Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Elektrykiem po prowincji

8 lipca 2024
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

P atrzę na sukces rządu w rozmowach z Komisją Europejską i zastanawiam się, co znaczy dla zwykłych Kowalskich. Oto nie będzie dodatkowych opłat za auta spalinowe (ludzie nie lubią podatków), będą za to dopłaty do elektryków (ludzie lubią dotacje). Nieoficjalne jeszcze kwoty są imponujące: kilkadziesiąt tysięcy dopłaty do aut wartych plus minus 200 tys. zł, a w przypadku używanych elektryków do 150 tys. Brzmi dobrze, prawda? Rząd chce przeznaczyć na program ponad 1 mld zł. To oznacza, że da się za to dofinansować jakieś 35 tys. samochodów pod warunkiem, że ktoś dołoży do nich ponad 100 tys. Kto tyle płaci za samochód? Bo przecież nie ci, którzy jeżdżą najstarszymi i najbardziej emisyjnymi modelami. Po Polsce jeździ dziś jakieś 20 mln samochodów biorąc pod uwagę wszystkie ich rodzaje; kolejnych 7 m ln to auta wprawdzie zarejestrowane, ale poza tym słuch po nich zaginął. 35 tys. elektryków z dopłatą (n awet jeśli tylko część tych liczb to auta prywatnych osób ) to więc nie tylko kropla w morzu potrzeb, lecz także pretekst, żeby postawić głośno pytanie – czy rzeczywiście ta potrzeba leży w autach, a nie w transporcie zbiorowym, i czy rząd promując elektryki, nie wylewa dziecka z kąpielą.

Średni wiek auta w Polsce to ponad 20 lat. Jeśli odliczyć 7 mln samochodów, po których nie ma śladu z dalszych kontroli, sprzedaży etc., to wciąż ponad 16 lat. To bardzo dużo. Zdaniem branży motoryzacyjnej (pisaliśmy o tym w czwartkowym wydaniu DGP) bez dopłat sprzedaż elektryków się nie upowszechni. Są też głosy, że oprócz dopłat potrzebne byłyby restrykcje podatkowe dla właścicieli najstarszych samochodów, żeby wymusić zmianę nawet nie na nowe, ale po prostu nowsze.

Rozumiem tę perspektywę – w transformacji transportu nie chodzi tylko o klimat, lecz także o biznes. Można sobie wyobrazić, co by się stało z francuskim czy niemieckim przemysłem motoryzacyjnym, gdybyśmy nagle doszli do wniosku, że w interesie klimatu (a więc co by nie mówić, nas wszystkich) sensowniejsze jest łożenie na gęsty, sprawny i terminowy transport zbiorowy. Albo inaczej: co by się stało z dilerami różnych marek i ich pracownikami, a często są to również silne firmy rodzinne, na których – jako państwu – powinno nam zależeć? Ale jednocześnie wybaczcie: perspektywę mam własną.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.