Rodzicielski dobrobyt z łyżką dziegciu
Jeśli w jakiejś dziedzinie można uznać Polskę za kraj opiekuńczy, to na pewno jest nią polityka prorodzinna. W tej kwestii w ciągu ostatniego dziesięciolecia nad Wisłą dokonał się prawdziwy przełom. Polega on przede wszystkim na tym, że zarówno elity rządzące, jak i opinia publiczna dostrzegły wreszcie ogromne zagrożenie, jakim jest zapaść demograficzna. Ze względu na malejącą od trzech dekad liczbę urodzeń jest ona nieunikniona, ale o jej rozmiarach i skutkach, jakie wywoła w życiu gospodarczym i społecznym, może zdecydować to, jakie kroki wspierające dzietność podejmie państwo. Problem polega na tym, że niejako z definicji będzie ono poruszać się trochę jak we mgle - sukces państwowej polityki zależy bowiem od tego, czy decyzję o założeniu rodziny, a więc w bardzo prywatnej sprawie, podejmie sam obywatel.
Zachętą do tego mają być m.in. urlopy na opiekę nad dzieckiem. Pod tym względem Polska jest liderem w UE - rodzice mają prawo do płatnej opieki przez 52. tygodnie (łącznie urlop macierzyński i rodzicielski). Konkurować z nami mogą jedynie Szwedzi i Brytyjczycy, w tyle zostawiliśmy zaś takie oazy socjalnego dobrobytu, jak np. Niemcy czy Dania. Dodatkowo ojcom przysługuje jeszcze dwutygodniowy urlop ojcowski, a po zakończeniu rodzicielskiego opiekunowie mają prawo wykorzystać jeszcze trzyletni urlop wychowawczy (niepłatny). Nie można też zapominać o innych ułatwieniach - np. możliwości łączenia urlopu z pracą na część etatu lub obniżenia wymiaru czasu pracy po powrocie do firmy (z zagwarantowaną roczną ochroną przed zwolnieniem). To wysokie standardy, nawet jak na socjalną Europę.
Problemem nie są też pieniądze. Od czasu, gdy w 2005 r. wprowadzono becikowe, kolejne ekipy rządzące prześcigają się w pomysłach na przyznawanie rodzicom dodatkowych funduszy. Tylko w tym roku wprowadzono świadczenie wychowawcze (1 tys. zł miesięcznie przez rok) dla osób, które urodziły dziecko, a nie mają prawa do zasiłku macierzyńskiego. Ruszy już wypłata 500 zł na każde drugie i kolejne dziecko w rodzinie (lub także pierwsze w razie spełnienia kryterium dochodowego). To sztandarowy projekt prorodzinny obecnego rządu. Oznacza on coroczne transfery na rzecz rodzin w łącznej wysokości do 23 mld zł. Realizacja tego pomysłu oznacza, że wyraźnie podskoczy odsetek PKB, jaki w Polsce przeznacza się na wspieranie rodzicielstwa. Obecnie według różnych statystyk szacuje się go na 1,3 proc. (Eurostat), 1,8 proc. (OECD), a nawet ok. 2 proc. (NIK). W tych państwach, w których wskaźnik ten przekracza 3 proc. (np. Francja, Irlandia), najwyższy jest też wskaźnik dzietności, co sugeruje, że wydatki na pomoc rodzinom sprzyjają wzrostowi urodzeń.
W tej beczce miodu jest jednak też łyżka dziegciu. Nie można nie zauważyć, że pomimo wielu kolejnych zachęt do posiadania potomstwa, wskaźnik dzietności w Polsce wciąż jest bardzo niski (wynosi 1,32 urodzeń na kobietę - przy czym wymiana pokoleń następuje przy wskaźniku 2,1). Pod tym względem zajmujemy 24. miejsce na 28 państw unijnych. Wyprzedzają nas więc te kraje, które nie gwarantują tak licznych uprawnień rodzicom (np. długich urlopów). Dane statystyczne - wbrew twierdzeniom polityków - nie zawsze potwierdzają też tezę, że wystarczy rozdać publiczne pieniądze i liczba urodzeń poszybuje w górę. Taka relacja występuje we wspomnianej już Francji, ale np. Węgry przeznaczają na pomoc rodzinie prawie 3 proc. PKB, a wskaźnik urodzeń w tym kraju należy do najniższych w Europie (1,44).
Nie można też zapominać o ubocznych skutkach polityki prorodzinnej, zwłaszcza w zakresie zatrudnienia. Dla przykładu z urlopu rodzicielskiego może korzystać albo matka, albo ojciec dziecka (lub oboje w tym samym czasie). Jednak z danych za 2014 r. wynika, że takie wolne na opiekę nad dzieckiem wybrało tylko 5,2 tys. ojców (1,6 proc. ogółu) i aż 310,6 tys. matek (98,4 proc.). To wpływa na sytuację kobiet na rynku pracy - są postrzegane przez zatrudniających jako osoby mniej dyspozycyjne, które w razie urodzenia dziecka mogą zniknąć z firmy na rok lub dłużej. Przez to mają problemy ze znalezieniem etatu. W tym zakresie liczby nie kłamią - wskaźnik zatrudnienia kobiet w 2014 r. wyniósł 59,4 proc. i należy do najniższych w Europie (22. miejsce; w praktyce wyprzedzamy jedynie kraje Europy Południowej, w których zatrudnienie kobiet jest tradycyjnie niższe, głównie ze względu na model rodziny).
Inny problem dotyczy tego, że prorodzinne działania rządzących często rozmijają się z oczekiwaniami samych rodziców. Dość dobrze obrazuje to raport przygotowany przez Biuro Badań Społecznych "Obserwator". Wynika z niego, że w Polsce tylko co dziesiąta matka może w pewnym stopniu dostosować swój czas pracy do konieczności opieki nad dzieckiem. W UE taką możliwość ma przeciętnie co czwarta kobieta. W Finlandii i Szwecji, osiągających najlepsze pod tym względem wyniki, prawo takie ma 44 proc. matek, a w Niemczech - prawie 38 proc. Jednocześnie 87 proc. rodziców uznało dostosowanie godzin pracy do potrzeb rodzica za rozwiązanie najbardziej przyjazne opiekunom. Nie jest to jednak tak chwytliwy temat jak roczny urlop rodzicielski lub 500 zł na każde dziecko. A dla polityków wciąż liczy się przede wszystkim rozgłos. W przekazie medialnym urlop rodzicielski funkcjonował jako urlop Tuska, a świadczenie wychowawcze nazywane jest kosiniakowym (swojej nazwy doczeka się zapewne też świadczenie 500+). Pozostaje więc sobie życzyć, aby państwo w kwestii polityki prorodzinnej poruszało się mniej po omacku, częściej słuchało obywateli i nie szukało chwilowego poklasku. Jego celem powinno być przecież także zapewnienie dobrobytu przyszłym pokoleniom. ©?
Zdarza się, że prorodzinne działania rządzących rozmijają się z oczekiwaniami wyrażanymi przez samych rodziców
@RY1@i02/2016/083/i02.2016.083.183002200.803.jpg@RY2@
Łukasz Guza
dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu