Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

System produkcji bezrobotnych

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

W POLSCE ABSOLWENT szuka pracy średnio przez dwa lata. W krajach starej UE - trzy miesiące. Uczelnie nie wiedzą, po co i dlaczego kształcą. W dodatku nie współpracują z pracodawcami i nie śledzą losów swoich byłych studentów

O 30 tys. zwiększyłą się w 2010 roku liczba bezrobotnych mających wyższe wykształcenie. W sumie jest ich już niemal 205 tys. Powód: oferowane przez uczelnie wykształcenie coraz mniej odpowiada wymogom rynku pracy.

- Już w zeszłym roku mieliśmy sygnały, że niepokojąco zaczyna przybywać bezrobotnych wśród absolwentów - przyznaje Izabela Koryś, dyrektor Obserwatorium Regionalnych Rynków Pracy i specjalista Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej.

Podobne obserwacje mają urzędy pracy. - Dla absolwentów filologii, historii, socjologii, psychologii nie ma ofert. Bez szans na dobrą pracę są także absolwenci marketingu i zarządzania. Obecnie nawet prawnik bez stażu nie zawsze znajdzie zatrudnienie - mówi Urszula Murawska z warszawskiego urzędu pracy. Jak mówi, problem w tym, że uczelnie nie wiedzą, po co i dlaczego kształcą. Mają anachroniczne programy i nie współpracują z pracodawcami. Większość z nich nie monitoruje losów swoich absolwentów. Nie wiedzą więc, jak radzą sobie oni na rynku. Nawet najbardziej prestiżowa wyższa szkoła - SGH - dopiero we wrześniu ubiegłego roku zaczęła pilotażowo prowadzić taki monitoring. W pełni wdroży go dopiero za pół roku.

- Uniwersytet to nie szkoła zawodowa - irytuje się Anna Korzekwa z Uniwersytetu Warszawskiego pytana, jak radzą sobie jego absolwenci. Jak mówi, UW monitoruje wybiórczo losy swoich byłych studentów, więc nie wie, ani ilu z nich znajduje zatrudnienie, ani czy dobrze zarabiają.

Nadzieję na poprawę sytuacji daje fakt, że przybywa prywatnych uczelni, którym zależy na dobrej marce. Na przykład warszawski Koźmiński czy nowosądecka Wyższa Szkoła Biznesu regularnie prowadzą monitoring swoich absolwentów. - Według naszych ankiet 93 proc. wszystkich studentów znalazło satysfakcjonującą pracę - mówi Jerzy Chroszczak, prorektor Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. I dodaje, że los jego szkoły zależy od tego, czy studenci i ich rodzice zechcą wyłożyć prywatne pieniądze. Muszą mieć więc pewność, że dobrze je inwestują.

Na renomowanych uczelniach pożądani pracownicy są wyłuskiwani przez pracodawców jeszcze na etapie studiów. Są to: technicy, informatycy, inżynierowie budownictwa, mechatronicy, analitycy wyspecjalizowani w finansach. Do poszukiwanych należą też absolwenci kierunków zamawianych: biotechnologii, matematyki stosowanej i kierunków związanych z telekomunikacją. Jednak wśród wszystkich absolwentów ci po kierunkach ścisłych stanowią zaledwie 10 proc.

W 2010 roku edukację na poziomie wyższym zakończyło ok. 440 tys. absolwentów - rynek nie był w stanie ich wchłonąć. Wina leży w systemie, ale to studenci powinni wiedzieć, że po kulturoznawstwie, archeologii czy socjologii na AGH nie znajdą pracy. I inwestycja w studia się nie zwróci.

@RY1@i02/2011/034/i02.2011.034.000.004a.001.jpg@RY2@

Bezrobotni po studiach

Nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym (czeka, aż zatwierdzi ją Sejm) przewiduje, że od października tego roku uczelnie będą musiały obowiązkowo monitorować zawodowe losy swoich absolwentów. Szkoły mają sprawdzać: gdzie ich studenci znaleźli pracę i po jakim czasie od uzyskania dyplomu. Ustawa nie precyzuje jednak, w jaki sposób mają to badać. Monitoring ma pomóc uczelniom dostosować programy kształcenia do wymagań rynku. Ma też ułatwić maturzystom wybór uczelni, która daje największe szanse na zdobycie pracy w zawodzie.

Iwona Dudzik

iwona.dudzik@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.