Przełomem był wynik głosowania, nie wyborów
O 4 czerwca 1989 r. zapewne będziemy się spierali jeszcze długo. Jedni będą mówili o tej dacie jako o chwili odzyskania suwerenności, inni będą widzieć w tym dniu jedynie konsekwencje zdradzieckiego okrągłego stołu - pisanego koniecznie małą literą. Myślę jednak, że z czasem powszechnie dojrzejemy do uchwycenia istoty tamtego wydarzenia i uświadomimy sobie w pełni, jak ta sprawa ma się naprawdę. Nie przejmowałbym się specjalnie obecną różnicą zdań - tylko kicz jest od pierwszej chwili całkowicie jednoznaczny. Cokolwiek by jednak mówić o 4 czerwca, z pewnością kiczowaty nie był.
Ponieważ żyjące nasze pokolenia praktykują demokrację wyborczą od niedawna, nie można się dziwić, że skupiamy się w ocenie wyborów głównie na ich rezultacie. Interesujące jest to, kto wygrał, a kto przegrał, nawet jeśliby różnica była tylko o włos. Mało kto zaś zajmuje się procedurami wyborczymi, a w szczególności rodzajami ordynacji wyborczych. Tym nie chcemy sobie zawracać głowy, zostawiając w najlepszym razie te kwestie specjalistom. Tymczasem nie da się zrozumieć, szczególnie właśnie wyborów czerwcowych, bez głębszego wniknięcia w ich proceduralne zawiłości. Może w przyszłości, kiedy nauczanie matematyki będzie na wyższym poziomie i obejmie szerszy niż dotychczas krąg, łatwiej będzie o zrozumienie zależności pomiędzy różnymi elementami gry wyborczej.
Swoją drogą jako generalny komisarz wyborczy spotkałem przed laty uniwersyteckiego profesora matematyki, który upierał się, że w 1991 r. mieliśmy ordynację większościową do Sejmu, no bo kto zdobył więcej krzyżyków na liście, ten wygrywał. Oczywiście chwycił w mig, kiedy zwróciłem uwagę, że najpierw jego lista musiała zdobyć pewną określoną proporcjonalnie liczbę mandatów, by można było je większościowo podzielić. Ostatecznie pierwszą proporcjonalną ordynację wyborczą wymyślili matematycy, chyba jednak zapominając, że w parlamentach nie siedzą żadne tam procenty, ale żywi ludzie, i jak to z ludźmi bywa, siedzą na lepszych i gorszych (czytaj: mniej wpływowych) miejscach - nie mówiąc już o tym, że zmieniają też i kluby.
Konieczne dla zrozumienia wagi i konsekwencji 4 czerwca jest jednak oddzielne spojrzenie na co najmniej dwa elementy procesu wyborczego. Trzeba mianowicie odróżnić sam akt głosowania od wyniku wyborów. Ten ostatni jest ustalany na podstawie wyników głosowania z zastosowaniem wynikającej z ordynacji reguły przydzielania mandatów.
Tak więc najpierw trzeba obliczyć głosy oddane na poszczególne listy, następnie je zsumować, by wiedzieć, ile osób wzięło w ogóle udział w głosowaniu, a dopiero w następnej kolejności przystąpimy do ustalania wyników wyborów z zastosowaniem reguł wskazanych w obowiązującej ordynacji. Ordynacje tak powinny być konstruowane, by wynik głosowania przekładał się możliwie najdokładniej na wynik wyborów, ale po pierwsze nie jest to w pełni możliwe, bo zawsze pozostaną pewne niedokładności, szczególnie w ordynacjach proporcjonalnych, a po drugie - czasami chodzi właśnie o to, by wynik głosowania nie przekładał się na wynik wyborów. Tak dzieje się w tzw. wyborach kurialnych. I ten ostatni przypadek to właśnie polskie zdarzenie wyborcze z 4 czerwca 1989 r.
Ordynacja rządząca tamtymi wyborami z góry określiła, jaka liczba mandatów ma przypaść listom reprezentującym partie ówczesnego obozu rządzącego, ale nie mogła przesądzić z góry, ile głosów na nie padnie oraz ile głosów otrzymają poszczególni kandydaci. Mogła jednym słowem zniekształcić wynik wyborów, ale nie wynik głosowania. Zostawmy na boku kwestię fałszów wyborczych, bo to jest zupełnie inna bajka - zauważmy jednak, że nikt dotychczas fałszu wyborczego wyborom czerwcowym nie zarzucał. Otóż na kandydatów obozu Solidarności padło wówczas 72 proc. głosów przy ponad 60-proc. frekwencji wyborczej. Tylko ze względu na wówczas obowiązującą ordynację wyborczą do Sejmu kandydaci obozu rządzącego dostali 2/3 miejsc, a Solidarność 1/3. Gdyby ordynacja była przyzwoita, byłoby odwrotnie.
Co można na podstawie tych liczb powiedzieć? Że po pierwsze wyborcy wówczas zdecydowanie opowiedzieli się wyraźną większością za ówczesną opozycją, czyli Solidarnością, oraz, po drugie, że wynik wyborów, z uwagi na niedemokratyczną ordynację, nie odzwierciedlił wtedy rezultatów głosowania. Z taką diagnozą zgodzić się muszą i apologeci 4 czerwca, i wszyscy malkontenci, a nawet najbardziej zajadliwi przeciwnicy tamtych wyborów - bo to oczywiste. Jednym słowem - nie ma o co się bić. Jaki jest koń - każdy widzi.
Do polityków i ekspertów, którzy wymyślili tamtą ordynację można mieć zastrzeżenia. Miała służyć zniekształceniu niejako z góry wyników głosowania, ale nikt o zdrowych zmysłach nie może mieć pretensji do wyborców, że po wielu latach po raz pierwszy w sposób wolny i bez nacisków urzędowej propagandy dali wyraz prawdziwej woli. I to właśnie - wynik głosowania, a nie wyborów - czyni z tamtego aktu wyborczego chwilę dla naszego państwa przełomową. A ponieważ nie dało się już tego aktu woli narodu ukryć ani zafałszować, następne dni, tygodnie i miesiące miały już zupełnie inną logikę.
Cokolwiek by mówić o 4 czerwca, z pewnością kiczowaty nie był
@RY1@i02/2014/108/i02.2014.108.00000060a.801.jpg@RY2@
Jerzy Stępień były prezes Trybunału Konstytucyjnego
Jerzy Stępień
były prezes Trybunału Konstytucyjnego
Wybory 1989 r. na archiwalnych zdjęciach -
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu