Przyjaciół nikt mi wybierał nie będzie
Myślę, że jest zapotrzebowanie na to, by telewizja rozmawiała z nami o rzeczach ważnych. O kondycji rodzaju ludzkiego, o tym, gdzie jesteśmy, jeśli chodzi o odkrycia i wynalazki, i dokąd zmierzamy - mówi Maciej Chmiel, dyrektor TVP 2
Z Maciejem Chmielem rozmawia Barbara Sowa
Jak pan trafił do ekipy Jacka Kurskiego?
Mam kompulsywny przymus zmieniania rzeczywistości. Uważam, że jako społeczeństwo byliśmy w sytuacji statycznej i ruch był potrzebny, by wybić nas z depresyjnego marazmu. Nie miałem wątpliwości, że chcę być częścią tego ruchu. Wskazanie na mnie jako dyrektora Dwójki było dobrym strzałem ze strony prezesa Kurskiego. Zdarza się nam spierać, ale co do pryncypiów rozumiemy się w pół zdania.
Od kiedy się znacie?
Trudno mówić o zażyłości. Wiedzieliśmy o sobie od czasów pracy w TVP za czasów prezesa Walendziaka. O mojej nominacji zadecydowała intuicja prezesa Kurskiego i moje kompetencje.
Obecny wiceprezes Maciej Stanecki też nie jest panu obcy, pracował m.in. jako wózkarz w pana firmie producenckiej.
Zetknęliśmy się ongiś w pracy i teraz z przyjemnością odnaleźliśmy się w nowej konfiguracji.
Punkowiec, czołowa postać alternatywy lat. 80 w telewizji narodowej? Nie pasuje mi pan do tej układanki. Paweł "Konjo" Konnak żartował, że musi napisać donos do Kurskiego, że stracił czujność rewolucyjną, dając panu dyrektorski fotel.
Trudno traktować ostatnie zmiany w Polsce w sposób jednorodny. Ludzie z bardzo różnych środowisk, z bardzo różnym życiorysem, dołączyli do tego projektu, bo widzą konieczność zmian. Pozostawanie w bezruchu bardzo nie służyło Polsce. Chcę być siłą sprawczą tej przebudowy, pozostawić po sobie coś pozytywnego. Podejmowałem się już różnych ról. Byłem menedżerem zespołu Dezerter, potem kolejno dziennikarzem, pampersem ("pampersami", z powodu ich młodego wieku, określano dziennikarzy, którzy przyszli do telewizji za czasów Wiesława Walendziaka - przyp.red.), producentem telewizyjnym czy też teraz dyrektorem Dwójki. Wewnętrznie pozostaję taki sam. Nie można żyć, dostosowując się do wyobrażeń innych o sobie. Trzeba iść własną drogą.
No to cofnijmy się do początków tej drogi. Czasy Dezertera to był ważny okres?
To był jeden z jaśniejszych punktów mojego życiorysu, do którego już jako sędziwy dyrektor Dwójki w roku 2050 (śmiech) z sentymentem będę się odwoływał. To było doświadczenie, które mnie w dużym stopniu ukształtowało. Przede wszystkim chodzi o działanie w grupie zorientowanej na pozytywną zmianę - co się przeniosło na pampersów i na moją obecną aktywność. Do tego nieprzekraczalne ramy etyczne i wewnętrzna wolność. W zespole wiedzieliśmy, że pewnych rzeczy nigdy nie zrobimy, sami decydowaliśmy, gdzie gramy, z kim rozmawiamy, w jakim miejscu i z kim się pokazujemy. Te konteksty w Polsce lat 80. były bardzo ważne.
Dlaczego się rozstaliście? Rockandrollowe życie uwierało?
Ono w ogóle nie było naszym udziałem. Nie chcę robić z nas świętych, ale czas po koncertach ograniczał się do kilku piw. No i byliśmy wierni swoim dziewczynom. Uważaliśmy rockandrollowe życie za przejaw szczeniactwa, które było nam obce. W ciągu pięciu lat, gdy byłem menedżerem Dezertera (1985-1990 - red.), wydaliśmy trzy płyty w Polsce, po jednej w Stanach i we Francji, zagraliśmy kilka tras na Zachodzie, z czego najbardziej spektakularna była ta w Japonii. Uznałem, że niczego większego z tym zespołem nie zrobię. A poza tym wołała za mną uczelnia. W 1990 wróciłem na studia, w kilka miesięcy zaliczyłem zaległy trzeci, czwarty i piąty rok. Dzięki temu zostałem dopuszczony do tego, żeby napisać pracę magisterską.
Ale obrona była chyba ładnych parę lat później.
Pracę obroniłem w 2012 roku, po 31 latach od otrzymania indeksu. Pobiłem rekord Uniwersytetu Warszawskiego w tej dyscyplinie i odkryłem przyjemności późnej edukacji. Zrobiłem MBA na University of Illinois, co dziś pomaga mi funkcjonować w obrębie korporacji, i kończę studia doktoranckie na UW.
Pracę napisał pan o Pawle "Kojno" Konnaku, który dziś twierdzi, że został pan komisarzem. W wierszu o ambasadorach IV RP wymienia pana obok Zbigniewa Ziobry i Krystyny Pawłowicz.
Odpowiem cytatem z piosenki Andrzeja Garczarka - "przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał". O czym rozmawiamy? O antycypacji? To tak jakbyśmy się odwoływali do niedawnego wiersza Adama Zagajewskiego, który pisze, że za chwilę zaczną rozstrzeliwać kobiety i dzieci. Pytanie, gdzie są te rozstrzelania? Gdzie są te komisarskie czyny?
Chodzi raczej o to, że kiedy pan stał się twarzą dobrej zmiany, dawni koledzy z alternatywy czują się raczej "Polakami gorszego sortu".
Nie chce mi się na tym poziomie wchodzić w dyskusję. Pani na zasadzie relata refero powtarza, co powiedział Konnak, a ja z nim rozmawiałem nie dalej jak dwa dni temu. Dziś wysłał mi SMS-a: "I tak Cię lubię, Maćku".
Wspominał mi, że został jednym z nielicznych przyjaciół z dawnych lat, którzy się do pana nie zrazili z powodu poglądów.
Paweł może mieć inne pojęcie na temat tego, co się tutaj dokonuje i kim ja teraz jestem. Ale to po czynach ich poznacie.
Do telewizji trafił pan pierwszy raz dwadzieścia lat temu, teraz pan wraca na dyrektorski stołek. Z jaką misją?
Ale ja wcale nie byłem wtedy dyrektorem, tylko młodszym redaktorem działu rozrywki TVP 1, którego szefem był Andrzej Horubała. Poznaliśmy się wtedy i stworzyliśmy świetnie funkcjonujący duet - on był kierownikiem, ja jego doradcą i najbliższym współpracownikiem. Po wypchnięciu nas z telewizji założyliśmy firmę, która z sukcesem wyprodukowała kilkaset programów i tuzin dokumentów.
Przeprowadziliście kapitalną reformę w TVP 1. Wypromowaliście też całe pokolenie nowych muzyków: Varius Manx, Justynę Steczkowską, zespół Raz, Dwa, Trzy, Renatę Przemyk, Edytę Górniak.
Jeśli przez dwa lata, powszechnie wówczas oglądana, telewizja publiczna bombarduje nową muzyką, to nie ma wyjścia, musi nastąpić zmiana estetyczna i generacyjna. To był fascynujący czas, który przyniósł wiele rzeczy zapamiętanych do dziś. Programów, artystów, ale i nowych prezenterów, jak znakomici znawcy muzyki alternatywnej Marcin Borchardt i Artur Boryczko. Wraz z Andrzejem Horubałą zmieniliśmy formułę Opola i Sopotu, wymyśliliśmy Fryderyki. To były pomysły, które przebudowały branżę muzyczną i rozrywkową w Polsce.
Pamiętam, że Jedynka potrafiła wczesnym popołudniem dać koncert Agressivy 69. Dziś nie do pomyślenia.
Środowiska alternatywne zyskały wtedy dostęp do telewizji. W paśmie między godziną 15 a 16 pokazywaliśmy sporo muzyki. Swoje programy miały wówczas środowiska skupione wokół pism takich jak "Fronda" czy "Brulion". Alternatywa jest rozsadnikiem nowych idei i zależy mi, by jej współczesne emanacje pojawiały się i dziś w telewizji publicznej.
Nie obyło się bez krytyki. Kazik dał w "12 groszach" wyraz temu, co sądzi o artystach "Muzycznej Jedynki".
Kazik jako lider Kultu przyjął propozycję zrobienia wideoklipu piosenki "Psalm 151" do "Muzycznej Jedynki", ale z jakiegoś powodu - niezwiązanego z nami - tego nie zrobił. Kazik publicznie wygłasza swoje sądy, ale nie jest dziennikarzem, nie musi sprawdzać faktów, czasami więc nie ma zaczepienia w rzeczywistości. Sam byłem kilka razy negatywnym bohaterem jego felietonów i tam się nic nie zgadzało. Trochę na zasadzie: "był z nami w alternatywie, teraz jest w telewizji, to na pewno się ześwinił".
Zdecydował pan już, kto zastąpi Tomasza Lisa?
29 lutego planowaliśmy rozpoczęcie nowego programu publicystycznego. Ale wydaje mi się, że utrzymanie tego terminu jest nierealne. Mam zielone światło od zarządu, by w wiosennej ramówce, poza "Panoramą" w Dwójce, nie było żadnych treści politycznych.
Chce pan uciec od polityki?
Raczej chodzi o zapewnienie wysokiej jakości programów. Jeśli mamy wprowadzać coś nowego, niech to będzie na poziomie. Pomysły są dwa. Pierwszy to flagowy program społeczno-polityczny prowadzony przez "X", który jest rozpoznawalny, a jednocześnie daje gwarancje rzetelności dziennikarskiej. Drugi jest bliższy formule pewnego sporu cywilizacyjnego. Mam taki projekt na stole, ale sądzę, że przesuniemy emisję na jesień, by go dopracować.
Kim będzie "X"? Wojciech Jagielski, którego "Wywiad z wampirem" przed laty pan produkował? A może Wojciech Cejrowski, z którym razem zrobiliście kiedyś pilota talk-show?
Pamiętam. "WC/MC" to się nazywało. Rzeczywiście, z Wojciechem Cejrowskim łączyła nas ongiś silna zażyłość i pasja podróżnicza. Pracowaliśmy też razem przy różnych jego programach, zjeździliśmy trzy kontynenty. Mam więc duży sentyment do jego emanacji telewizyjnej. Jeśli miałbym jednak widzieć go na swojej antenie, to raczej w kontekście kontynuacji jego cyklu podróżniczego "Boso przez świat".
Dlaczego?
Żywy jest mit pampersów, którzy na początku lat 90. mieli po 30 lat i w ciągu kilku miesięcy wprowadzili na antenę TVP 1 30 nowych programów realizowanych przez 30-latków. Programy te stanowiły przełom estetyczny i wypełniały luki w społecznej świadomości. Dziś wszedłem w przedział 50+, ale chcę mieć na ekranie trzydziestolatków i skupiam się na ich poszukiwaniu. Chcę usłyszeć głos wstępującej generacji i dać jej samodzielność na antenie.
Tyle że widownia Dwójki wiekiem bliższa jest pańskiemu pokoleniu.
Młodzi prowadzący mają przyciągnąć młodszych, tak by widz miał rówieśnika na ekranie. Poza tym czuję, że gdzieś tam buzuje energia młodych ludzi, która nie znajduje ujścia. To jeden z poważniejszych problemów współczesnej Polski.
Komu da pan szansę?
W programie "Dzika muzyka" będziemy prezentowali fenomen odrodzenia muzyki ludowej. To się dokonało oddolnie, bez żadnych wskazań ministerialnych, i co ciekawe, dzięki ludziom z miast. To oni zaczęli jeździć po Polsce i w ostatniej chwili dotarli do odchodzących już muzykantów, którzy zachowali autentyczność folkloru. Ci młodzi przejęli sposób grania i wyrobu instrumentów, ale sięgnęli też głębiej, poznając też całą obrzędowość. Mamy do czynienia z prawdziwymi fascynatami, a naszą rolą jest przekucie tego w program telewizyjny. Chcę pokazać, że mamy coś własnego, odrębnego, unikalnego na skalę światową. W planie dalszym trzeba doprowadzić, co oczywiście nie jest zadaniem na jeden sezon, żeby ta muzyka była rozpoznawalna poza granicami Polski. Sukces muzyki irlandzkiej pokazuje, że z rodzimego folku można zrobić towar eksportowy.
Jakie nowe twarze pojawią się w Dwójce?
Marita Alban Juarez, która prowadziła dla TVP Kultura relacje z Konkursu Chopinowskiego, będzie gospodynią cotygodniowego programu kulturalnego. Poza oryginalną urodą, którą zawdzięcza pochodzeniu - jest półkrwi Peruwianką - ma ten atut, że sama ma własny zespół, a do tego jest "szopenolożką".
Zamierza pan też odkurzyć legendarną "Sondę".
Nieodżałowani panowie Kurek i Kamiński pokazali w tym programie, że telewizja może być fascynującym medium, także jeśli chodzi o tematykę naukową. Wystarczyło oprzeć pomysł na sporze prowadzących. Oni pierwsi zastosowali ten model w telewizji publicznej. W archiwum mamy ponad 400 odcinków ich programów. Chcemy się odwołać do tej tradycji. Tematy w "Sondzie 2" - co to jest bionika, wyprawy w kosmos czy drążenie w głąb skorupy Ziemi - opowiemy, odwołując się zawsze do tego, jak ten problem przedstawili panowie Kamiński i Kurek 35 lat temu. Po czym prowadzący zaznaczy, gdzie jesteśmy teraz i na ile ich przewidywania były trafne. A na koniec chcemy wysłać taką wiadomość w butelce dla "Sondy 3" i opowiedzieć, jak my sobie wyobrażamy przyszłość tych zagadnień. Gdy opowiedziałem w wywiadzie o reaktywacji "Sondy", dostałem kilkanaście e-maili od ludzi, którzy pracowali nad podobnym pomysłem. Odzew był bardzo pozytywny. Poza tym myślę, że jest zapotrzebowanie na to, by telewizja rozmawiała z nami o rzeczach ważnych. Rozmowa o kondycji rodzaju ludzkiego, o tym, gdzie jesteśmy, jeśli chodzi o odkrycia i wynalazki, i dokąd zmierzamy.
Wróci też show "Kocham cię, Polsko", choć nowa ekipa zapowiadała, że ograniczy produkcje zewnętrzne.
Produkcja zewnętrzna pozostanie, bo jeśli jest oparta na zdrowej konkurencji, to stymuluje rynek do tworzenia jakościowych produkcji. Przeniosłem realizację "Kocham Cię, Polsko" do studia TVP w Krakowie, w Łęgu i poprosiłem, by w programie dodano pytania związane z literaturą, historią, kulturą.
Wrzuca pan show na wyższą półkę. Ale to nadal jest zagraniczny format, a nie oryginalny pomysł.
Zamierzamy się stopniowo zwracać się ku projektom autorskim, które od początku będą naszą własnością. Zaczynamy poszukiwania pomysłów na jesień - zwłaszcza jeśli chodzi o seriale i teleturnieje. Trzeba pamiętać, że nie tylko BBC sprzedaje swoje produkcje za granicą. Pamiętamy fenomen seriali latynoamerykańskich, teraz obserwujemy sukces produkcji tureckich. Widać, że kombinacja rzeczy lokalnych z przesłaniem uniwersalnym może nam zbudować widownię także w innych krajach. Mam kilka projektów seriali historycznych, które pokazywałyby złoty wiek historii Polski. To mógłby być nasz towar eksportowy.
(Sygnał SMS, Chmiel sprawdza telefon)
To informacje o oglądalnościach. Wyniki dostaję na telefon codziennie rano.
I jak wypadła wczoraj pana Dwójka?
(Chmiel pokazuje smartfona, z liczb wynika, że TVP 2 zajmuje ostatnie miejsce z tzw. wielkiej czwórki, za TVP 1, Polsatem i TVN).
TVP 2 od dawna poza podium. Słupki są dla pana ważne?
Na pierwszym miejscu jest odnowienie ramówki przez nową ofertę programową.
Ale można to odnawiać na różne sposoby, z myślą o oglądalności albo o misji.
Przejąłem Dwójkę w dobrym stanie finansowym. Ale jeśli spojrzymy na ramówkę, to jest ona konserwatywna, jej kręgosłupem są seriale i powtórki. Nowości trzeba wprowadzać ostrożnie. Ale wskaźnik oglądalnościowy nie będzie mnie ograniczał, jeśli chodzi o eksperymenty i wprowadzanie nowych rzeczy. Chcemy zobaczyć, jak kreatywność przekłada się na zainteresowanie widza.
Skasuje pan przaśno-biesiadne kabarety?
Chcę, by Dwójka generowała śmiech, a nie rechot. Dlatego zdjąłem cykl Kabaretu Paranienormalni. W to miejsce chcę wprowadzić nową rzecz, opartą na Klubie Komediowym z placu Zbawiciela w Warszawie. To byłby cykl, który pod szyldem "Scena komediowa Dwójki" sięgnie do tradycji literackich i dowcipu na wyższym poziomie. Spędziłem ostatni rok, oglądając bardzo różne ich spektakle. I jestem pod wrażeniem ich wielostronności.
Co to znaczy?
Chodzi o archipelag rozmaitych form kabaretowych. Ci młodzi ludzie grają spektakl codziennie i za każdym razem to jest inna forma. Od klasycznego, nanizanego na fabułę połączenia skeczu i piosenki, poprzez stand-up, na bitwach na dubbingi kończąc.
Mają doświadczenie telewizyjne?
To kilkadziesiąt osób, które nie lubią, by ich spinać wspólnym tytułem, pilnują swojej autonomii. Ich nieformalnym liderem jest Michał Sufin. Realizacyjna różnica między show Kabaretu Paranienormalni a tą sceną jest taka, że ten pierwszy jest wysokonakładową produkcją telewizyjną, gdzie są światła, scena, kostiumy. A tu mamy do czynienia z niewielką sceną, artyści występują w swoich strojach, czasem z prostym rekwizytem. Wszystko opiera się na słowie. To się powinno jak najszybciej zjawić na naszej antenie, żeby sprawdzić, czy znajdzie się widz chętny, by to oglądać. Liczę, że tak. Chciałbym, żeby widz, na którym nam zależy - inteligencki, zorientowany na żart na poziomie - do nas wrócił. Chcemy go ponownie zaprosić do oglądania Dwójki.
@RY1@i02/2016/024/i02.2016.024.000001500.802.jpg@RY2@
JACEK DOMIŃSKI/REPORTER
Maciej Chmiel dyrektor TVP 2. W latach 1985-1990 był menedżerem zespołu Dezerter. Za czasów prezesury Wiesława Walendziaka razem z Andrzejem Horubałą reformował dział rozrywki w TVP 1. Dziennikarz oraz producent wielu filmów dokumentalnych i programów telewizyjnych
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu