Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Uczelnie w gorsecie pra wa

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 32 minuty

Kontrowersje pomiędzy Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego a rektorami publicznych szkół wyższych wokół umów cywilnoprawnych ze studentami jest dobrą okazją do rozpoczęcia publicznej debaty na temat miejsca szkolnictwa wyższego w naszym systemie prawnoustrojowym

Jeśli chce się zrozumieć w pełni działanie jakiejś instytucji publicznej, nie sposób tego uczynić bez uważnego prześledzenia, w jaki sposób trafiają do tej instytucji pieniądze - jakie są, innymi słowy, źródła jej zasilania, co wpływa tam z kasy państwowej, co ze świadczeń indywidualnych itd. Dotyczy to, oczywiście, w nie mniejszym stopniu instytucji prywatnych, ale w tym ostatnim przypadku śledzimy obieg środków finansowych z punktu widzenia interesu ogólnego, przede wszystkim ze względu na zobowiązania podatkowe, w przypadku zaś sektora publicznego (rząd i samorząd) trzeba oglądać każdy ruch każdej złotówki na każdym etapie jej wędrowania. Środki publiczne - to środki publiczne, wymagają szczególnej dbałości niejako z natury rzeczy. Jeśli stratę ponosi podmiot prywatny - jego sprawa, choć też w pewnych granicach; sektor publiczny musi się rządzić jednak innymi prawami. Nie chodzi tu przecież o zwykły biznes, ale o pewną, ważną z punktu widzenia państwa politykę publiczną.

Zacznijmy jednak od konstytucji: mowa w niej w art. 70 ust. 5 o autonomii szkół wyższych, ale na zasadach określonych w ustawie. Dziwna to jednak autonomia, raczej jakaś autonomia sui generis, a na pewno tylko polska autonomia akademicka (pamiętamy kawę po turecku po polsku?), bo wystarczy rzut oka na ustawodawstwo dotyczące szkół wyższych, żeby się szybko przekonać, że o prawdziwej autonomii tam się nie mówi. Musiałaby ona bowiem polegać na całkowitej swobodzie tworzenia wewnętrznego porządku prawnego - oczywiście w granicach porządku konstytucyjnego, tymczasem cały sektor szkolnictwa wyższego jest u nas bardzo drobiazgowo regulowany ustawami oraz masą rządowych aktów wykonawczych. W istocie państwowe szkoły wyższe są u nas formami zdecentralizowanej władzy wykonawczej - czyli przybierają postać samorządowych wspólnot akademickich.

Z pewnością natomiast nie są organizacjami autonomicznymi wobec państwa, tak jak na przykład kościoły i związki wyznaniowe, które funkcjonują na podstawie zasad poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie (art. 25 ust. 3 konstytucji). W tym przypadku rzeczywiście możemy mówić o autonomii; kościoły rządzą się bowiem w stosunkach wewnętrznych własnym prawem - w przypadku Kościoła katolickiego będzie to przede wszystkim prawo kanoniczne.

Jeśli więc przychodzi nam w kontekście szkolnictwa wyższego używać pojęcia "autonomia", a zdefiniować je musimy, ponieważ konstytucja się nim posługuje, i to bez rozróżnienia na szkoły publiczne i niepubliczne - to chyba tylko w rozumieniu autonomii programowej, choć i tu zaraz trafimy na rafę. Przecież nawet w wyniku ostatnich reform w szkolnictwie wyższym o tego rodzaju autonomii możemy mówić tylko w odniesieniu do pewnej kategorii szkół wyższych, to jest do szkół mających prawo habilitowania. Wszystkie inne bowiem, nawet jeśli mają status szkół publicznych, muszą realizować programy bądź to z góry narzucone przez ministerialnie określone standardy nauczania, bądź to zatwierdzone przez ministerstwo.

Uniwersytety, owszem, były kiedyś autonomiczne wobec państwa, ale było to bardzo, bardzo dawno, a dzisiaj jeszcze zachowały tę pierwotną niezależność głównie w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych. Kontynent przeszedł zasadniczo przez absolutyzm oświecony, co było równoznaczne z podporządkowaniem świata akademickiego władcy i tak już właściwie pozostało do dziś. Wyrazem tego tzw. belwederski tytuł profesora, stanowiący relikt podporządkowania akademii władzy centralnej. Podobnie Centralna Komisja do spraw Stopni i Tytułów, będąca najlepszym dowodem na to, że szkolnictwo wyższe ciągle nie dowierza samo sobie i woli mieć w pewnych sytuacjach za arbitra i ostatecznego decydenta właśnie polityka. Doprawdy jest to rzecz zdumiewająca, że świat akademicki nie dąży do prawdziwej autonomii, a zdecydowanie przedkłada tę formę aktualnej uległości wobec władzy centralnej nad swobodę organizacyjną na wzór uczelni anglosaskich i amerykańskich. A powinno raczej zmierzać ku wzorcom tam wypracowanym, ponieważ tamten krąg cywilizacyjny uchował historycznie niezależność uniwersytetu od dominacji władzy publicznej, podczas gdy na kontynencie cesarze i królowie rozkoszowali się przez całe wieki podpisywaniem każdego uniwersyteckiego dyplomu. Nie od rzeczy będzie w tym miejscu zaznaczyć, że na czele wszystkich rankingów światowych znajdują się właśnie prywatne uniwersytety amerykańskie i angielskie, a nie francuskie, niemieckie czy włoskie, choć to właśnie XII-wieczna Italia jest przecież ojczyzną uniwersytetu. Uniwersytetu prywatnego w sensie anglosaskim nie można, oczywiście, utożsamiać ze zwykłą działalnością gospodarczą. Chodzi tam zdecydowanie o działalność non for profit czy wręcz non profit, ale o skutkach całkowicie publicznych. Choć i tam zdarzają się, niestety, wynaturzenia.

Przyznam się, że ciągle nie rozumiem, dlaczego przyzwoite polskie uniwersytety, akademie i uczelnie, bez rozróżnienia na publiczne i niepubliczne nie mogłyby wspólnie, ale samodzielnie utworzyć zarówno komisji do spraw stopni i tytułów, jak i komisji akredytacyjnej, dbającej o poziom oferowanych programów i kształcenia? Wygląda na to, że z jakiegoś powodu jest to bardzo wygodne albo mentalnie tkwimy ciągle w okowach poprzedniej epoki, w której uniwersytet był rodzajem przedsiębiorstwa państwowego, produkującego pewną liczbę magistrów, cały system zaś dbał o to, by ludzi dobrze wykształconych nie było za dużo... Teraz postawiliśmy z kolei na ilość, ale czy idzie to w parze z jakością? W każdym razie nigdy dotąd nie słyszałem, by pomimo licznych nowelizacji ustawodawstwa, a nawet wprowadzania całkowicie nowych i całościowych aktów prawnych pojawiały się naprawdę ambitne programy uwolnienia akademii spod paternalistycznej kurateli politycznej władzy centralnej państwa. To raczej ministerstwo w ostatnim czasie, niejako samo z siebie, przeprowadziło wiele rozwiązań uwalniających uniwersytet spod zasznurowanego wcześniej mocno gorsetu, likwidując m.in. orzełka na dyplomie (słusznie - niech każdy dba o własną markę) czy rozluźniając ciasne ramy programowe.

Ale dziwić musi opór środowiska akademickiego przed wprowadzeniem obostrzeń co do liczby miejsc pracy, w jakich mogą być zatrudnieni nauczyciele akademiccy. W czasach narastającej konkurencji pomiędzy uczelniami, co w naturalny sposób jest wynikiem zmniejszającej się liczby kandydatów na studia, już sama możliwość pracy u konkurencji jest jakąś niezrozumiałą aberracją, chyba że uniwersytet nie jest wspólnotą , a tylko miejscem realizacji indywidualnych karier.

Jedną z przyczyn niskich pozycji polskich uczelni w światowych rankingach jest także rozbicie uniwersytetu na tzw. uniwersytety przymiotnikowe. To zaprzeczenie idei uniwersytetu, ale kto się dzisiaj jeszcze uczy łaciny i na dodatek jako tako ją rozumie... A przecież wystarczy zsumować osiągnięcia poszczególnych publicznych szkół warszawskich czy kra

kowskich, by wskaźniki uwzględniane w tych rankingach przedstawiły inny, znacznie lepszy całościowy obraz szkolnictwa wyższego w tych miastach. A pomyślmy - ile przy okazji dałoby to oszczędności na samych etatach rektorskich. Ruch w kierunku łączenia uczelni zapoczątkowany bezpośrednio po czerwcowym przełomie szybko został jednak wyhamowany, a warto o tego rodzaju wzmocnienia naszej pozycji w Europie pomyśleć, jeśli chcemy przyciągnąć tutaj studentów zagranicznych. Wydaje się, że oni przede wszystkim w nieodległej przyszłości będą niebagatelnym wsparciem, jeśli wręcz nie ratunkiem dla naszych szkół wyższych.

Przede wszystkim uniwersytet powinien być jednak otwarty na dopływ młodej myśli naukowej. Mowy o tym nie ma, jeśli na tej samej uczelni pracuje cała rodzina, a katedry przechodzą z pokolenia na pokolenie. Nawet Europa Zachodnia uporała się z tą zmorą, wprowadzając zakaz zatrudniania wypromowanych u siebie doktorów (w Niemczech nawet ustawowo). Uniwersytet czerpie z tradycji cechowej, a pamiętamy jeszcze z czasów szkoły podstawowej, jak to świeżo upieczony czeladnik musiał ruszyć w świat, by po zdobyciu odpowiednich doświadczeń zdać egzamin mistrzowski. O nic innego nie chodzi na uniwersytecie, jak tylko o zdobywanie doświadczeń z niejednego pieca. Mądry biznesmen też oczywiście wyśle syna na praktykę do konkurencji. W tym jednak przypadku nie chodzi tylko o powiązania rodzinne, ale także o nie zawsze dobre, proste dziedziczenie przez ucznia spadku po mistrzu. Raczej chodzić powinno o nabycie praw do spadku po mistrzu z innego uniwersytetu.

I na koniec wróćmy do początkowej kwestii. Jeśli mamy do czynienia z bezpłatnością oferty - w istocie mówimy o świadczeniu. Zasadniczo darmowa nauka w państwowym uniwersytecie nie wymaga żadnej umowy. Jeśli jednak mówimy o usługach, a konstytucja w art. 70 ust. 2 używa tego pojęcia w odniesieniu do świadczeń, które mogą być oferowane przez szkoły wyższe za odpłatnością, to jest chyba oczywiste, że tego rodzaju odpłatność musi być czytelnie i zawczasu zdefiniowana - czyli określona w umowie. W przeciwnym wypadku każdy pasażer złapany na jeździe bez biletu w publicznej komunikacji miałby prawo żądać zawarcia właśnie w tym momencie umowy o przejazd, czyli zażądać od kontrolera sprzedania mu biletu po normalnej cenie...

@RY1@i02/2011/212/i02.2011.212.07000060b.803.jpg@RY2@

MARCIN ŁOBACZEWSKI

Na polskich uczelniach studiuje około dwóch milionów studentów. Z każdym z nich rektorzy powinni mieć podpisaną umowę cywilno-prawną

@RY1@i02/2011/212/i02.2011.212.07000060b.804.jpg@RY2@

Jerzy Stępień b. prezes Trybunału Konstytucyjnego, Uczelnia Łazarskiego

Jerzy Stępień

prezes Trybunału Konstytucyjnego, Uczelnia Łazarskiego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.