Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Wiceministerialny miks może zaszkodzić

21 marca 2024
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

G dyby zapowiedzi Koalicji Obywatelskiej z kampanii wyborczej zostały zrealizowane, mielibyśmy rząd niewielki, fachowy i tańszy w utrzymaniu niż gabinet Mateusza Morawieckiego. Ponieważ jednak obietnice sobie, a powyborcza rzeczywistość sobie, trzeci rząd Donalda Tuska dorównuje objętością pisowskiemu. A przy tym ma wadę konstrukcyjną, która potencjalnie może ograniczyć jego skuteczność.

Wada pojawiła się tuż po wyborach i była efektem koalicyjnych negocjacji. Przedstawiciele dziewięciu partii tworzących nową większość (byłoby 10, ale Lewica Razem zdecydowała się nie wchodzić do rządu, a tylko udzielić mu poparcia) umówili się na parytety w ministerstwach. Każdy komitet wyborczy zyskał prawo wskazania wiceszefów do wszystkich resortów. Miało to zagwarantować, że partie trzymają rękę na pulsie w kluczowych sprawach. Rozwiązanie miało jednak wysoką cenę. W czasie burzliwego okresu formowania się rządu jedna z osób, którą przymierzano do posady wiceministra, powiedziała mi, że jej głównym atutem ma być lojalność wobec szefa. Zdaniem tej osoby tylko gra do jednej bramki i zaufanie mogły zapewnić powodzenie reformom, jakie czekały ministerstwo. Mimo eksperckich kwalifikacji i osobistej prośby ministra, jej CV trafiło do kosza. Powietrze w resorcie zabrali wiceministrowie z partyjnego klucza.

Pierwszy efekt parytetów był taki, że części ministrów zablokowano swobodę kształtowania swojego najbliższego otoczenia. Szefom resortów udało się przeforsować zwykle tylko po jednej zaufanej osobie. I tak np. Krzysztof Gawkowski ma w Ministerstwie Cyfryzacji Dariusza Standerskiego. Władysław Kosiniak-Kamysz w MON – Pawła Bejdę, a Izabela Leszczyna w resorcie zdrowia – Katarzynę Kacperczyk. Zastępcy z innych ugrupowań de facto nie są podwładnymi ministra, zobowiązanymi do lojalności wobec niego. Więcej – ich faktyczny szef jest tam, gdzie siedziba ich partii. Jak słyszymy w jednym z resortów, kiedy dochodzi do konfliktu między dwiema osobami z kierownictwa, ta, która należy do KO, potrafi zagrać kartę: „OK, to ja zadzwonię do Donka”. Przedstawiciele Lewicy i KO w tym resorcie niemal nie rozmawiają ze sobą bezpośrednio. Sprawy załatwiają pracownicy biur.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.