O wyższości wiejskiego sprytu nad nadętą pozą odpornych na wiedzę
P rzegrana Koalicji Obywatelskiej, mimo że nie powinna była być dla nikogo zaskoczeniem, okazała się szokiem dla liberalnych elit. Ów szok spowodował, że o ile przez pierwsze dwie, trzy doby w środowiskach antypisowskich panowała refleksja na temat przyczyn porażki, to już bliżej końca zeszłego tygodnia powróciła tradycyjna narracja o plebsie, który dał się – ponownie – kupić za 500+.
Świat śmieciówek, młodych kobiet, które w chwili zajścia w ciążę tracą natychmiast pracę, życia za kwotę pozwalającą w Warszawie zjeść kilka lepszych kolacji, wymierającej prowincji, wsi, w których zostali już tylko ludzie starzy, i miasteczek, w których tablice ogłoszeniowe pod kościołami oklejone są głównie ogłoszeniami „przewozy osobowe – Niemcy, Belgia, Wielka Brytania”, był nie wiedzieć czemu tak odległy, że samo jego istnienie jest zaskoczeniem dla wielkomiejskich elit.
Wbrew pozorom nie jest to jednak w polskiej polityce nic nowego. Wszystko, z czym zderzamy się w polityce krajowej od 3 lat, już od 30 lat jest jedną z podstawowych przyczyn naszych porażek w polityce zagranicznej na kierunku wschodnim. Najlepszym zaś tego przykładem jest Białoruś, gdzie naszym przekleństwem stało się to, iż Alaksandr Łukaszenka nie był przed wejściem do polityki lekarzem, prawnikiem, inżynierem albo fizykiem jądrowym, ale niestety dyrektorem sowchozu. Czyli mówiąc inaczej „wieśniakiem”. Dla znacznej części polskich polityków, dyplomatów i środowiska eksperckiego czymś niepojętym było, że taki oto (dodajmy: niemający wielkomiejskiego sznytu) „wieśniak” ma szanse w starciu z taką (głównie – dodajmy – moralną) potęgą jak Polska. I nic to, że opozycja miała naszego nadęcia dość, we władzach nikogo nie znaliśmy (więc nawet gdybyśmy chcieli obalić Łukaszenkę, to i tak nie mielibyśmy jak tego zrobić), gospodarczo byliśmy bez znaczenia, a i w Brukseli nadmiernie wiele nie mieliśmy, ani za PO, ani tym bardziej obecnie do powiedzenia (co nie przeszkadza nam nazywać się czołowymi w UE ekspertami od Wschodu). Przede wszystkim jednak nie byliśmy w stanie pojąć tego, że Białorusini naprawdę cenili sobie skromny, ale jednak realnie istniejący model państwa opiekuńczego stworzony przez ich prezydenta.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.