Zajęcia wyrównawcze zmorą uczniów, nauczycieli i samorządów
Oświata
Dzieci i młodzież nie chodzą na dodatkowe zajęcia w szkole, bo pedagodzy prowadzą je w sposób nieciekawy. MEN apeluje do osób uczących, aby uatrakcyjniały swoją pracę, bo przepisy w tym zakresie działają dobrze i nie będą zmienione, tak jak tego oczekują nauczyciele.
Od września 2009 r. wprowadzono obowiązek prowadzenia dodatkowych zajęć z uczniami uzdolnionymi, a także tymi, którzy mają słabe wyniki w nauce. Poza 18 godzinami pensum nauczyciele szkół podstawowych i gimnazjalnych muszą poświęcić dwie godziny tygodniowo na dodatkowe zajęcia, a w szkołach ponadgimnazjalnych - godzinę. Okazuje się, że uczniowie nie są zainteresowani takimi spotkaniami.
- To jakiś pogrom, bo nauczyciele od różnych przedmiotów organizują po lekcjach zajęcia, ale tylko pojedynczy uczniowie na nie przychodzą. Czasami nie ma nikogo - potwierdza Ewa Józefowicz, dyrektor Gimnazjum nr 21 w Gorzowie Wielkopolskim. - Nie możemy z tego powodu obniżyć im oceny z zachowania lub np. obiecać, że zostanie podwyższona z przedmiotu, z którego uczeń jest zagrożony - dodaje.
Korporacja zrzeszająca szefów placówek podnosi, że problem braku zainteresowania przez uczniów zajęciami z roku na rok się pogłębia.
- Wielokrotnie o tym mówiliśmy publicznie i w rozmowach z przedstawicielami resortu, ale bez skutku - podkreśla Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty. Jego zdaniem dyrektorzy powinni mieć narzędzia motywujące uczniów.
- Dostrzegamy problem, lecz na razie nie zamierzamy zmieniać przepisów, np. tak, aby oceny uzależniać od udziału uczniów w dodatkowych zajęciach. To nauczyciele powinni tak je organizować, aby były atrakcyjne. Nie musi to być formuła lekcyjna, czyli siedzenie w ławkach - zauważa Joanna Berdzik, wiceminister edukacji.
Dyrektorzy twierdzą, że nauczyciele nie przykładają się do dodatkowej pracy, bo nie otrzymują za nią większego wynagrodzenia.
Oświatowe związki uważają, że nie można za wszystko obwiniać nauczycieli. - Programy nauczania są przeładowane, a dzieci po sześciu godzinach lekcji są przemęczone i nie mają gdzie odpocząć i zjeść, bo świetlice są przepełnione, a stołówek często nie ma. W małych miejscowościach uczniowie są uzależnieni od przyjazdu przewoźnika, który rozwozi dzieci do domu przed zajęciami dodatkowymi - argumentuje Sławomir Broniarz, prezes ZNP.
Winne są też samorządy. Jeśli uczniowie zgłoszą ciekawe zajęcia, np. plastyczne, to nie ma osoby, która by je poprowadziła. A gmina nie ma środków na zatrudnienie specjalisty.
Artur Radwan
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu