Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Szkoła na miarę Harvardu? Marzenia

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

@RY1@i02/2009/192/i02.2009.192.000.014b.101.jpg@RY2@

Michał Kleiber

Michał Rozbicki

W ciągu ostatnich dwudziestu lat udało nam się zwiększyć liczbę studentów i uczelni, ale niestety odbyło się to kosztem jakości kształcenia.

Niewiele jest pytań, na które wstydzę się odpowiadać moim zagranicznym kolegom. Jednym z nich jest pytanie o liczbę uczelni wyższych w Polsce. Dla porównania, w trzech różnych krajach, które odwiedziłem ostatnio (Finlandia, Arabia Saudyjska, Niemcy) w przeliczeniu na liczbę ludności uczelni jest przeszło czterokrotnie mniej - w Polsce jest ich ponad 450, podczas gdy np. w Niemczech, kraju przeszło dwukrotnie liczebniejszym, około 200. Mamy więc pierwsze zadanie w postaci konsolidacji uczelni - najlepiej wokół najlepszych.

Na razie na polskich uczelniach dominuje przeciętność. Nie wypracowaliśmy dobrego sposobu wyłuskiwania najzdolniejszych studentów. Pracowałem na wydziale nauk ścisłych jednego z najlepszych amerykańskich uniwersytetów. Wykładało tam wtedy 16 noblistów. Miałem wielu miernych studentów, ale byli też studenci wspaniali. I im właśnie stwarzano niebywałe wręcz możliwości rozwoju. Mówiąc krótko, powinniśmy w końcu uznać, że nie wszyscy mają ambicje bądź są w stanie studiować na najwyższym poziomie. Ale dla najlepszych powinien istnieć system premiujący wybitne zdolności i pracowitość.

Obecnie w Polsce niemal wszystkie uczelnie aspirują do miana uczelni badawczych, a ich wydziały starają się o publiczne środki na badania naukowe, podczas gdy w USA istnieje nie więcej niż 150 uczelni aspirujących do miana badawczych. Reszta uczy solidnie zawodu. Stoimy więc przed drugim wyzwaniem - różnicowania szkół na te, które kształcić powinny elity intelektualne kraju i te, których misją powinno być solidne przygotowywanie do zawodu.

Następny problem to zarządzanie uczelniami. Jestem zwolennikiem rozwiązania, w którym najwyższe władze uczelni pochodzą z otwartych konkursów, prowadzonych przez ciała typu rady powierniczej. Radę taką tworzyliby najwybitniejsi uczeni, przedstawiciele władz samorządowych, przedsiębiorców czy banków. Na świecie taki system to standard.

Dbając o wzrost liczby studentów, nie zadbaliśmy o wzrost kadry, która powiększyła się w tym okresie tylko o 30 proc. Dlaczego tak się stało? Nie zadbaliśmy o atrakcyjność kariery naukowej, wielu najzdolniejszych uczonych wyjechało z kraju. W konsekwencji, a także ze względu na niskie uposażenia, profesorowie muszą uczyć w kilku miejscach jednocześnie, często zaniedbując prowadzenie badań i współpracę ze studentami. Wpadliśmy w czarną dziurę, z której szybko nie da się wyjść. Ale powinniśmy postawić sobie za cel, by za 6 - 10 lat każdy uczony związany był tylko z jednym miejscem pracy. To szczególnie ważne w przypadku nauk ścisłych i nauk o życiu. Bo dziś uczony, który przez wiele lat nie prowadzi badań, powinien mieć wręcz zakaz prowadzenia zajęć. Tymczasem w Polsce liczba profesorów aktywnie prowadzących nowoczesne badania jest niska w stosunku do liczebności całej profesury.

Co więc należałoby zmienić w szkolnictwie wyższym w pierwszej kolejności? Zachować daleko idącą autonomię uczelni - ale w połączeniu ze zwiększoną odpowiedzialnością za wyniki. Musimy wprowadzić rzetelny system oceniania uczelni zarówno pod kątem ich osiągnięć dydaktycznych, jak i naukowych - i wedle takiej oceny przekazywać im środki publiczne. Pora więc zerwać z przestarzałym podziałem na uczelnie państwowe i niepubliczne. Jedyny sensowny podział powinien być na uczelnie dobre i złe. Jestem też zwolennikiem karencji na zatrudnianie doktorów wypromowanych na własnej uczelni. Choć mogą istnieć wyjątki, to statystycznie rzecz biorąc, tzw. chów wsobny w nauce jest wysoce szkodliwy.

Najbardziej delikatny temat to odpłatność za studia. Dziś około 60 proc. studentów już za nie płaci. Powstaje pytanie, czy obecny zapis w konstytucji o bezpłatnym kształceniu leży w interesie publicznym? Osobiście popierałbym ten zapis, gdyby dotychczasowa polityka budżetowa pozwalała mieć nadzieję na szybki wzrost nakładów na badania i szkolnictwo wyższe. Prawda jest taka, że dobra uczelnia musi być bogata - musi konkurować o najlepszych wykładowców, prowadzić badania. Jeśli Harvard ma budżet porównywalny ze wszystkimi naszymi państwowymi uczelniami, to którędy wiedzie droga do stania się choćby częściowo konkurencyjnym na globalizującym się rynku edukacyjnym? Przez mnożenie liczby zaocznych studentów? Nie tędy droga. Może więc jednak wprowadzić system pewnej odpłatności za studia? Mam tu na myśli system gwarantowanych przez rząd kredytów bankowych, który dostawałby każdy student po dostaniu się na uczelnie. Taki kredyt przeznaczony byłby na pokrycie opłaty za studia. Po studiach absolwent musiałby spłacić go w odpowiednich ratach, przy czym należałoby rozpatrzyć możliwości zwolnień bądź upustów.

Nie mam wątpliwości, że uwzględnienie choćby części naszkicowanych pomysłów przyczyniłoby się do poprawy sytuacji. Czy uda się to zrealizować? To pilne zadanie dla rządu, ale także dla środowiska akademickiego. Pozostaje stare pytanie - jak nie teraz, to kiedy, jak nie my, to kto? Pamiętajmy więc - czas pędzi nieubłaganie, a efektywność sektora akademicko-badawczego jest niezbędnym warunkiem spełnienia naszych wspólnych aspiracji cywilizacyjnych i gospodarczych - może więc warto coś w nim zmienić?

Michał Kleiber

były minister nauki, prezes PAN

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.