Niedługo mycie zębów będzie przejawem patriotyzmu
Leszek Balcerowicz: PiS doszedł do maksimum w zakresie rozdawnictwa i medialnego ogłupiania ludzi. Co mu zatem zostało? Selektywne zastraszanie przy użyciu służb, dyspozycyjnych prokuratorów. Jeśli pozwolimy na zaawansowanie tego procesu, to więcej ludzi będzie się bać władzy. A ustrój oparty na strachu jest haniebny
Leszkiem Balcerowiczem
Dlaczego jest tak źle, skoro ludzie uważają - sądząc po sondażach - że jest tak dobrze?
Rozumiem, że przyjmujecie panowie rolę występujących w imieniu najmniej poinformowanej części społeczeństwa, po to, by ją oświecać. Znane są światu liczne przypadki, w których źle rządzący zyskiwali popularność dzięki dobrej koniunkturze gospodarczej. Nie była to jednak zasługa ich działań. Doskonałym przykładem jest początek epoki Edwarda Gierka. Sam pamiętam euforię, gdy w sklepach można było kupić banany. Ale skutki polityki nieustannego zadłużania pojawiły się już w drugiej połowie lat 70. Potem, jako wicepremier w latach 1989-1991, wiele czasu poświęcałem redukowaniu odziedziczonego po socjalizmie długu, co się ostatecznie udało.
Wychowanym w PRL do dziś cytrusy w sklepach kojarzą się ze świętami.
Nie mówię, że obecnie mamy do czynienia z identyczną sytuacją, lecz mechanizm jest podobny: dobra koniunktura przy złych rządach. Innym przykładem może być Argentyna, gdzie w 2003 r. doszli do władzy agresywni populiści przypominający PiS pod względem polityki gospodarczej. Zaczął się wówczas boom surowcowy na produkty argentyńskie, co przysłoniło szkodliwe skutki nacjonalizacji firm, ograniczania rynku czy rozbudowy sektora państwowego. Wiele osób w Argentynie myślało, że populiści dobrze rządzą, bo jest dobrze. Takie złudne przekonanie trwało 12 lat. Polska gospodarka nie wytrzymałaby 12 lat populizmu.
Skoro jest tak dobrze, to skąd Polacy mają wiedzieć, że sprawy źle idą?
Odróżniajmy bieżącą sytuację gospodarczą od bieżącej polityki gospodarczej. Dobrą sytuację można odziedziczyć po poprzednich rządach, można ją także zawdzięczać zewnętrznej koniunkturze. Zła polityka gospodarcza to upolitycznienie gospodarki, w tym banków, wypychanie rynku przez etatyzm i psucie finansów publicznych. Zawsze kończy się to źle - tylko z opóźnieniem. Nie znam wyjątku. Jeszcze gorsze jest zwalczanie państwa prawa, bo uderza nie tylko w inwestycje i wolności obywatelskie, zagrażając demokracji. W Polsce PiS przejął Trybunał Konstytucyjny i prokuraturę, trwa batalia o niezależność sądów. Ta polityka prowadzi nas ku modelowi Putina. Żadne poprzednie rządy nie cofały nas tak w cywilizacyjnym rozwoju.
To dokąd zmierzamy?
Od kilkudziesięciu lat zajmuję się porównawczą analizą systemów polityczno-gospodarczych i na tej podstawie stwierdzam, że Polska zmierza w kierunku putinizmu. Podobieństwa są uderzające. Putin po dojściu do władzy był niezwykle popularny i stopniowo ograniczał wolności obywatelskie, przejmując aparat państwa. Rosły ceny ropy, więc ludziom wydawało się, że dobrze rządzi. Gdy sytuacja gospodarcza przestała się poprawiać, było już za późno - państwo zostało przejęte. Nie jesteśmy jeszcze w tym punkcie, ale musimy wiedzieć, co może się stać, jeżeli w porę nie zatrzymamy zagarniania państwa przez PiS.
My wciąż notujemy wzrost gospodarczy.
Czasem na Twitterze widzę, jak ludzie naiwni albo trolle PiS przytaczają takie argumenty, jak spadek bezrobocia, wyższa ściągalność podatków czy wzrost zatrudnienia. To są dowody dla naiwnych albo osób bardzo zajętych innymi sprawami niż gospodarka. Owszem, sytuacja na rynku pracy się poprawia, ale to nie jest zasługą PiS. Do tego przyczyniły się dwie reformy za czasów PO: ograniczenie przywilejów emerytalnych i stopniowe wydłużanie wieku emerytalnego. Wiktor Wojciechowski pokazuje w raporcie FOR, który niedługo się ukaże, że ta pierwsza reforma dała przyrost zatrudnienia o prawie pół miliona ludzi. Działania PiS idą w przeciwnym kierunku - zwiększania liczby osób niepracujących i zmniejszania liczby osób, które pracują. Wiek emerytalny kobiet w Polsce będzie najniższy w Europie, a program 500+ zniechęca do pracy. Skutki tych decyzji dopiero nas czekają.
To, o czym pan mówi, widzą nie tylko Polacy. Skąd zatem napływ inwestycji zagranicznych?
Jest ich stosunkowo mało. Powinny rosnąć, a nie rosną w relacji do PKB. Ponadto do niektórych inwestycji zachęcono dzięki specjalnym subsydiom. Mercedesa do Polski przyciągnął były prezes legnickiej strefy specjalnej. Został zresztą wyrzucony przez PiS. Są firmy, które przyjdą, jeśli będą traktowane wyjątkowo. Nam jednak zależy, żeby zagraniczne inwestycje pojawiały się w Polsce bez przywilejów.
Na razie większość się delektuje dobrym obiadem w restauracji i nie myśli o rachunku, który kiedyś tam przyjdzie. Jak może być on wysoki?
W sierpniu 2015 r. FOR przedstawił raport o scenariuszach, jakie stoją przed Polską w perspektywie najbliższych 25 lat. Wraz z Andrzejem Rzońcą byłem koordynatorem tego projektu, a jego głównym autorem był Aleksander Łaszek. Już wtedy było widać, że problemem staje się demografia wywołująca spadek liczby osób pracujących. Zauważyliśmy też niski poziom inwestycji prywatnych, które są fundamentem innowacji. Trzecim zagrożeniem było spadające tempo poprawy ogólnej efektywności gospodarki. Wskazaliśmy trzy możliwe drogi: rynkowe reformy, ich brak oraz brak zmian plus antyreformy. Od dwóch lat Polska realizuje ten najgorszy scenariusz. Obniżenie wieku emerytalnego jest najbardziej populistyczną decyzją, jaką można sobie wyobrazić. Czynniki, które powodowały obniżenie inwestycji prywatnych, zostały spotęgowane: przedsiębiorcy boją się zmienności prawa i dominacji aparatu państwa. Jeżdżę dużo po Polsce i słyszę od nich, że aparat skarbowy zachowuje się bardziej arbitralnie niż przedtem. Potrzebne są badania na ten temat. Powinny je zrobić na zasadzie wspólnego projektu organizacje reprezentujące przedsiębiorców. Ci, którzy zachwycają się poprawą ściągalności podatków, nie powinni lekceważyć skutków ubocznych. Dodam tylko, że 22 listopada przedstawimy następny raport pt. "Perspektywy dla Polski. Polska gospodarka w latach 2015-2017 na tle lat wcześniejszych i prognozy na przyszłość".
A może PiS ma takie poparcie, bo uruchomił programy, za które zapłacił pieniędzmi uzyskanymi z uszczelnienia systemu podatkowego?
