W PAP jest dramatycznie źle
Surmacz: Dziennikarz agencji zarabia mniej niż kasjerka Biedronki
@RY1@i02/2018/043/i02.2018.043.00000070a.801.jpg@RY2@
fot. Wojtek Górski
Wojciech Surmacz, prezes Polskiej Agencji Prasowej
Prezesurę w PAP zaczął pan od urlopu?
Nie. Pracowałem tydzień, później pojechałem na tydzień ferii z rodziną, zaplanowanych rok wcześniej i opłaconych. Uprzedzałem o tym fakcie podczas konkursu w Radzie Mediów Narodowych.
To nie był konkurs. Raczej wolnoamerykanka.
Raczej konkurs. Kandydatów zgłaszali członkowie Rady Mediów Narodowych. A co do PAP, to nie zdążyłem się jeszcze spotkać ze wszystkimi. Ale drzwi są otwarte, każdy może do mnie przyjść i porozmawiać. Ja słucham ludzi.
I co?
W PAP jest dramatycznie źle. Agencja jest od lat zaniedbana. Poważne inwestycje zatrzymały się w roku 2007, i to pod każdym względem. Od innych mediów w Polsce dzieli nas przepaść, nie wspominając o takich agencjach jak Reuters. Drugi problem to kadry. Przez pierwszy miesiąc miałem na biurku co najmniej jedno wypowiedzenie dziennie. Nie tylko z redakcji.
Te wypowiedzenia mają wspólny mianownik?
Warunki finansowe, które są dramatyczne. Rozmawiałem niedawno z przedstawicielami Biedronki. Na wstępie spytali, dlaczego PAP niechętnie podchodzi do informacji z Jeronimo Martins, szczególnie tych o podnoszeniu płac pracownikom.
Zawiść?
Niestety, szeregowy dziennikarz PAP zarabia mniej niż kasjerka Biedronki. Z całym szacunkiem dla tych pań, bo bardzo ciężko pracują.
Ale doświadczeni dziennikarze mają u was większe pensje i też odchodzą.
Większe, ale niewiele. PAP po 1989 r. wielokrotnie miał być sprywatyzowany, i to pewnie jedna z przyczyn niedoinwestowania. Ale sprzedaż agencji byłaby zaprzeczeniem podstaw jej funkcjonowania. Każde normalne państwo traktuje agencję informacyjną jako narzędzie polityki informacyjnej.
Nasze też.
Właśnie nie, stąd problemy z niedoinwestowaniem. Ale będę pracował, żeby to się zmieniło.
To znaczy?
PAP jako medium narodowe musi mieć zagwarantowany priorytet w dostępie do informacji z instytucji państwowych i spółek Skarbu Państwa. To by nam dało przewagę nad innymi mediami.
Najciekawsze informacje to te, którymi ani rząd, ani spółki nie chcą się dzielić.
Pewnie, ale nawet tego, czym się dzielą, często dowiadujemy się z innych mediów. Bo każde trzeba nakarmić, podrzucić newsa dla budowania relacji. A PAP może się dowiedzieć na końcu, bo i tak musi opublikować.
Rząd może niekoniecznie was rozpieszcza, ale ma swoje oczekiwania. Gdzie pan widzi granicę tych oczekiwań?
Wyznacza ją dziennikarska rzetelność i wiarygodność. Państwo nie może od nas wymagać podawania informacji nieprawdziwych, politycznie zabarwionych - i nie wymaga. Myślę, że dzieje się tak dzięki profesjonalnej postawie moich kolegów z redakcji.
Jesienią PAP musiał pożyczyć 2 mln zł na pensje i ZUS, bo dotacja przyszła dopiero pod koniec roku. To znaczy, że agencja jest uzależniona od pieniędzy z budżetu, nie poradzi sobie bez nich?
Tak. Ale też nie wyobrażam sobie funkcjonowania agencji bez środków publicznych. PAP to medium narodowe. Spójrzmy, jakie pieniądze dostają TVP i Polskie Radio.
PAP jest w tym towarzystwie bardzo ubogim krewnym.
Najuboższym. Chciałbym dostać choć 10 proc. tego co Polskie Radio. A z 10 proc. tego, co dostaje telewizja, zrobilibyśmy najlepszą agencję informacyjną w tej części Europy.
Nie macie działu reklamy natywnej.
Nasz serwis informacyjny to miejsce święte i nie wyobrażam sobie w nim współpracy z partnerem komercyjnym, tak jak to jest w mediach komercyjnych. Nie możemy się też bawić w kontent marketing, bo to by źle wpłynęło na wiarygodność, która jest naszą największą wartością. Choć ta sama wiarygodność w sensie newsowym nas zabija, bo musimy każdą informację dokładnie sprawdzić.
A czas mija, wszyscy już dali...
...i jest w mediach społecznościowych. Można z tego coś uszyć i puścić. Na przykład dać wiadomość, że papież Benedykt XVI nie żyje, i po dwóch minutach ją zdjąć - jest ruch na stronie, są kliki. W tym wyścigu nie mamy szans. Ale też nie chcemy się tak ścigać.
Przejrzał pan już sieć korespondentów w regionach?
Częściowo.
W Kaliszu?
Nie wiem, kto tam jest.
Ewa Bąkowska, od 2016 r. Zanim przyszła do PAP, udając psychologa, wydobyła zwierzenia od nauczycielki, która zaszła w ciążę z uczniem, i opublikowała to bez jej wiedzy.
No i?
No i zastanawiam się, czy na tym chce pan budować wiarygodność agencji.
Na razie przyglądam się oddziałom regionalnym, o których słyszę, że dzieje się tam coś nie tak. Nie słyszałem, by w Kaliszu coś szwankowało. Ale sprawdzę to.
Rozmawiała Elżbieta Rutkowska
Cały wywiad na
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu