Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Big Frajer Show, czyli takie będą Rzeczypospolite...

27 czerwca 2018

Opinia

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży... No właśnie, czyli jakie?

Gdy na progu dorosłości zapytać uczniów o sens polityki i spraw publicznych - staram się to robić przy okazji wyborów, z różnym skutkiem - odpowiedź pada dość typowa. Warszawscy 17-latkowie znają dwie-trzy największe partie i trochę folkloru. Twarze 99 proc. kandydatów nic im nie mówią. Wiedzą tylko to, że "miała wygrać klika X, ale gang Y ją wyrolował; a wszyscy razem wykosili resztę frajerów".

Tylko poza dużymi miastami zdarza się czasem wyjątek. Tam nieraz słyszeli, że startował były dyrektor szkoły - sąsiad - matka kolegi. Nie mając zarazem pojęcia, z której kliki, pardon, partii.

Wyjątki uwypuklają smutną regułę - według najmłodszego pokolenia wyborców polityka w Polsce to jeden wielki Big Frajer Show. I z nową PKW tak pozostanie, bo ułomności są systemowe. Chyba że system jakimś cudem zbliży się do ludzi - jak jednomandatowe okręgi wyborcze, nieśmiało wprowadzone ostatnio na prowincji.

Co w tym stanie rzeczy myśli licealista? Czasem wierzy, że przyjdzie Korwin i rozpędzi wszystkich na cztery wiatry. Można jednak być pragmatystą i wierzyć w rozwiązania, które sprawdziły się ciut lepiej niż nasz autorski galimatias. W tym kontekście walka o JOW-y narzuca się sama.

Argument 1 - kontakt z wyborcą. Lista partyjna to XX-wieczny przeżytek. Była dobra, gdy partie i ich struktury musiały okrzepnąć. Dziś daje efekt zniechęcający do wyborów i silnie antyobywatelski. Kandydaci z "biorących" miejsc są już regularnie przyniesieni w teczce. Spuszczeni ze spadochronem. Wymyśleni w zaciszu gabinetu. Nie mówiąc już o tym, jak silna jest tu właśnie bariera pokoleniowa - faworytami partyjnych struktur są prawie zawsze starzy wyjadacze. Wyborem zwykłych ludzi może być ich sąsiad - student albo uczennica.

Ale uwaga: jeśli na liście partyjnej nie przejdzie jedynka, to często z punktu widzenia przejrzystości i uczciwości procedur sytuacja jest jeszcze gorsza! Te wyjątki to w polskich wyborach istny cyrk: "bo miał chwytliwe hasło", "bo zbieżność nazwisk z [Kwaśniewskim, Kaczyńskim, Ziobrą itp.]", "bo startował z ostatniego miejsca na liście". Nawet poważne media tak to komentują, uznając niejako, że to uprawniona część zabawy!

Argument 2 - przejrzystość postaw i poglądów. Gdy polityk startuje z listy, teoretycznie reprezentuje stanowisko partii. W istocie nic to jednak nie znaczy. Kandydaci ruchów miejskich, póki grali o głosy, mieli usta pełne - pardon - ścieżek rowerowych i przewijaków dla niemowląt. Gdy stali się radnymi, ups! - niespodzianka. Okazali się więźniami dużej polityki. "Najlepszą ofertę przedstawiła nam jednak partia XXX, a poza tym sumienie nie pozwala nam być z tymi... [aborcjonistami, homofobami, faszystami - niepotrzebne skreślić]".

Okręg jednomandatowy to zupełnie inna bajka. Tu się nie można schować za szyldem, bo zainteresowani maglują każdego pojedynczo i wszystkie sprawy programowe i światopoglądowe są jasne dużo wcześniej.

Wreszcie argument z procedur. Na tym wszelako poległa PKW. Co mamy dziś? Niezależnie od rodzaju wyborów, istny horror. Liczenie głosów na listę, potem progów, potem powrót ze szczebla krajowego na szczebel okręgu lub obwodu... masakra. A ile trwa liczenie głosów i wyjaśnianie niejasności, gdy kandydatów jest kilku i jeden mandat? Kilka godzin. Okręg jednomandatowy to kilka lub kilkanaście komisji. Wtedy i liczydła dadzą radę, gdy zawiedzie system.

@RY1@i02/2015/009/i02.2015.009.000000600.802.jpg@RY2@

Marek Szpanowski nauczyciel, publicysta

Marek Szpanowski

nauczyciel, publicysta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.