W czasach boomu, który jest wzmocniony przez czynniki zewnętrzne, powinniśmy mieć nadwyżkę w finansach państwa, a mamy duży deficyt. Objawił się on w rekordowym przyroście długu publicznego w 2016 r. Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku będziemy jednym z unijnych liderów w dalszym zwiększaniu zadłużenia. Nie możemy brać za dobrą monetę propagandy wicepremiera Morawieckiego, w której on wyrywa z kontekstu chwilową nadwyżkę w wycinku finansów publicznych, czyli w budżecie państwa. W całym obszarze finansów publicznych będziemy mieli duży deficyt. To zresztą był najsłabszy element polityki gospodarczej PO, a PiS zamiast go naprawiać - dalej psuje. Na razie nie czujemy tego efektów, ale ten czas nadejdzie. Według danych Unii Europejskiej osiem krajów będzie miało nadwyżkę w finansach publicznych, włącznie z Grecją. My, mając ciągle niezłą koniunkturę, będziemy jednym spośród trzech państw z najwyższym deficytem. Co będzie, gdy koniunktura się skończy? PiS uprawia prostacką propagandę i przejada owoce dobrej koniunktury.
Uszczelnienie systemu podatkowego jest fikcją?
Czytałem lipcowy raport MFW na temat Polski. Stwierdzono w nim, że 50 proc. wpływów uzyskanych z rzekomego uszczelnienia to czynniki jednorazowe, w 25 proc. jest to efekt dobrej koniunktury i dopiero pozostałe 25 proc. to efekty działań władz, m.in. na skutek ustaw przyjętych przez poprzedników. Propaganda mówiąca o tym, że w każdym roku tracono po 50 mld zł, jest kierowana do naiwnych. Nigdy nie osiąga się stuprocentowej ściągalności.
Czym wytłumaczyć w takim razie wysokie poparcie dla rządzących?
Działa mechanizm dotyczący każdego kraju - duża część społeczeństwa ma przekonanie, że poprawa sytuacji gospodarczej jest wynikiem działań obecnej ekipy. Zbyt mała jego część zdaje sobie sprawę z zagrożeń, jakie narastają - nie tylko dla gospodarki, ale również dla ustrojowych przemian, które odróżniają III RP od PRL. W demokracji i państwie prawa rządząca partia polityczna odgrywa rolę przejściowego lokatora w państwie. W dyktaturze staje się jego właścicielem, przejmując jego aparat, by zastraszyć ludzi. Nie jesteśmy na etapie Łukaszenki czy Putina, ale nie możemy lekceważyć wczesnych etapów tej choroby. Nie wiem, jaki wpływ na poparcie dla PiS ma agresywna i kłamliwa propaganda pisowskich mediów na czele z telewizją publiczną. Nie wykluczam, że duży, choć z moich obserwacji wynika, że zbliżają się one do ujemnej produkcyjności krańcowej (śmiech), czyli zaczynają odpychać coraz więcej ludzi. Jest jeszcze jeden czynnik. Kiedyś wyjawili mi go Rosjanie, gdy pytałem o wysokie notowania Putina. Ze śmiechem wyjaśnili, że nikt z ankietowanych nie wierzy, iż odpowiedzi są anonimowe. Wszyscy zakładają, że odpowiednie służby wiedzą, co kto mówi, zatem ludzie asekuracyjnie deklarują poparcie dla Putina. Nie wykluczam, że w Polsce zaczynamy mieć podobny efekt, który nazywam "efektem Putina".
Ceny ropy spadają, a Putin wciąż jest w Rosji bardzo popularny.
To może być właśnie skutek "efektu Putina". W Polsce być może pod wpływem atmosfery wytworzonej przez pisowskie władze i przejęte instytucje państwowe część ludzi zakłada, że na wszelki wypadek warto deklarować poparcie dla rządu. Pamiętam czasy, w których w Polsce rekordy popularności bił Józef Zych z PSL, uważany wówczas wręcz za męża stanu. A z kretesem przegrał wybory w swoim okręgu. Pamiętam też, gdy Leszek Miller nie miał z kim przegrać. Nie mówię, że rządy PiS muszą się tak skończyć, ale warto o tym pamiętać. Demokratyczna opozycja winna lepiej koordynować swoje działania. Ale jej nie winię, że jeszcze nie odsunęła PiS od władzy. Ludzie, którzy tak robią, zwykle sami nie działają.
PiS reformami socjalnymi zyskał akceptację dużej części społeczeństwa. Może przy okazji zmusił do reakcji swoisty układ immunologiczny broniący przed utratą wolności obywatelskich?
O, czy to znaczy, że PiS już oddziałuje psychofizycznie na ludzi? Uważam, że krytykowanie obywateli za to, że dali się omamić, jest kontrproduktywne. Zamiast ich wyśmiewać, powinniśmy demaskować propagandę PiS i uświadamiać im, że za pisowskie rozdawnictwo prędzej czy później wszyscy zapłacą. To rozdawnictwo jest finansowane przez dług publiczny i wzrost podatków. Litwa i Czechy wypracowały w zeszłym roku nadwyżkę, a my mamy duży deficyt - i to przy dobrej koniunkturze. Ludzie są wrażliwi na informacje dotyczące narastającego długu publicznego, bo wówczas włącza się u nich prawidłowo działająca intuicja, że coś jest nie tak. Organizacje społeczeństwa obywatelskiego powinny zawiązywać sojusze tematyczne - w sprawie wolnych mediów, niezawisłych sądów i demokracji. Opozycja powinna pójść razem w imię obrony państwa prawa w Polsce, czyli pośrednio również demokracji. Dlaczego? Bo bez państwa prawa można oskarżyć i uwięzić każdego niewygodnego działacza opozycji.
Trzeba bronić demokracji przed demokratycznie wybraną władzą?
Łukaszenka i Putin też wygrali wolne wybory. Taka wygrana nie upoważnia do deptania konstytucji. PiS doszedł do władzy dzięki temu, że dwie partie o włos nie weszły do Sejmu, a sam zagrał bezwzględnie kwestią uchodźców i ukrywał np. to, że Macierewicz będzie szefem MON, a TK zostanie przekształcone w PiS TK. Oprócz tego Bronisław Komorowski nie musiał przegrać. Sprawność kampanii wyborczej odegrała tu decydującą rolę. Na tej fali do władzy doszła grupa ludzi, dla których model zachodniej demokracji jest obiektem ataku. Ich decyzje są atakiem na zachodnie wartości ustrojowe. Czy robią to owładnięci jakąś ideologią, czy też Kaczyńskiego i jego grupę interesuje tylko władza dla władzy i posad, tego nie wiem. Wiem natomiast, że obrany przez nich kierunek jest straszny. Wśród różnych niedoskonałych modeli nie ma lepszego niż ten, w którym władza jest ograniczana przez państwo prawa, w tym niezależny wymiar sprawiedliwości, prywatną własność, samorząd lokalny i demokratyczne wybory.
Dlaczego instytucje demokracji liberalnej nie są w stanie same się obronić?
Obrońcami dobrych instytucji są dobrze zorganizowani ludzie broniący dobrego prawa. Gdy jako obywatele nie obronimy np. niezawisłości sądów czy wolności mediów, to te zapisy będą martwe. Konstytucja USA obowiązuje od ponad 200 lat, a wiele państw Ameryki Łacińskiej w XIX w. przyjmowało podobnie brzmiące ustawy zasadnicze, których nie przestrzegano i często je zmieniano. Dlaczego? Inaczej zorganizowane jest społeczeństwo i inaczej rozłożone siły. Trzeba się dobrze organizować w obronie ustroju zachodniego typu i nie dać się zepchnąć na wschód. Cała reszta jest marnowaniem czasu.
Nad murami Dubrownika góruje zbrojownia, której mury zewnętrzne mają kilka metrów grubości, a te od strony miasta są cienkie. Budowniczy przezornie zabezpieczyli się na wypadek, gdyby ktoś z mieszkańców opanował zbrojownię i zwrócił się przeciwko miastu. Czy w naszym systemie politycznym nie zabrakło takich mechanizmów, dzięki którym demokracja mogłaby się bronić przed demokratycznie wybraną władzą?
Ostateczną obroną dobrych przepisów są dobrze zorganizowane grupy ich obrońców. Sądząc po sondażach, w Polsce wciąż są silne grupy ulegające propagandzie PiS lub będące beneficjentami pisowskiego rozdawnictwa. Analogie fizyczne czy biologiczne w odniesieniu do społeczeństwa zazwyczaj są mylne. Często słyszę, że "demokracja w Polsce jeszcze nie dojrzała". Ale sam upływ czasu niczego nie załatwi, to ludzkie działania się liczą. W życiu społecznym może się coś dobrze zacząć i potem rozpaść, bo zabraknie obrońców.
Ale PiS zmienił świadomość nie tylko wyborców, również polityków. Opozycja zaczęła się z nim licytować, kto da więcej. PO zapowiada 500 zł na pierwsze dziecko...
Jeśli zwycięża agresywny populista, to łagodniejsi populiści nigdy z nim nie wygrają. Najgorsze, co może się przydarzyć, to zakażenie populizmem innych partii - tak jak to się stało w Argentynie czy Grecji. Należy się np. przeciwstawić kłamliwej propagandzie przeciw prywatyzacji na podobieństwo tej, którą kiedyś prowadził Łukaszenka na Białorusi. Nawet przed PiS mieliśmy duży udział własności państwowej. Tutaj trzeba winić drugą kadencję PO, gdy prywatyzacji praktycznie nie było. PiS bezwzględnie wykorzystuje przedsiębiorstwa państwowe do przechwytywania następnych, zwłaszcza banków. Ich nacjonalizacja, w świetle doświadczeń międzynarodowych jest bardzo niebezpieczna, bo nie ma nic gorszego niż partyjny rozdział kredytów. W tej chwili ponad 40 proc. aktywów bankowych Polsce jest w bankach państwowych. W Europie przed nami są Białoruś, Rosja, Ukraina i Słowenia, która zapłaciła za kryzys w państwowych bankach spadkiem PKB o 15 proc. Gdy nadzór przestaje być niezależny lub jest zbyt słaby, pojawia się ryzyko kredytów na telefon.
Rządzący mówią o konieczności repolonizacji sektora bankowego, żeby decyzje kredytowe były podejmowane w Polsce.
Repolonizacja to slogan. Poważni ludzie nie dyskutują sloganami. Podobnie nie powtarzajmy ciągle pustych haseł o jakimś patriotyzmie gospodarczym, bo niedługo mycie zębów będzie przejawem patriotyzmu. To degradacja języka.
Zwolenników repolonizacji można znaleźć po obu stronach sceny politycznej. Należy do nich m.in. Jan Krzysztof Bielecki, szef rady ekonomicznej premiera Donalda Tuska.
Zwolennicy tej strategii są po tej samej stronie - ignoranckiego etatyzmu. Nieważne są obiegowe etykietki, liczy się stosunek do wolności i państwa prawa. Bielecki patronował etatystycznym krokom i założył pewne przyczółki dla repolonizacji.
Czy PO nie zapoczątkowała tego, co PiS z takim rozmachem rozwija? Przejęła połowę aktywów z otwartych funduszy emerytalnych i próbowała złamać konstytucję przy wyborze sędziów do Trybunału Konstytucyjnego.
Nie wystarczy powiedzieć, że wszyscy są chorzy. Odróżnijmy grypę od gruźlicy. Ale uderzenie w OFE było skandalicznym krokiem z punktu widzenia budowy zaufania społecznego. Co więcej, było też złą decyzją polityczną. Komu ta zmiana mogła się podobać? Wyborcom PiS. Nie bez kozery Kaczyński był w pierwszym szeregu atakujących OFE. Przejęcie części środków OFE było złe, ale za PO podjęto dwie reformy, których politycznym beneficjentem jest PiS. To ograniczenie przywilejów emerytalnych i podniesienie wieku emerytalnego. Za czasów Platformy nie było tak drastycznego ataku na państwo prawa, na sądy czy TK. Rządy PiS to wyraz pogardy wobec tego, co odróżnia demokracje zachodnie od Putina.
Czy wyobraża sobie pan, że wybory wygra ktoś, kto zapowie wydłużenie wieku emerytalnego i ograniczenie 500+?
Większość Polaków to nie beneficjenci pisowskiego socjału, ale ciężko pracujący ludzie - pracownicy i przedsiębiorcy, którzy płacą za ten socjał. Opozycja powinna więcej mówić, że PiS rozdaje pieniądze Polaków i żeruje na ich pracy. Czy większym politycznym ryzykiem jest bezwarunkowe popieranie PiS lub co gorsza obniżanie wieku emerytalnego, czy dystansowanie się i uświadamianie ludziom, że to oni za to płacą? Przyjmuje się, że we Francji panuje wielki etatyzm. A dlaczego Sarkozy wygrał wybory w 2007 r.? Bo zapowiedział korzystną zmianę dla ludzi pracujących. Macron też nie licytował się z Le Pen na populizm, lecz wyraźnie się mu przeciwstawił. W Polsce również można i trzeba tak zrobić. Powtarzam, nie każdy żyje z pisowskiego socjału, większość za niego płaci.
Kto ma powalczyć o zdrowy rozsądek?
Nie będziemy tu wybierać liderów. To naiwność, gdy media lansują określonych ludzi tylko dlatego, że są bardziej elokwentni. Lider nie musi być przystojny, ważne, aby był skuteczny. Musi umieć konsolidować partię, najlepiej poprzez perswazję. I mówię to jako były lider UW - partii złożonej z samych gwiazd. Uważam, że atakowanie opozycji tylko za to, że PiS jeszcze rządzi, jest kontrproduktywne. A wielu tak robi.
Nie znam ekonomisty, który powiedziałby, że obniżenie wieku emerytalnego jest dobre. Ale nie znam też żadnego polityka, który przyznałby, że jak wygra wybory, to podniesie wiek emerytalny. Czy nie bierzemy przypadkiem udziału w zbiorowej zabawie w ciuciubabkę?
Nie będę tłumaczył się za polityków. Wiem jednak, że można osiągnąć to samo różnymi metodami, np. wydłużając niezbędny staż pracy do emerytury.
W podobnej jak my sytuacji ostrego sporu politycznego jest teraz wiele innych państw - Węgry, Turcja czy USA. Czy to nie jest znak czasu?
Nie, to są różne przypadki. My wciąż nie jesteśmy jeszcze Rosją, Białorusią, Uzbekistanem czy Turkmenistanem. W Europie z nowym zjawiskiem mamy do czynienia na Węgrzech Orbana, który otwarcie atakuje fundamenty zachodniego ustroju politycznego. Orban tak wygrał wybory, że mógł zmienić konstytucję. U nas mamy zmianę ustroju przy gwałceniu konstytucji. Najważniejsza część konstytucji to wolności jednostek, które są pustym hasłem, jeśli władza polityków nie jest ograniczona. Śledzę przypadki złych transformacji, m.in. w Rosji, na Białorusi, w Wenezueli czy na Węgrzech. We wszystkich przypadkach grupa przejmująca władzę używa trzech narzędzi - rozdawnictwa pieniędzy i stanowisk, medialnego ogłupiania oraz zastraszania oponentów. Moim zdaniem PiS doszedł do maksimum w zakresie rozdawnictwa i medialnego ogłupiania ludzi. Co mu zatem zostało? Selektywne zastraszanie przy użyciu służb, dyspozycyjnych prokuratorów i funkcjonariuszy innych organów. Jeśli pozwolimy na zaawansowanie tego procesu, to więcej ludzi będzie się bać władzy. A ustrój oparty na strachu jest haniebny. Nie po to już raz z takiego wychodziliśmy, żeby teraz doń wracać. W związku z tym konieczna jest mobilizacja przeciwko nadużywaniu władzy. Każdy funkcjonariusz państwowy czy partyjny, który łamałby prawo i próbowałby zastraszać, musi zostać zapamiętany, nie może być anonimowy. Ponadto osoby, które miałyby być celem takich ataków, muszą być znane i chronione.
