez konsulat i na gwałt szukać nowej lokalizacji. Problemów udałoby się uniknąć, gdyby na czas zbudowano zapowiadany od lat nowy gmach ambasady. Niestety, do tej pory wyłoniono jedynie projektanta. Placówka pozostanie więc w Azimucie przy ul. Biaduli 11 do chwili ukończenia budowy nowego gmachu, czyli w najbardziej optymistycznym wypadku przez najbliższe trzy lata.
Mińsk to niejedyny przypadek opóźnienia budowy nowej ambasady RP. W styczniu 2012 r. rozpisano kolejny przetarg na budowę placówki w Berlinie, choć decyzję o postawieniu gmachu podjął jeszcze w 2002 r. minister Władysław Bartoszewski. Już na samym początku resort zaliczył wpadkę, podpisując list intencyjny z niemiecką spółką, który przewidywał, że połowę powierzchni nowego gmachu oddano by w dzierżawę Niemcom z przeznaczeniem komercyjnym. Wbrew wszelkim zasadom bezpieczeństwa placówki dyplomatycznej.
Wątpliwości wzbudziła również likwidacja części placówek dyplomatycznych ze względów oszczędnościowych. MSZ zrezygnowało m.in. z utrzymywania ambasady w Mongolii, choć akurat w tym kraju odkryto ogromne złoża surowców mineralnych, a Polacy - posiadający kontakty jeszcze z czasów wspólnego członkostwa RWPG - mogliby uczestniczyć w ich wydobyciu. Z kolei w marokańskiej Casablance - jak napisała w środę Gazeta.pl - mimo likwidacji konsulatu powołano podporządkowany resortowi gospodarki wydział promocji handlu i inwestycji (WPHI). Pierwszą decyzją kierownika WPHI był zakup samochodu i remont siedziby.
Zła passa wizerunkowa naszego MSZ trwa. W lipcu "Gazeta Polska Codziennie" napisała o procederze wydawania wiz schengeńskich osobom z zakazem wjazdu na teren UE, którą miał się zajmować konsulat w ukraińskim Łucku (śledztwo w tej sprawie prowadzi prokuratura w Bielsku-Białej). W sierpniu "Rzeczpospolita" ujawniła, że resort promuje za granicą książkę, w której na siedem rozdziałów pięć traktuje o polskich szmalcownikach i antysemitach. Rok temu Chopina w Niemczech miał zaś promować dofinansowany przez MSZ wulgarny komiks.
Ministerstwo miało też problem z nepotyzmem. DGP ujawnił przed dwoma laty, że wśród doradców Sikorskiego pracuje córka ministra finansów Maya Rostowska. Resort tłumaczył, że ówczesna 23-latka dysponuje unikalną wiedzą na temat angielskich idiomów. Rostowska nie pracuje już w MSZ.
Wątpliwości wobec MSZ budzi również likwidacja części placówek
Michał Potocki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu