Sześciolatek uczy się w przepełnionej klasie
W tym roku po raz pierwszy polskie szkoły dostały od Ministerstwa Edukacji jasne zalecenie, że liczba dzieci w pierwszych trzech klasach nie powinna przekraczać 26. W praktyce jest jednak zupełnie inaczej: klasy pękają w szwach, a uczniowie przychodzą do szkoły na dwie zmiany.
Pierwsze klasy, w których jest 30 uczniów, to niestety w Polsce norma. A nauczyciel od wychowania początkowego z trudem panuje nad zdezorientowanymi dziećmi, które jeszcze kilka miesięcy temu chodziły do przedszkola.
Pedagodzy są zgodni: Ministerstwo Edukacji, wysyłając sześciolatków do szkół, powinno było również dopilnować, by klasy dla najmłodszych uczniów nie były przepełnione. - Przepełnienie źle wpływa na adaptację dzieci w szkole. Sześcio- i siedmiolatki są zagubione: mają nowe obowiązki, widzą nowe twarze. Potrzebują więc uwagi, którą trudno zaspokoić, jeżeli w klasie jest 30 osób - tłumaczy pedagog Urszula Moszczyńska.
Zaniepokojony jest także rzecznik praw dziecka Marek Michalak. Podkreśla, że wyrównywanie szans edukacyjnych, co zakładała wielka reforma minister Katarzyny Hall, najlepiej sprawdza się w grupach niezbyt licznych. Bo tylko wtedy nauczyciel ma dobry kontakt z uczniem, może kontrolować indywidualne postępy w nauce czy relacje pomiędzy kolegami.
Ministerstwo Edukacji, przynajmniej teoretycznie, dostrzega problem. Stąd właśnie nowy zapis, który znalazł się w rozporządzeniu wprowadzającym nową podstawę programową: "Wskazane jest, aby edukacja w klasach I - III szkoły podstawowej odbywała się w zespołach rówieśniczych liczących nie więcej niż 26 osób". - To optymalna liczba uczniów, która umożliwia realizację programu nauczania i indywidualne podejście do ucznia - mówi rzecznik resortu edukacji Grzegorz Żurawski.
Problem jednak w tym, że za zaleceniami nie poszły żadne środki. Dlatego dyrektorzy szkół sami muszą sobie radzić z problemem przepełnionych klas. Pytani, jak go rozwiążą, jedynie rozkładają ręce. W Szkole Podstawowej nr 2 w Kórniku rodzice ramię w ramię z dyrekcją już od czerwca walczą o podzielenie klasy pierwszej na dwie grupy. Samorząd odmawia, tłumacząc się brakiem pieniędzy, wydał je na przygotowanie zerówki.
- A ja fizycznie nie jestem w stanie pomieścić wszystkich ławek w klasie. Pierwsza stoi już 62 cm od tablicy. Ponadto, zgodnie z nowymi wytycznymi, kupiłam dodatkowe pomoce, czyli dywaniki, pufy dla dzieci i zabawki. Ale co z tego, skoro nie mam gdzie ich położyć - mówi dyrektor Zofia Talarczyk.
Miejsc w szkołach jest tak mało, że często najmłodsze dzieci uczą się na dwie zmiany. Zdarza się, że kończą lekcje nawet około godziny 19. Dyrektorzy są bezradni, choć przyznają, że taki rytm pracy fatalnie wpływa na uczniów.
- Po południu maluchy wolniej myślą, gorzej się koncentrują - mówi wicedyrektor szkoły nr 112 na warszawskiej Białołęce Beata Dronszcz. W jej szkole jest aż 6 klas pierwszych i 6 zerówek. Pomieszczenie wszystkich dzieci przed południem jest niemożliwe.
Zdaniem nauczycieli problem będzie narastał. - Trzeba już teraz zacząć budować nowe szkoły, szczególnie w dzielnicach, gdzie mieszka wiele młodych rodzin. Jednak nikogo nie obchodzi, co będzie za parę lat - mówi anonimowo urzędnik wydziału oświaty w Warszawie.
Klara Klinger
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu