Dziennik Gazeta Prawana logo

Nie będzie zgody na zamykanie szkół

27 czerwca 2018

ANNA ZALEWSKA: Histeria ZNP, a także samorządów, nie ułatwia zmian. Zamiast partycypować w partnerskiej dyskusji na temat najlepszych rozwiązań, straszą nauczycieli i rodziców

Namieszała pani z tym odkręcaniem reformy sześciolatków. Rodzice myśleli, że bez problemu pozostawią swoje pociechy w przedszkolu, a okazuje się, że prawie na każdym kroku mają problemy.

To nie ja namieszałam, tylko niektóre samorządy, w tym m.in. Warszawa. Nie chcą respektować prawa rodzica do pozostawienia sześciolatka w dotychczasowej placówce. Wprowadziliśmy bardzo proste rozwiązanie. To rodzic decyduje, czy jego dziecko zostanie w przedszkolu, czy pójdzie do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Niestety dla części samorządów dziecko jest pieniądzem i niekoniecznie samorządy te liczą się z potrzebą zabezpieczenia jego emocji i talentu.

Niemniej jednak w świat poszła informacja, że jeśli sześciolatki pozostaną w przedszkolach, budżet państwa zaoszczędzi 1,6 mld zł rocznie.

To jest całkowita nieprawda powielana przez opozycję. Gdy odkręcaliśmy reformę, jedną z moich pierwszych decyzji po uchwaleniu nowelizacji podwyższającej o rok obowiązek szkolny było spotkanie z przedstawicielami samorządów, w szczególności dużych miast. Już wtedy zadeklarowałam, że będziemy analizować subwencję oświatową. Od 2003 r. nie została ona zinwentaryzowana. Dlatego poinformowałam samorządy, że znajdziemy takie rozwiązanie, z którego wszystkie strony będą zadowolone. Chcemy, aby już za rok gminy więcej otrzymywały na sześciolatka bez względu na to, gdzie on pójdzie - do szkoły czy przedszkola.

Czy to oznacza, że gmina na sześciolatka w przedszkolu otrzyma subwencję oświatową, która jest czterokrotnie wyższa od dotacji na przedszkolaka?

Nie. Zadaniem własnym gminy jest zapewnianie miejsc w przedszkolach. Może to być jednak dotacja w zbliżonej lub identycznej kwocie, co subwencja - w przeliczeniu na jednego ucznia.

Tymczasem samorządy za wszelką cenę wyrzucają dzieci z przedszkoli. Jeśli nie da się ich umieścić w szkole, to kierują je do przyszkolnych zerówek. Ja sam to przerabiałem w ubiegłym roku, dopiero po napisaniu skargi do sądu administracyjnego moje dziecko pozostało w przedszkolu.

Dlatego rodzice, podobnie jak i pan, powinni kierować się literą prawa i według niej postępować, a nie słuchać propagandy niektórych samorządów. Przepisy w tej materii są proste. Wynika z nich, że to rodzic decyduje, co dzieje się dalej z jego dzieckiem. Żaden organ prowadzący nie może w tę decyzję ingerować.

Tak uważa pani. Z kolei gminy twierdzą, że decyzja o tym, czy zapewnią wychowanie przedszkolne sześciolatkom w przedszkolach, czy też w zerówkach szkolnych, należy do nich. Czy to oznacza, że łamią prawo?

Tak. Aby temu przeciwdziałać, uruchomiliśmy cztery infolinie, a także przygotowaliśmy poradnik dla rodziców sześciolatków. Czujemy się bowiem odpowiedzialni za zmiany. Nie jest sztuką coś uchwalić, ale ważne, żeby doprowadzić zmiany do końca. Dlatego m.in. wojewodowie analizują obecnie uchwały o sieci szkół. Muszą być one zaopiniowane przez kuratoria. Jeśli dostrzeżone będą tam nieprawidłowości, to uchwały mają być uchylane. Osobiście mogę zapewnić, że będę wspierała rodziców do końca, tym bardziej że - w mojej ocenie - są oni manipulowani i oszukiwani przez niektóre samorządy.

Samorządy twierdzą, że reforma jest nieprzemyślana, robiona w ekspresowym tempie.

Nie zgadzam się z tym. Nowelizacja nie była robiona w pośpiechu.

Cały proces legislacyjny, zamknął się w miesiącu. I według pani to nie był pośpiech?

Nie. Napisanie tego projektu, który był bardzo prosty, zajęło nam dwa tygodnie. Musieliśmy uchwalić tę nowelizację w grudniu 2015 r. nie tylko z szacunku do rodziców, ale także nauczycieli i samorządów. Aby wiedzieli oni jak najszybciej, jak będzie wyglądała organizacja roku szkolnego 2016/2017.

A nie lepiej było wprowadzić zmiany na spokojnie, tak aby nowe przepisy zaczęły obowiązywać od roku szkolnego 2017/2018?

Tego nie darowaliby nam rodzice tegorocznych sześciolatków.

Padają też argumenty, że sześciolatek pozostający w przedszkolu będzie się nudził...

To absolutnie niemożliwe. Cała metodologia zmierza do tego, aby grupy były mieszane - starszych z młodszymi. Dzieci uczą się wtedy od siebie nawzajem.

Dyrektorzy przedszkoli też używają tych argumentów, ale do straszenia rodziców. Mówią, że jeśli zostawi się sześciolatka w przedszkolu, to będzie w grupie z pięciolatkami.

To nie jest złe rozwiązanie. Dzięki temu ten sześciolatek może zostać liderem.

A co z podstawą programową?

Na pewno dokonamy poważnych zmian w całej podstawie programowej, ale dopiero od września 2017 r. Natomiast zmiany dotyczące sześciolatków wejdą już od września br.

Czy będzie pani wydawała kuratorom dyspozycję, aby już nie ścigali nauczycieli, którzy będą uczyć pisania i czytania w przedszkolu?

Z pewnością nie będziemy zabraniać nauki czytania i pisania w przedszkolu. Nauczyciel wychowania przedszkolnego to bardzo wybitny człowiek, który wie, czym jest indywidualizacja. Podstawa jest dla niego jedynie kierunkowskazem. Rzeczywiście to, co wydarzyło się przez ostatnie lata, m.in. dodatkowa sprawozdawczość, której wymaga od nas UE, jest czymś absurdalnym. Generalnie edukacja stała się zakładnikiem projektów europejskich.

Ze względu na niż demograficzny w szkołach coraz częściej będą łączone klasy młodszych roczników ze starszymi. To właściwy kierunek?

Rzeczywiście mamy do czynienia z dramatycznie pogłębiającym się niżem demograficznym. Kłopoty z liczbą uczniów w klasach I-III dostrzegane są już od pewnego czasu, ale Platforma Obywatelska nie chwaliła się tym. W efekcie mamy obecnie kilka tysięcy oddziałów łączonych. Na poziomie klas I-III tak naprawdę to nie stanowi dużego problemu, ale trzeba poważnie zastanowić się nad liczebnością klas. Powinniśmy dążyć do standaryzacji.

Według pani, ilu powinno być uczniów w klasie?

Poddaję tę kwestię pod dyskusję nauczycielom, związkom zawodowym i organom prowadzącym.

Ale zdaje sobie pani sprawę, że związki będą chciały nielicznych klas, aby zapewnić więcej miejsc pracy nauczycielom, a samorządy bez dodatkowych pieniędzy nie zgodzą się na to...

Musimy więc wypracować jakiś kompromis. Przed nami debaty ogólnopolskie i dyskusje na szczeblach wojewódzkich, które pozwolą nam osiągnąć pewien konsensus.

Związki, nauczyciele, dyrektorzy mocno się zaangażowali w zbieranie podpisów pod wnioskami o pozostawienie gimnazjów. Odpuści pani ten temat?

Nie. Obecnie trwają konsultacje i pod koniec czerwca zdecydujemy, w którym kierunku pójdziemy. Z pewnością trzeba sprawić, aby licea składały się z czterech, a nie trzech klas. Większość uczestników debaty z tym właśnie się zgadza. Dodatkowo oczywiście system powinien opierać się na innej niż obecna siatce godzin - bez takiego infantylizmu i powierzchowności, jak to ma miejsce obecnie. Następnie czeka nas dyskusja o szkolnictwie zawodowym.

Niestety histeria ZNP, a także samorządów, nie ułatwia zmian. Zamiast partycypować w partnerskiej dyskusji na temat najlepszych rozwiązań, straszą oni nauczycieli i rodziców gimnazjalistów. Kierunek zmian dotyczący gimnazjów zamierzam zaprezentować 27 czerwca, przy czym będzie to proces długotrwały, którego realizację zaczniemy od 1 września 2017 r.

Dlaczego nie ma pani odwagi zlikwidować karty nauczyciela?

Ustaliliśmy ze związkowcami, że zmiany w karcie będziemy przeprowadzali etapami. Związkowcy także dostrzegają, że w karcie jest zbyt wiele archaicznych rozwiązań. Trzeba ją zatem powoli zmieniać - jej likwidacja niczego nie daje.

Zmniejszy koszty gmin, które muszą ją stosować.

Zaznaczę tylko, że nie jesteśmy od tego, by rozwiązywać wszystkie problemy organów założycielskich placówek oświatowych.

Przecież samorządy nie rozwiążą problemu karty, bo nie mają inicjatywy legislacyjnej tak jak pani...

Muszą więc uporać się z jej regulacjami i współpracować przy ewentualnych zmianach.

Pani poprzedniczka mówiła, że kartę należy zlikwidować i napisać nowy dokument. Może miała odwagę tak mówić, bo nie wywodziła się tak jak pani ze środowiska nauczycielskiego.

Wszystkie ewentualne zmiany będą dokonywane w porozumieniu z nauczycielami i związkami zawodowymi. To oni są gospodarzami tej umowy społecznej.

Chyba nie zna albo nie chce pani mówić o tym, w jakich okolicznościach została zawarta ta umowa społeczna, która została odpisana w trakcie stanu wojennego, czyli 26 stycznia 1982 r.?

Dlatego będziemy powoli zmieniać kartę. W tej kadencji chcemy np. zaproponować nowy stopień awansu zawodowego.

Który tak jak dyplomowany szybko się wyczerpie i wszyscy lub prawie wszyscy go z łatwością osiągną.

Nie tym razem. Kolejnym stopniem będzie nauczyciel specjalista, do otrzymania którego trzeba będzie ukończyć doktorat lub zastosować innowacje, które my zdefiniujemy.

Nie tylko samorządy narzekają na kartę, ale także dyrektorzy, bo nie jest elastyczna. Argumentują, że nie pozwala ona na zwolnienie słabego nauczyciela....

Chyba ci sami dyrektorzy zapomnieli, że oni też są zatrudnieni na podstawie karty i korzystają z jej dobrodziejstwa. Dyrektor powinien być liderem i przywódcą, który ma umiejętności mobilizowania nauczycieli. Chcę obalić mit mówienia o przywilejach nauczycielskich z karty. Według mnie dużo trudniej jest zwolnić zwykłego pracownika zatrudnionego na podstawie kodeksu pracy niż na podstawie karty. Ponadto z danych resortu wynika, że od 2007 r. do chwili obecnej pracę straciło 42 tys. nauczycieli z Karty nauczyciela.

Co więc chciałaby pani zmienić w karcie?

Jak już wspomniałam, propozycje muszą wypracować nauczyciele i związki zawodowe.

Chyba zapominała pani o samorządach?

Głównie to nauczyciele i związki powinni wskazać, co powinno zmienić się w karcie.

ZNP chce, aby wynagrodzenia nauczycieli były wypłacane bezpośrednio z budżetu w formie dotacji, a nie przez samorządy z subwencji. Czy poprze pani taką inicjatywę?

Absolutnie nie, bo to zrujnowałoby budżety samorządów. Trzeba byłoby zmieniać wiele ustaw, w tym również konstytucję, w której mowa jest o proporcjonalności przy finansowaniu edukacji w ramach wydatków ponoszonych przez samorządy i państwo.

Samorządy od negatywnej opinii kuratora w sprawie likwidacji placówki oświatowej mogą się odwoływać do pani minister. Czy jest szansa na pozytywną decyzję?

Nie. Z pewnością przez najbliższe lata nie będzie zgody na zamykanie szkół i przedszkoli. Musimy bowiem wcześniej ustalić i policzyć potrzeby edukacyjne. Trzeba zdefiniować pojęcie małej szkoły i na tego typu placówki przyznać dodatkowe środki. Jeśli dokonamy wszelkich analiz, to wtedy możemy mówić o ewentualnej zgodzie na likwidacje.

W projekcie nowelizacji ustawy oświatowej, który trafił do konsultacji, chce pani uszczelnić poddział dotacji przez gminy dla placówek prywatnych. Jest jeszcze inny problem. Otóż są gminy, które nie mają już żadnej szkoły, a mimo to otrzymują pieniądze, które przekazują szkołom stowarzyszeniowym. Czy tu też będą zmiany?

Tak, będziemy chcieli wyeliminować takie przypadki, kiedy samorządy wyzbywają się wszystkich placówek oświatowych. Nie ma zgody na to, aby dochodziło do takich patologicznych rozwiązań.

A czy wymienienie przez panią wszystkich kuratorów i zastępowanie ich działaczami partyjnymi lub osobami, które bez powodzenia kandydowały z ramienia PiS w wyborach samorządowych czy też parlamentarnych, nie jest patologią. Czy tak powinna wyglądać dobra zmiana?

To są bardzo wartościowi ludzie. Kuratoria muszą być podporządkowane ministerstwu, które zamierza przeprowadzać reformy. Ponadto kuratorzy nie mogą prowadzić swoich indywidualnych polityk oświatowych, bo one są instrumentem polityki rządu. Co więcej, muszą to być osoby, które napiszą de facto fragment ustawy o nadzorze pedagogicznym. Czyli zasady, w ramach których określą, jak w przyjazny sposób wprowadzić go do szkoły i wyeliminować biurokrację.

@RY1@i02/2016/057/i02.2016.057.183000800.802.jpg@RY2@

FOT. WOJTEK GÓRSKI

Anna Zalewska, minister edukacji narodowej

Rozmawiał Artur Radwan

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.