Do czego nas zaprowadzi zarządzanie państwem przez konflikt?
Atak na państwo prawa to nie jest zarządzanie przez konflikt. To coś znacznie gorszego. Donald Trump jest dla mnie odrażającym osobnikiem, ale musiał się podporządkować sądom, a członkowie jego sztabu wyborczego poddani są śledztwu przez Senat, FBI i specjalnego prokuratora. To pokazuje siłę państwa prawa w działaniu. Gdyby Trump frontalnie zaatakował sądy, straciłby władzę. Le Pen we Francji przy całym swym radykalizmie nie biła w niezależność sądów. Wilders w Holandii prowadził kampanię antyimigrancką, ale nie uderzał w podstawy państwa prawa. AfD zdobyła 13 proc. głosów w Niemczech - państwie, które przyjęło ponad milion uchodźców. W Polsce nie przyjęliśmy żadnego i ciągle wiele osób uważa, że uchodźca to terrorysta.
Kto wygra w Polsce wybory za dwa lata?
Każdy, kto się obawia złego scenariusza, niech wreszcie zacznie działać lub działa intensywniej. Im później zacznie, tym będzie trudniej.
Dokąd nas zaprowadzi polityka PiS wobec Unii Europejskiej?
Mam nadzieję, że rozwinie się w Polsce ruch pod nazwą "Polska w Europie". Nie wiem, czy Kaczyński ma jakiś tajny plan na wyprowadzenie Polski z UE. Ale chyba mało kto się spodziewał jego frontalnego ataku na państwo prawa w Polsce. Marginalizując wpływy Polski w UE, PiS będzie przegrywać ważne sprawy, takie np. jak kwestie pracowników delegowanych. Czego należy się spodziewać? Agresji całego aparatu pisowsko-propagandowego, która zostanie skierowana przeciwko Wspólnocie. Pod wpływem takiej propagandy część ludzi może zmienić nastawienie. Dlatego musimy obserwować sytuację. Francję stać na to, żeby nie być w Unii Europejskiej. My jesteśmy blisko Rosji i członkostwo w UE to dla naszego bezpieczeństwa fundamentalna kwestia.
Czy powinniśmy wejść do strefy euro?
To nie jest czynnik decydujący o stabilności i rozwoju naszej gospodarki. Zdecydowanie ważniejsze są rządy prawa, ochrona własności prywatnej i gospodarki rynkowej przed etatyzmem. Pamiętajmy, że można mieć dobrą gospodarkę przy rozmaitych reżimach monetarnych - proszę spojrzeć na Szwecję. Poza tym wpisywanie teraz euro na sztandary mogłoby przynieść negatywne skutki. Łatwo zdemonizować postulat przyjęcia euro, podając przykład kryzysu w Grecji. Ponadto przyjęcie wspólnej waluty jest w dostrzegalnej perspektywie nieosiągalne, bo konieczna jest zmiana konstytucji. Nie mówię, że euro jest złe, ale to dziś kwestia drugorzędna. Najważniejsza jest mobilizacja ludzi w obronie państwa prawa, demokracji i rynkowej gospodarki.
Współpraca Grzegorz Kowalczyk
*Paweł Jabłoński, redaktor Centrum Idei Gospodarczo-Ekonomicznych
@RY1@i02/2017/213/i02.2017.213.000001000.801.jpg@RY2@
fot. Wojtek Górski
Leszek Balcerowicz wicepremier i minister finansów w latach 1989-1991 oraz 1997-2000, prezes NBP w latach 2001-2007, przewodniczący rady fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu