Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Odczarowanie populizmu

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 19 minut

Populista to zawsze ktoś inny, czyje polityczne albo ekonomiczne pomysły niezbyt nam się podobają. Najczęściej dlatego, że krytykując nas, może mieć rację

Rafał Woś

Czy boją się państwo populizmu? I tych nieodpowiedzialnych demagogów czyhających tylko na to, by zrujnować tak ciężko budowany dorobek naszej młodej demokracji. A przy okazji zadeptujących swoimi buciorami kiełkujący tu i ówdzie dobrobyt. Jeśli taka wizja spędza Wam sen z powiek, to mam dobrą wiadomość. Populizmu bać się nie należy. Wręcz odwrotnie. Powinniśmy odważyć się na więcej populizmu. By stać się demokracją dojrzałą i prawdziwą. I krajem dużo silniejszym gospodarczo.

"Kto to jest alkoholik? To ktoś, kto pije tyle, co my. Tylko że nie bardzo go lubimy". To definicja alkoholizmu stworzona przez zmarłego w 1953 r. walijskiego poetę Dylana Thomasa (który notabene sam pił całkiem sporo). Ten bon mot jak ulał pasuje jednak również do większości współczesnych dyskusji na temat populizmu. Które sprowadzają się zazwyczaj do nazywania populistą każdego, czyje polityczne albo ekonomiczne pomysły z jakichś powodów niezbyt nam się podobają. Po maczugę populizmu uwielbiają sięgać sami politycy. "Polityczny rywal mówi o potrzebie bardziej zdecydowanej walki z przestępczością albo o obniżaniu podatków przy jednoczesnym zwiększaniu wydatków publicznych? To rzecz jasna nieodpowiedzialny populista! Lecz gdy nasze własne ugrupowanie sięga po takie rozwiązania, to już nie jest populizm. Tylko pochylanie się nad problemami trapiącymi kraj" - piszą nie bez dozy ironii Daniele Albertazzi i Duncan McDonnell z Uniwersytetu w Birmingham w jednej z nowszych monografii współczesnego populizmu.

Podobnie jest z eksperckimi i medialnymi dyskusjami na ten temat. "Każdemu jego własną definicję populizmu" - szydził już wiele lat temu Peter Wiles, jeden z pionierów współczesnych badań nad tym zjawiskiem, twierdząc, że choć politolodzy bardzo chętnie ekscytują się populizmem, to jak dotąd nie udało się stworzyć jednej obowiązującej definicji. Ani nawet zgodzić się co do katalogu cech, które populistę miałyby odróżniać od socjalisty, liberała albo konserwatysty. Również dlatego, że o ile dość łatwo znaleźć uczestników życia publicznego, którzy sami nazywają siebie socjalistami, liberałami albo konserwatystami, to już populistą nie chce być nikt. Tak przynajmniej uważa guru badań nad populizmem Margaret Canovan, dziś już emerytowana profesor brytyjskiego Keele University. Podkreślając w swojej słynnej pracy "Populism" (z 1981 r.), że obiekt jej badań odgrywa rolę chłopca do bicia i służy odreagowaniu frustracji gromadzących się w trzewiach współczesnych społeczeństw. Można walić w niego, ile wlezie, i to praktycznie bezkarnie. Niewielu znajdzie się bowiem śmiałków, którzy staną w jego obronie.

Wszak populista to zawsze ktoś inny. Tylko czy wszystkie te obserwacje nie prowadzą nas do oczywistego wniosku, że ten straszny, nieodpowiedzialny populizm, przed którym wielu tak przestrzega, po prostu... nie istnieje? Nie ma go. Został wymyślony jako narzędzie walki politycznej. I używany jest do niszczenia niewygodnych politycznych konkurentów. Bez konieczności wchodzenia z nimi w merytoryczną debatę.

Opór elit

Dobrze widać to na przykładzie mijającego ćwierćwiecza polskiej demokracji. Populizmem straszono u nas w tym okresie wielokrotnie.

Robili to sami politycy oraz (jeszcze bardziej ochoczo) opiniotwórcze media. Populistą byli więc nazywani Lech Wałęsa, Leszek Miller oraz Jarosław Kaczyński. Oczywiście również Stanisław Tymiński. No i rzecz jasna Andrzej Lepper. Jak się nad tym tak głębiej zastanowić, wszystkich tych polityków faktycznie coś łączy. Każdy z wymienionych na pewnym etapie swojej kariery zadarł z aktualnie dominującymi (lub dążącymi do dominacji) elitami. I tak Wałęsa przed pierwszą turą wyborów prezydenckich ostro krytykował reformatorski rząd Tadeusza Mazowieckiego, zarzucając mu (oczywiście przy użyciu Wałęsowskiej retoryki), że w terapii szokowej poszedł za daleko, zapominając przy tym o dobru obywateli, którzy wynieśli go do władzy. W podobne tony uderzył później, gdy już jako prezydent obiecywał "puszczenie aferzystów w skarpetkach". Byłemu przywódcy "Solidarności" chodziło rzecz jasna o położenie większego nacisku na patologie i afery korupcyjne będące zmorą wczesnego etapu polskiej transformacji.

W zasadzie do tego samego (tylko dużo bardziej ogólnikowo) nawoływał w czasie kampanii prezydenckiej 1990 r. kompletny polityczny outsider Stanisław Tymiński. Z kolei Leszek Miller zasłynął (zwłaszcza przed wyborami 2001 r.) totalną krytyką reformatorskiego dorobku rządu Jerzego Buzka. Kryła się za tym ostateczna próba podważenia dominacji elit postsolidarnościowych jako jedynej siły mającej prawdziwą społeczną legitymację do rządzenia krajem. Po nim przyszedł ze swoim antysalonowym przesłaniem Jarosław Kaczyński, krytykujący opiniotwórczy sojusz części elit postsolidarnościowych z postkomunistami. A sposobem na wysadzenie w powietrze tego "układu" miała być lustracja. Z kolei z perspektywy Andrzeja Leppera zawiodły całe elity III RP - niezależnie czy solidarnościowej, czy pezetperowskiej proweniencji. Jego krytyka była z gruntu klasowa. Bo szef Samoobrony zwracał uwagę na to, że na przemianach najbardziej korzystają wielkomiejskie elity. Podczas gdy Polska prowincjonalna i zaściankowa nie bardzo. Z perspektywy elit każdy z tych graczy był poważnym zagrożeniem.

Proponował bowiem nową definicję dotychczasowych podziałów politycznych. I groził zmianą istniejącego status quo. Nic więc dziwnego, że na każdego z kolejnych "populistów" przypuszczano bezpardonowy atak. Zamiast potraktować słowa Wałęsy jako zachętę do poszukiwania alternatywnej wizji transformacji, łatwiej było mu zarzucić dyktatorskie ciągoty i wypominać brak ogłady (który kiedyś był "autentyzmem"). Na podobnej zasadzie elity postsolidarnościowe nie miały najmniejszej ochoty tłumaczyć się ze swoich reform przed prącymi do władzy postkomunistami Millera. Wolały więc rozdzierać szaty, że "obiecuje gruszki na wierzbie". Z zarzutami Kaczyńskiego do dziś wielu nawet nie dyskutuje. Po przecież można powiedzieć, że to "chory z nienawiści populista", "antydemokrata" i "zamordysta". A Lepper? Opinię barbarzyńcy miał od zawsze. Zwłaszcza w oczach wielkomiejskich elit (i robionych przez nie mediów), dla których problemy wsi nigdy nie były (i nie będą) pierwszoplanowe. Problem polega na czymś innym. Bo przecież nawet jeśli Lepper był prymitywnym wieśniakiem, w niczym nie umniejsza to trafności jego krytyki polityki ekonomicznej czasów transformacji, która dla szerokich kręgów jego wyborców była po prostu zabójcza.

Ciekawe jest również to, że żaden z polskich "populistów" tego zderzenia z oporem elit przeżyć nie zdołał. Wałęsa przegrał drugą kadencję prezydencką i rozmienił na drobne cały swój autorytet. Tymiński zniknął. Miller w roli premiera spokorniał i przestał się buntować wobec zastanego porządku. Kaczyński ma wielu fanatycznych zwolenników - i drugie tyle (jeśli nie więcej) równie zapiekłych wrogów. Co sprawia, że realnej władzy nigdy sprawować nie będzie. Lepper u władzy był zaś krótko. A potem rozsypała mu się partia. I jak pokazały dalsze wypadki, również całe życie.

Co te losy rodzimych "populistów" mówią o naszej demokracji? Według dominującej medialnej narracji są one rzekomym dowodem na dojrzałość rodzimej debaty publicznej. Ale co, jeśli odwrócimy nieco perspektywę?

Bo może wiele kłopotów naszego życia publicznego bierze się właśnie stąd, że organizm populistów odrzucił (Tymiński, Lepper, Kaczyński) albo ich przekabacił (Miller, Wałęsa). I nigdy nie potrafił wsłuchać się w to, co mieli do powiedzenia. Wyjść tym lękom i nadziejom wielu milionów wyborców naprzeciw. Bo zastanówmy się przez chwilę, czy głoszone przez nich poglądy naprawdę były aż tak irracjonalne? Choćby krytyka polskiej transformacji ekonomicznej. Wtedy uważana za populistyczny zamach na świętość. Dziś coraz częściej pokazywana nie tylko w kontekście niezaprzeczalnych sukcesów, lecz również jej ewidentnych patologii. Świetnie opisanych w takich książkach, jak "www.polskatransformacja.pl" Tadeusza Kowalika, "Patologie transformacji" Witolda Kieżuna czy "Z deszczu pod rynnę" Jacka Tittenbruna. Czy krytycy reformy emerytalnej z 1999 r. od razu musieli być nieodpowiedzialnymi populistami? Czy może jednak trochę racji mieli?

Na co wskazuje dziś bardzo wielu autorów. Od Roberta Gwiazdowskiego, autora książki "Emerytalna katastrofa", po Leokadię Oręziak ("OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce"). Albo nawet pamiętny spór Leppera z Balcerowiczem dotyczący roli Narodowego Banku Polskiego, z pominięciem całej jego kuriozalnej otoczki (Lepper kończył wtedy każde swoje wystąpienie hasłem "Balcerowicz musi odejść"). Czy naprawdę był on aż tak absurdalny? W gruncie rzeczy chodziło tu przecież o to, czy bank centralny ma dbać jedynie o stabilność cen, czy również o wzrost gospodarczy i walkę z bezrobociem. Czyli dotyczył on dokładnie tego samego, o co spierają się od czasu ostatniego kryzysu czołowi amerykańscy politycy i ekonomiści.

Radykalizacja demokracji

W każdym z tych przypadków trudno oprzeć się wrażeniu, że postulaty polityczne populistów były odrzucane zbyt łatwo. Zwykle tylko dlatego, że zgłosili je populiści. Z którymi (z tych czy innych powodów) nie jest większości lub dominującym w dyskusji elitom szczególnie po drodze. Dokąd to może prowadzić? Właśnie to pytanie dręczy od lat dwójkę renomowanych politologów Ernesto Laclaua i Chantal Mouffe.

Argentyńczyk i Belgijka napisali do spółki kilka książek (przetłumaczonych również na polski), w których pokazują, jak to działa. Według nich w ostatnich 30 latach w większości zachodnich społeczeństw interesy dużej części populacji nie były brane pod uwagę. Politykę robiono raczej pod tych na górze społecznej drabinki. Efekty widzimy dziś. Owszem, szerokie rzesze obywateli skorzystały na zjawiskach takich jak globalizacja, liberalizacja gospodarek czy integracja europejska. Ale jednocześnie pojawiło się wielu przegranych. Ofiar deindustrializacji, outsourcingu miejsc pracy czy cięć wydatków socjalnych. Ponieważ jednak w głównym nurcie opinii publicznej dominował pisany przez zwycięzców obraz neoliberalnych reform jako wielkiego sukcesu, na którym korzystają wszyscy, przegrani poczuli, że ich interesy nie są dostatecznie reprezentowane. Powstała próżnia, którą wypełnili populiści. Tu zadziałała jednak reakcja obronna istniejących elit, które odstrzeliły konkurencję, wskazując na prawdziwe bądź wyimaginowane grzechy populistów w stylu Austriaka Joerga Haidera, Francuza Jeana-Marie Le Pena czy Niemca Oskara Lafontainea. Czasem zaś wystarczyło samo dopuszczenie populistów do władzy. I w jednym, i w drugim przypadku przyczyny kryzysu nie zostały jednak usunięte. W miejsce uciętych głów populistycznej hydry odrastały więc nowe. Ta zabawa nie przynosiła jednak żadnej jakościowej zmiany. Populistom (nawet gdy zostawali dopuszczeni do władzy) nie udawało się przeforsować żadnego ze swoich pomysłów. Albo się więc wykrwawiali i z hukiem opuszczali układy rządowe. Albo pokornieli i tracili kontakt ze swoim elektoratem. W obu przypadkach nie było zasadniczej zmiany sytuacji.

Demokracja działała więc tylko na papierze. A w praktyce całe grupy wyborców pozostawały wydziedziczone z przysługujących im praw. Czy temu da się jakoś zaradzić? Owszem - twierdzi Chantal Mouffe. I w swojej książce "Polityczność" (2005) kreśli bardzo interesujący projekt ożywienia demokracji. Poprzez ucieczkę z powrotem do polityki jako wielkiego sporu radykalnie odmiennych koncepcji. A nie pozornej dyskusji w gronie technokratów na temat tego, czy zmniejszyć wydatki rządowe o 0,5, czy może 0,75 punktu procentowego. Odbywać się to może tylko przez otwarcie się na to, co od kilkudziesięciu lat neoliberalne centrum i media nazywają "nieodpowiedzialnym populizmem ekonomicznym". Jeśli społeczeństwo nie chce mieć już dłużej problemu z populistami, to musi przestać ich stygmatyzować. I stworzyć taką sytuację, w której dawni populiści będą się mogli rozbiec po wszystkich partiach i tam przebić przynajmniej z częścią swojego przekazu. Tę drogę Mouffe nazywa "radykalizacją demokracji".

To oczywiście podejście bardzo teoretyczne. Uważny obserwator dostrzeże jednak i takie sygnały, które mogą świadczyć o powolnym odczarowywaniu populizmu. Taki eksperyment odbywa się obecnie w USA. Na Kapitolu sformowała się niedawno grupa senatorów, którzy otwarcie nazywają siebie... ekonomicznymi populistami. Pierwsze skrzypce gra w niej elokwentna i charyzmatyczna Elizabeth Warren. Jej kariera to jeden z najbardziej błyskotliwych awansów ostatnich lat w amerykańskiej polityce. Jeszcze kilka lat temu Warren była "tylko" profesorem prawa (specjalizacja ochrona konsumenta) na Uniwersytecie Harvarda. Weszła do polityki jako ekspert poproszony przez administrację prezydenta Obamy o monitorowanie wykonania wartego 700 mld dol. bankowego bailoutu. W tej roli sprawdziła się tak dobrze, że Biały Dom mianował ją pierwszą szefową Biura Finansowej Ochrony Konsumenta, czyli serca przykręcającej śrubę bankom ustawy Dodda-Franka. Szybko zyskała sobie przy tym przezwisko "Sokratesa z karabinem maszynowym". Ustaliła na przykład, że rocznie amerykańskie rodziny płacą bankom 24 mld dol. za usługi, które teoretycznie są darmowe. - W 1980 r. umowa na kartę kredytową z Bank of America liczyła 700 słów. Przed wybuchem kryzysu wydłużyła się do 30 stron. Na dodatek, nawet jeżeli konsument ją przeczytał, i tak nie miał szans zrozumieć połowy występujących w niej terminów - dowodziła. W 2012 r. weszła do Senatu i wcale nie zwalnia tempa. - Ktoś, do cholery, musi zatroszczyć się o amerykańską klasę średnią. Sektor finansowy sobie poradzi - odpowiada Warren na zarzuty o ekonomiczny populizm i tanią antybankową demagogię.

Ekonomia zdetronizowana

Jeszcze ciekawsze jest jednak to, że populiści mają coraz większe poparcie... ekonomistów. Takich jak choćby bardzo aktywni publicystycznie profesorowie Robert Reich czy Paul Krugman. Są i tacy, którzy stawiają sprawę jeszcze ostrzej. Bo kto właściwie powiedział, że rząd musi podejmować decyzje rozsądne ekonomicznie? A takie właśnie pytanie stawiają w najnowszej pracy dwaj gwiazdorzy amerykańskiej ekonomii Daron Acemoglu (Massachusetts Institute of Technology) oraz James Robinson (Harvard), którzy zabłysnęli w 2012 r. głośną książką "Why Nations Fail" ("Dlaczego narody upadają"). Potem zaś uzupełnili to opublikowanym w "Journal of EconomicPerspectives" artykułem pod wymownym tytułem "Economics versus Politics: Pitfalls of Policy Advice". Czyli: "Ekonomia kontra polityka. Pułapki doradztwa politycznego".

Acemoglu i Robinson argumentują mniej więcej tak: kiedy ekonomiści (a w ślad za nimi również doradcy oraz media) oceniają praktyczne posunięcia polityków, koncentrują się albo na błędach tych polityków (tak robią zazwyczaj liberałowie), albo na błędach rynku (w tym celują ekonomiści, powiedzmy, bardziej progresywni). I jedni, i drudzy tak naprawdę przyznają jednak prymat ekonomii. Spór między nimi polega w zasadzie tylko na tym, co w każdym konkretnym przypadku znaczy "dobrze pojęta racja ekonomiczna". I tu do gry wchodzą Acemoglu i Robinson, wywracając ten pozorny spór do góry nogami. Mówią wprost: "Czasem jakaś decyzja może być dobra, skuteczna i przemyślana z ekonomicznego punktu widzenia. I nikt jej tego nie może odbierać. Ale z punktu widzenia polityki jest ona błędna. I dlatego nie powinna być wprowadzona w życie". W ten sposób Acemoglu i Robinson stawiają pod znakiem zapytania pierwsze przykazanie rządzące opinią publiczną we wszystkich krajach Zachodu przez kilka ostatnich dziesięcioleci. Czyli że dobra polityka ekonomiczna to zawsze dobra polityka.

Dobrym przykładem może być rola związków zawodowych w porządku gospodarczym. Acemoglu i Robinson przyznają otwarcie, że związki zawodowe to z ekonomicznego punktu widzenia balast. Gdyby ich nie było, firmy wypracowałyby lepsze wyniki, a gospodarka kręciła się szybciej. Ale prawdziwość tego ekonomicznego argumentu w niczym nie zmienia tego, że nadmierne osłabienie związków to przejaw złej polityki państwa. Bo niesie z sobą takie negatywne konsekwencje, jak osłabienie ekonomiczne klasy niższej i średniej. To rodzi powiększanie się nierówności dochodowych i uderza rykoszetem w społeczne poczucie sprawiedliwości i demokrację.

Inny przykład to regulacje sektora bankowego w USA w latach 30. i 50. Z ekonomicznego punktu widzenia nie były to najlepsze rozwiązania, bo banki nie mogły wykorzystać w pełni swojego potencjału i rozruszać w ten sposób jeszcze szybciej gospodarki. Ale eliminacja tych reguł w latach 90. doprowadziła do olbrzymiej koncentracji władzy ekonomicznej w rękach instytucji finansowych. I do kryzysu w 2008 r.

Albo szybka prywatyzacja w krajach postkomunistycznych (autorzy dają za przykład Rosję). Forsowali ją wszyscy święci ówczesnej ekonomii - od Międzynarodowego Funduszu Walutowego po Bank Światowy. I co? Szybko się okazało, że prywatyzacja doprowadziła do powstania w Rosji systemu oligarchicznego, co z kolei wyniosło do władzy Władimira Putina. I czy to jest ten efekt, który spodziewali się uzyskać promotorzy szybkiego urynkowienia? W sumie więc przekaz Acemoglu i Robinsona jest prosty. Przestańmy wierzyć tak bardzo w prymat ekonomii nad polityką. Albo przynajmniej nie upierajmy się, że powinna ona dominować zawsze.

Polityka dla ludzi

Mam wrażenie, że bardzo by się przydało, gdyby ten punkt widzenia znalazł więcej uznania również w Polsce. Bo to mogłoby rozwiązać wiele trapiących nas problemów. Weźmy polski rynek pracy. Wiele już razy pisaliśmy w Magazynie DGP o trapiących go problemach. Których nie da się rozwiązać za pomocą jednej nowej, genialnej regulacji. Chodzi raczej o przywrócenie w nim równowagi pomiędzy pracownikiem a pracodawcą. Bo w tej chwili górą jest zdecydowanie ten drugi. A wszelkie próby zmiany takiego stanu rzeczy (silniejsze związki zawodowe, wzrost płac, pewniejsze umowy) zbywane są jako przejaw ekonomicznego populizmu. Podobnie rzecz się ma w przypadku debaty nad wzmocnieniem kulejącego i niespełniającego swojej funkcji państwa opiekuńczego. Albo dyskusji o podatkach, gdzie każda próba zwrócenia uwagi, iż Polska należy do najbardziej liberalnych fiskalnie krajów cywilizowanej Europy, jest rozbijana antypopulistyczną maczugą. Inaczej. Niechże to będzie populizm. Populizm bardzo nam na obecnym etapie rozwoju polskiej gospodarki potrzebny.

"Odważmy się na więcej demokracji" - mówił niemiecki kanclerz Willy Brandt podczas swojego parlamentarnego exposé w 1969 r. Chodziło mu o przełamanie skostnienia, które stało się utrapieniem zachodnioniemieckiej polityki po 20 latach rządów chadeckich. Starsze pokolenie Niemców do dziś powołuje się na to, że to był moment, w którym na powrót uwierzyło w politykę i sens angażowania się w sprawy publiczne. I to rzeczywiście były złote czasy niemieckiej demokracji. Coś podobnego jest dziś potrzebne w Polsce. Nie wiem, kto może w sposób wiarygodny zgłosić taki postulat. Być może polityk lub siła polityczna, których na razie nie widać. Wiem tylko, że w naszym wypadku zawołaniu "Odważmy się więc na więcej demokracji" powinno towarzyszyć "i populizmu". Bo przecież politykę robi się właśnie dla ludzi. Po łacinie "populus".

@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.000001000.801.jpg@RY2@

Jerry Bergman/East News

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.