Rząd wsłuchuje się w oczekiwania klientów, nie kierowców
Jakub Kralka: Stworzenie przepisów zakazujących działalności Uberowi lub przynajmniej utrudniających mu życie jest możliwe i stosowane w Unii Europejskiej. Taksówkarze nie należą jednak do zawodów lubianych.
fot. Materiały prasowe
Jakub Kralka redaktor naczelny Bezprawnik.pl, prawnik specjalizujący się w prawie mediów i technologii
Taksówkarze twierdzą, że proponowane nowe przepisy w ustawie o transporcie drogowym doprowadzą do unicestwienia polskiego taksówkarstwa. Przesada?
Faktem jest, że swoim nagłym pojawieniem się w naszym kraju Uber postawił polskiego taksówkarza w bardzo trudnej sytuacji. Oto bowiem okazało się nagle, że amatorzy są w stanie wykonywać usługę przewozu osób na tym samym poziomie jakościowym co licencjonowani profesjonaliści. Dodatkowo ta usługa została okraszona bardzo przystępną warstwą techniczną, zaangażowanym biurem obsługi klienta (w odróżnieniu od tradycyjnych taksówkowych dyspozytorni) czy – nie oszukujmy się – atrakcyjnymi cenami (które w opinii niektórych ocierały się nawet o dumping cenowy).
Dyskusja na ten temat, pewnie zresztą słusznie, całkowicie pomijana jest w publicznej debacie od dawna. Natomiast nawet odrzucając czysto ustawowe kryteria dumpingu, warto mieć świadomość tego, że mamy do czynienia z zaskakującą sytuacją: przynosząca wiecznie straty amerykańska spółka za pieniądze amerykańskich inwestorów wcielających w życie swój amerykański sen o diamentowych jednorożcach nagle zaczyna rozdawać darmowe przejazdy i proponować usługę o blisko połowę tańszą od tradycyjnych taksówek. Rozumiem zatem rozgoryczenie taksówkarzy: nikt z nas nie życzyłby sobie podobnej sytuacji w swoim zawodzie. Zwłaszcza że faktycznie wejście Ubera na poszczególne rynki na ogół odbywało się w sposób budzący wątpliwości natury – nie tylko organizacyjnej, lecz także prawnej i podatkowej. Dlatego po kilku latach prac i konsultacji społecznych pod branżową presją narodził się lex Uber. Tylko że nowe postulowane prawo też nie podoba się taksówkarzom.
Dlaczego tak się dzieje?
Wydaje mi się, że lex Uber w obecnej formie nie jest akceptowany przez taksówkarzy, ponieważ w dużej mierze po prostu legitymizuje on uberowską wizję przewozu osób, podczas gdy taksówkarze właśnie zaczynają sobie uświadamiać, że postulowana przez nich od lat regulacja i ujednolicenie zasad gry wcale nie muszą oznaczać dla nich prawnej ochrony ze strony państwa. Kiedy już stosowne przepisy pojawiły się na stole, szybko stało się jasne, również dla samych taksówkarzy, oni nie chcieli kas fiskalnych także dla Ubera, tylko tak naprawdę chcieli końca Ubera. I jak już wspomniałem, ich argumenty nie są zupełnie nieracjonalne, ponieważ amerykański przewoźnik to przede wszystkim gigantyczna przewaga ekonomiczna.
Czyli po wejściu w życie nowych przepisów Uber zacznie niepodzielnie rządzić?
Niekoniecznie. Uber też ma problem. W moim kręgu towarzyskim ludzie odwracają się od Ubera, ponieważ cięcie kosztów ostatecznie doprowadziło do punktu, w którym jakość usługi nie jest satysfakcjonująca: kierowcy nie znają miasta, nie znają języka, zaczynają oszukiwać, wykorzystując niedoskonałości aplikacji. Doszliśmy więc do etapu, w którym społeczeństwo nie przepada zarówno za taksówkarzami, mając w zanadrzu wiele uzasadnionych argumentów anegdotycznych, ani nie przepada za kierowcami Ubera.
Czynnik ludzki to zresztą niedoskonałość, której twórcy wszystkich aplikacji do przewozu osób są świadomi. Tylko niedostateczny postęp technologiczny sprawia, że z wypiekami na twarzy w ogóle możemy śledzić wojny kierowców taksówek z kierowcami Ubera. Dni jednych i drugich są jednak policzone, a za kilka lat popularne aplikacje będą narzędziami do zamawiania przede wszystkim autonomicznych samochodów i taksówek. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie dzisiejsza tytaniczna praca tysięcy zaangażowanych kierowców po obu stronach barykady, którzy budują bazę klientów.
Wydaje mi się, że scenariusz autonomicznych taksówek to nadal science fiction.
Świat tak bardzo przyspieszył, że tylko przez kilka ostatnich miesięcy dokonało się więcej przełomów technologicznych niż przez całe wieki w przeszłości. To nie jest tak, że rynek pracy nie poddaje się tej dynamice. Wiele osób musi pogodzić się z tym, że taksówkarz to nie jest zawód dany raz na całe życie.
Jak zachowa się rząd w sytuacji, w której każda grupa interesu oczekuje czegoś innego?
Rząd Prawa i Sprawiedliwości przyzwyczaił nas do dość instrumentalnego traktowania prawa. Nie aspiruje do tworzenia przepisów obiektywnie słusznych, a raczej zaspokajających pewną wizję świata lub realizujących partyjne interesy. Z jednej więc strony stworzenie przepisów zakazujących Ubera lub przynajmniej utrudniających mu życie (co jest przecież możliwe i stosowane w Unii Europejskiej) chroniłoby polskich kierowców taksówek, którzy działają jako przedsiębiorcy. Tylko że polskie rządy generalnie nie mają w zwyczaju stawiać dobra polskiego przedsiębiorcy za punkt wyjścia. I tu właśnie pojawia się ta druga strona: mówimy o przedsiębiorcach naprawdę nielubianych. Kierowcy taksówek w ostatnich tygodniach najpierw znów dali się we znaki niewinnym warszawiakom swym złośliwym strajkiem, potem znowu miały miejsce w zasadzie barbarzyńskie napaści na kierowców Ubera. A wszystko to pozwala podejrzewać, że jest więcej niż ziarno prawdy we wspomnianych anegdotycznych historiach o taksówkarzach wykorzystujących – nazwijmy to eufemistycznie – mniej trzeźwych czy zorientowanych w topografii miasta pasażerów. Ludzie pomimo obniżającej się jakości świadczonych usług są za Uberem, czyli za jak najniższymi cenami przewozu, a mamy przecież rok wyborczy. Wreszcie nie można wykluczyć, że do rządzących dotarły jakieś sygnały z amerykańskiej ambasady, która przecież odgrywa w naszym obecnym rządzie rolę niemalże współdecyzyjną. ©℗
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu