Moje marzenie, czyli raz jeszcze o uniwersytetach
Pozwolę sobie przypomnieć, że dwa tygodnie temu pisałem o radykalnej odmienności tego, co mamy obecnie, czyli wyższych szkół policealnych, od prawdziwego uniwersytetu, który musi mieć elitarny charakter. Ponieważ wiele osób zgłosiło liczne uwagi do mojego tekstu, spróbuję odpowiedzieć zbiorczo na wiele głosów.
Pierwsza uwaga jest banalna i zgadzam się z opinią niemal wszystkich uczonych: pieniądze, pieniądze, pieniądze. I nie mam pretensji do obecnych władz politycznych ani do ministrów, gdyż od 1989 r. wszystkie rządy w Polsce obiecywały otoczenie szkolnictwa wyższego i nauki szczególną troską i żaden tej obietnicy nie dotrzymał. Jest to zatem norma. Zresztą zmiana finansowa musiałaby być związana z powstaniem uniwersytetów, a to już jest problem nie tylko finansowy, lecz także społeczny i polityczny, niesłychanie trudny. Nie da się zasadniczo poprawić losu wszystkich nauczycieli szkół policealnych w Polsce, których jest około 20 tys. Istotna poprawa oznaczałaby - zgodnie zresztą z odpowiednią istniejącą ustawą - potrojenie ich pensji, a to już są kolosalne sumy, których w każdych czasach, nie tylko kryzysowych, nikt nie wyda. Nieświadomych poinformuję, że obecnie adiunkt (ze stopniem doktora lub doktora habilitowanego) zarabia poniżej średniej krajowej. A profesor tytularny dwa razy tyle, czyli niewiele powyżej średniej krajowej, a czasem mniej niż nauczyciel w wiejskiej szkole.
Sensownie można zatem rozważać tylko pensje profesorów ewentualnych uniwersytetów - nauczycieli akademickich - których to w skali kraju powinno być nie więcej jak 2 tys., czyli jedna dziesiąta stanu obecnego. W wielu krajach (zwłaszcza północnej Europy) istnieje ponadto specyficzna forma gwarancji ciągłości pracy umysłowej tych ludzi (a humaniści często dopiero z wiekiem, i to całkiem poważnym, stają się wybitni) w postaci zaliczenia ich do służby cywilnej lub zastosowania podobnej zasady, co sprawia, że na emeryturę przechodzą z ostatnią pensją, więc profesor nie musi przestać pracować intelektualnie.
Osobna sprawa to finansowanie badań, czyli nauka. Istotne naturalnie są sumy, ale także sposób ich wydatkowania. Przez pięć lat byłem jurorem w European Research Council, która to instytucja przyznaje zapewne największe w Europie granty i dla znacznej liczby osób. Nie wiem, jak jest w naukach ścisłych, ale w naukach humanistycznych tylko częściowo są to pieniądze dobrze wydawane. Podanie o granty muszą składać zespoły i dostają je praktycznie tylko zespoły międzynarodowe. Wysiłek koordynacji jest co najmniej równy wysiłkowi intelektualnemu, a rezultatów nie ocenia się na podstawie książek, ale na podstawie konferencji, artykułów, raportów i temu podobnych. Jednak w humanistyce ciągle najważniejsza jest książka. Na tej zasadzie nie dostał grantu zespół znakomitego francuskiego historyka, który chciał napisać kilkutomową historię hommes de lettres. Projekt był tylko francuski i niekonferencyjny.
W Polsce stosuje się podobne metody. Nie mnie je oceniać, bo sam korzystam z takich grantów, ale co ma zrobić samotny uczony, który chce napisać poważną książkę i ma duży dorobek? Dobrze się ożenić lub wyjść za mąż, a jak jest po pięćdziesiątce - to może dzieci pomogą. Praca zbiorowa jest dobra tylko w pewnych dziedzinach, wyobraźmy sobie Nietzschego czy Huntingtona jako kierowników zespołów.
Zostawmy teraz pieniądze i pomyślmy o drugiej kwestii, czyli o ocenie dorobku uczonego i poziomu uniwersytetu. Z uczonymi jest tak bardzo różnie, że żadne jednolite kryteria nie pasują. Z uczonymi - powtarzam, nie z nauczycielami szkół policealnych. Niektórzy publikują (jak wspomniany Huntington) w tak popularnych społecznie dziedzinach, że łatwo stają się sławni, chociaż coraz częściej z latami zamieniają się z uczonych w publicystów, bo to szybsze pieniądze. Jednak wielcy uczeni w mniej popularnych lub dla laika niedostępnych dziedzinach nigdy nie uzyskają renomy, chyba że wynajdą nowe lekarstwo lub odkryją nowy pierwiastek. Poza tym jest kwestia czasu. Otóż historyk, który pracuje ze źródłami rękopiśmiennymi i trudno dostępnymi, potrzebuje czasem wielu lat, a filozof może napisać znakomitą książkę w trzy miesiące. Reguł brak. I odpowiedzialny historyk nie zaprezentuje części swoich badań na międzynarodowej konferencji, dopóki nie wie, do czego dotrze. A filozof niekoniecznie lubi rozmawiać o filozofii (jak to było w przypadku Leszka Kołakowskiego). Nie da się inaczej dobrze ocenić ich wysiłku, jak tylko znając i rozumiejąc, a więc doceniając jego rezultaty. A kto może tego dokonać? Praktycznie nikt. Na wyczucie mądry szef, czyli rektor lub prezydent uniwersytetu, ale tylko pod warunkiem, że osiągnięcia tego uczonego nie będą wliczane mechanicznie do punktacji uniwersytetu, bo wtedy może wychodzić przez lata zero. Nie ma innych dobrych kryteriów, a niektóre - jak publikowanie w zagranicznych czasopismach - mogą być nawet zgubne.
A teraz sprawa oceniania pracy profesora jako nauczyciela na prawdziwym uniwersytecie. Obecnie ważne są opinia studentów oraz liczba wypromowanych magistrów i doktorów. Studenci oceniają zazwyczaj nogami. A ponadto poważny wykład na nieco uboczny temat może dać im więcej niż powtarzane corocznie te same wykłady tych samych wykładowców, które mieszczą się w minimum programowym, ale pod 20 latach wykładania tego samego każdy inteligentny człowiek zaczyna mieć dość. Kiedy w czasach komunizmu studiowałem filozofię, było nas na roku około 30 i kontakt z profesorami (Bronisławem Baczką i Leszkiem Kołakowskim) był znakomity.
Ocena pracy uczonego jako nauczyciela zaczyna się od liczb. Nie ma szansy na dobrą pracę z bardzo wieloma studentami. Jednak pieniądze, jakie otrzymuje szkoła policealna, obecnie są ściśle uzależnione od liczby studentów i od proporcji nauczyciel - student. Im mniej nauczycieli na studenta, tym lepiej od strony finansowej. Jest to wynik absurdu tak zwanego bezpłatnego nauczania, które figuruje w konstytucji, a które wcale nie jest bezpłatne.
Ocena dokonywana przez studentów (tak zwana ewaluacja) wiąże się także z przyzwyczajeniami, jakie studenci wynoszą ze szkoły. A wiemy doskonale, że są to najczęściej - i znowu w całej Europie - przyzwyczajenia fatalne, chociaż w Polsce, na skutek idiotycznej konstrukcji państwowej matury, gorsze niż gdzie indziej. Ponadto same zasady konstruowania nauczanego przedmiotu sprawiają - chociaż bardzo często to tylko gra pozorów - że nie da się uczyć po ludzku i po bożemu. Skoro musimy podać efekty nauczania wszystkich przedmiotów na wszystkich latach studiów, bez względu na to, czy jest to wykład dla 200 osób, czy ćwiczenia dla 20, czy seminarium magisterskie dla 8 - to nie ma to żadnego sensu, albo jeżeli ma mieć sens, musimy się skupić na efektach, a nie na wiedzy bezinteresownej.
I wreszcie trzeci wątek, czyli tak zwana samorządność akademicka i autonomia uniwersytetów. Piszę "tak zwana", bo przy zasadniczych ograniczeniach w postaci pieniędzy, form i reguł kariery naukowej oraz sposobu nauczania samodzielność staje się iluzoryczna. W gruncie rzeczy prawdziwy uniwersytet powinien być rządzony żelazną ręką przez prezydenta (niekoniecznie uczonego) z pomocą niewielkiej grupy doradców. Powinien być samodzielny i autonomiczny finansowo oraz naukowo. Zaś czynnikiem kontrolnym powinna być jego ranga pod bardzo wieloma względami, a nie na przykład liczba laureatów Nagrody Nobla, bo to zależy od dziedziny ważnej dla danego uniwersytetu. I podobnie jest z innymi wyróżnieniami. Nie powinna być uwzględniana liczba uczonych zagranicznych w proporcji do krajowych, bo to nonsens, ani liczba studentów zagranicznych. Autonomia zatem to rzecz oczywista, ale trzeba móc i umieć z niej korzystać. A to jest niesłychanie trudne.
Opisałem moje marzenia, ale jestem pewien, że podobnie myślą dziesiątki uczonych, którzy by pracowali na ewentualnych uniwersytetach. Ale sprawa wydaje się beznadziejna.
@RY1@i02/2013/198/i02.2013.198.000002400.101.jpg@RY2@
Marcin Łobaczewski
Co ma zrobić samotny uczony, który chce napisać poważną książkę? Dobrze się ożenić lub wyjść za mąż, a jak jest po pięćdziesiątce - to może dzieci pomogą
@RY1@i02/2013/198/i02.2013.198.000002400.802.jpg@RY2@
Marcin Król filozof, historyk idei
Marcin Król
filozof, historyk idei
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu