W każdym środowisku są czarne owce, ale...
Jacek Łukaszewicz: Nie wszystko robi się dla pieniędzy. Zdajemy sobie sprawę z tego, co to jest cierpienie zwierząt, co to znaczy wypuścić złą żywność do konsumpcji. Wierzmy trochę ludziom. To są lekarze weterynarii
Minister rolnictwa kilka dni temu zapowiedział, że wycofuje się z powołania jednej wielkiej inspekcji bezpieczeństwa żywności. Czy to dobrze?
System nadzoru nad bezpieczeństwa żywności, który działa w Polsce jest naszym zdaniem skonstruowany poprawnie. Jest też zgodny z prawem międzynarodowym. Jesteśmy przeciwni łączeniu inspekcji w sposób, jaki zakłada rządowy projekt. W tym projekcie nie tylko lekarze weterynarii mieliby prawo być organami inspekcji, ale i osoby wykonujące inne zawody. To nie tylko osłabiłoby nadzór, byłoby też niezgodne z prawem międzynarodowym. Porozumienia SPS (porozumienia w sprawie stosowania środków sanitarnych i fitosanitarnych), które Polska ratyfikowała wyraźnie mówi, że to lekarze weterynarii są jedynymi osobami mogącymi pełnić funkcje organu takich inspekcji i jedynymi, którzy mogą badać żywność pochodzenia zwierzęcego. Gdyby do takich zmian doszło, szybko by się okazało, że załamałby się nasz eksport produktów pochodzenia zwierzęcego do krajów trzecich oraz handel wewnątrzunijny. Dlatego uważamy, że dobrze, iż minister rolnictwa mówi o wycofaniu tego projektu. Korzysta przy tym zresztą z podnoszonych przez nas argumentów, że dopóki trwa walka z afrykańskim pomorem świń, dopóty nie należy przeprowadzać tak rewolucyjnych zmian, a skoncentrować się na tym, by zahamować epidemię.
Co więc należałoby w tej chwili zrobić? Jakie zmiany wprowadzić?
System wymaga przede wszystkim pionizacji inspekcji weterynaryjnej, czyli odzespolenia na poziomie wojewódzkim. Zarówno lekarze wojewódzcy, jak i powiatowi powinni podlegać głównemu lekarzowi weterynarii. Zespolenie na poziomie województw sprawia też problemy w szybkim zwalczaniu chorób zakaźnych, epidemii, gdyż środki finansowe wraz z zadaniami powinny być przekazywane wprost. Choroby zakaźne nie znają granic administracyjnych. Od 2013 r. mówimy też, że kolejni ministrowie, którzy reprezentowali swoich wyborców, czyli rolników, systematycznie osłabiali możliwości kontrolne Inspekcji Weterynaryjnej przez pozbawianie jej narzędzi prawnych. Klasycznym tego przykładem jest wycofanie w tamtym czasie świadectw zdrowia zwierząt przemieszczanych do rzeźni. Gdyby te świadectwa dziś funkcjonowały, to bydło, które było pokazane w reportażu, nie trafiłoby do rzeźni. Nie otrzymałoby świadectwa w gospodarstwie, w którym było przetrzymywane.
Czy lekarze weterynarii kontrolujący ubojnie czy zakłady mięsne nie powinni być pracownikami inspekcji? Sam minister rolnictwa twierdzi, że lekarze czasami bardziej pilnują interesu właściciela zakładu niż bezpieczeństwa żywności.
To nieprawda, że nadzór i badanie mięsa wykonują lekarze weterynarii w ramach prywatnej praktyki. Urzędowi lekarze weterynarii są wyznaczeni przez powiatowego lekarza weterynarii i wykonują czynności w imieniu i na rzecz powiatowego lekarza weterynarii. Nie jest też prawdą, że rzeźnie płacą za nadzór i badanie mięsa urzędowym, wyznaczonym lekarzom weterynarii. Wynagrodzenie pokrywa budżet państwa, a jego wysokość określa rozporządzenie ministra rolnictwa. I nie jest ono w żaden sposób zależne od właściciela ubojni. Zwracam też uwagę, że wyznaczeni lekarze są w świetle prawa funkcjonariuszami publicznymi i podlegają stosownej ochronie prawnej. Wykonują czynności w imieniu i na rzecz powiatowego lekarza weterynarii.
Rolnicy odczuwają to jednak inaczej…
Z informacji, które do mnie docierają, wynika, że ministerstwo chciałoby iść w kierunku etatyzacji. To znaczy, że czynności mieliby wykonywać etatowi pracownicy inspekcji. I że lekarzy zastąpi się, przynajmniej częściowo, personelem pomocniczym o trudnych do zdefiniowania kwalifikacjach. Tymczasem nawet lekarze weterynarii, by badać mięso, muszą przejść dodatkowy kurs. Przestrzegamy przed tym z dwóch powodów: niezgodności z prawem unijnym i porozumieniem SPS oraz w trosce o bezpieczeństwo zdrowia publicznego. Obawiamy się też, że projekt, który jest szykowany w tajemnicy, nie trafi nawet do konsultacji. Martwi też, że sytuacja, w której zawinili hodowcy czy właściciele ubojni, służy do dalszego rozszczelniania nadzoru weterynaryjnego. A wracając do kwestii etatyzacji, zwracam uwagę na koszty. Wtedy potrzeba będzie dwóch lekarzy zatrudnionych na etacie zamiast jednego, bo w grę wchodzić będzie kodeks pracy – ośmiogodzinna dniówka, urlopy itp. I może zabraknąć lekarzy weterynarii do innych bardzo istotnych badań zwierząt, np. w kierunku gruźlicy.
Inspektorzy już dziś narzekają na niskie wynagrodzenia…
Inspekcję należy wzmocnić zarówno pod kątem ilościowym, jak i finansowym. Lekarz weterynarii po studiach w powiatowym inspektoracie weterynarii zarabia 2,5–3 tys. zł brutto. W związku z tym trudno się dziwić, że odchodzą i jest mnóstwo wakatów. Nabory, jak wymagają tego przepisy o służbie cywilnej, muszą odbywać się w procedurze konkursowej. Tymczasem w 50 proc. wakatów w ogóle nikt o takie miejsce nie aplikuje, a obsadzane jest jedynie 30 proc. stanowisk. Na dodatek lekarze po krótkim stażu odchodzą, widząc, jakie są wymagania, odpowiedzialność, ilość pracy. No i że nie ma możliwości awansu finansowego. Dlatego nierzadko w powiecie jest tylko jeden lekarz weterynarii, tak jak właśnie w Ostrowi Mazowieckiej, czyli na terenie powiatu, w którym doszło do niedozwolonego uboju. Trudno wymagać, by ten nadzór był wtedy pełny. Podwyżki powinny objąć ok. 2,5 tys. osób, bo tylu lekarzy weterynarii pracuje w inspekcji. Urealnienia wymaga też rozporządzenie w sprawie warunków i wysokości wynagrodzenia. Stawki tam podane w niektórych przypadkach, zwłaszcza gdy wizyta dotyczy małego gospodarstwa, ledwo pokrywają koszty np. kombinezonu bioasekuracyjnego, a nie wynagrodzenia za wykonaną usługę. Trudno się dziwić, że brakuje chętnych.
Ale jeśli mówimy o lekarzach w dużych zakładach, to pojawiają się kwoty 20, nawet 40 tys. zł.
Wielokrotnie pytałem w Głównym Inspektoracie Weterynarii, gdzie się tyle zarabia. Sam chętnie bym tam poszedłbym pracować. Ale nie znaleźliśmy takich przypadków. Jeżeli nawet zdarzają się, bo tego nie wykluczam, przypadki zarobków rzędu 20 tys. zł, to należy przyjrzeć się sposobowi wyznaczania przez konkretnego powiatowego lekarza weterynarii osoby do tych zadań. Zamiast wyznaczyć trzech, pięciu lekarzy, wskazał jednego. Z tego co wiem, w dużych rzeźniach trzody chlewnej takie zarobki kształtują się w granicach 10–12 tys. zł. Ale to są wynagrodzenia na samozatrudnieniu. Lekarz nie ma urlopu, sam opłaca ZUS, pracuje zdecydowanie więcej niż osiem godzin dziennie i wynajmuje mieszkanie. I są to moim zdanie wynagrodzenia adekwatne do wykonywanej pracy i kwalifikacji.
Czy gdyby inspektorów było więcej, to udałoby się taki proceder, jak pokazany w reportażu TVN, wykryć?
Też nie jest to pewne. Całym tym przypadkiem, który jest przestępstwem, powinny zająć się organa ścigania. Mamy bowiem rolnika, który sprzedał bydło niebędące w stanie chodzić. Przewoźnika, który transportował zwierzęta. Także rzeźnika, który przyjął je pod osłoną nocy. Rzeźnia o uboju ma obowiązek powiadomić weterynarza 24 godziny wcześniej. Tego powiadomienia nie było, lekarza więc tam też nie było.
Ale ktoś dopuścił to mięso do obrotu…
Wymaga wyjaśnienia postępowanie lekarza weterynarii. Rzecznik dyscyplinarny naszej izby już je wszczął. Liczymy tu na pełną współpracę z organami prokuratury i możliwość zapoznania się z ich ustaleniami. Mamy nadzieję, że kary spotkają wszystkie osoby zaangażowane w ten proceder: rolników, pośredników, pracowników i właściciela ubojni.
Jak powinien zachować się rolnik, który ma chore zwierzę?
Prawo międzynarodowe i nasza wiedza lekarska mówią jednoznacznie: jeżeli nie było przeprowadzone badanie przedubojowe, to żeby nie wiem, jak pięknie mięso wyglądało, jest potencjalnym zagrożeniem dla zdrowia i idzie do utylizacji. Nie wszystkie badania można bowiem przeprowadzić po uboju. Zagrożenia są za duże na ryzyko. Natomiast jeżeli zwierzę ma tylko złamaną nogę, wyjście jest. Ale w żadnym wypadku nie może być transportowane i cierpieć. Przed ubojem musi zostać zbadane przez lekarza weterynarii. Następnie rolnik powinien wezwać ubojowca, który dokona uboju na miejscu w sposób humanitarny, i ta tusza w krótkim czasie powinna zostać dostarczona do zakładu mięsnego. W rzeźni dokonuje się rozbioru i badania poubojowego.
Rolnicy uważają, że lekarze weterynarii przymykają oko na różne nieprawidłowości. A może wystarczy wprowadzić rotacyjny system pracy?
Nie widzę na to logicznego uzasadnienia. Taka rotacja osłabiłaby skuteczność nadzoru. Tylko że lekarz, po tym jak już dobrze pozna jedną rzeźnię i jeden gatunek zwierząt, pójdzie po trzech miesiącach do innego obiektu i znów będzie się musiał uczyć. A każdy gatunek zwierząt ma swoją specyfikę. Musi się też nauczyć danego zakładu, bo w każdym zakładzie są specyficzne miejsca, w których zagrożenia są większe. Jeżeli zna zakład, to wie na co uważać. Wierzmy trochę ludziom. To są lekarze weterynarii. Wiem, nie ma środowiska, w którym nie ma czarnych owiec. Ale w naszym zawodzie dość wysoko postawiona jest świadomość tego, co robimy. Nie wszystko robi się dla pieniędzy. Zdajemy sobie sprawę z tego, co to jest cierpienie zwierząt, co to znaczy wypuścić złą żywność do konsumpcji. Jesteśmy też zawodem zaufania publicznego, mamy samorząd i rzecznika odpowiedzialności zawodowej oraz sąd lekarsko-weterynaryjny. Kary mogą być dotkliwe. Największymi są zawieszenie w wykonywaniu zawodu albo pozbawienie prawa jego wykonywania.©℗
fot. Bogdan Sladowski/materiały prasowe
Jacek Łukaszewicz prezes Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu